21.10.2024, 22:38 ✶
Zdecydowanie zrozumiał to, co Geraldine ma na myśli, gdy tylko odezwała się z tym swoim pozornie niewinnym pytaniem. To nie był pierwszy raz, kiedy prowadzili rozmowę w ten sposób. Wręcz wyjątkowo dobrze potrafił umykać przed kontrowersyjnymi tematami. Robił to przez pół roku, więc z powodzeniem mógł to zrobić jeszcze raz czy dwa w wypadku takiej konieczności. Niemalże z marszu. Czyżby już o tym zapomniała?
Z pokerową twarzą obdarzył ją jak najbardziej neutralnym spojrzeniem, powoli kiwając głową. Nawet nie drgnęła mu powieka. Nie zamierzał tak łatwo przyznać na głos tego, z czego oboje doskonale zdawali sobie sprawę. Na swój sposób to byłoby zbyt dużym falstartem, nawet mając świadomość tego jak szybko postępowała ich relacja.
Nie uważał, żeby to było teraz tak konieczne. Wolał uczynki od deklaracji. Raczej nie sądził, żeby spodziewała się po nim, że postanowi ot tak oświadczyć jej się pośrodku lasu podczas polowania na jakiegoś nieokreślonego stwora. Jasne. To wcale nie byłoby aż tak niezgodne z ich stylem życia i charakterem obojga. Nie brzmiało całkowicie idiotycznie, ale raczej nie na tyle dobrze, by Greengrass mógł to kiedykolwiek rozważać bądź zrobić.
Abstrahując od tego, co myślał od samego początku. Chcieli żyć w spokoju, niekoniecznie być na świeczniku. Podejmowanie takich decyzji wiązało się z naturalnymi konsekwencjami w postaci wyjścia z cienia, odbębniania dziesiątek rozmów, brania udziału w jeszcze większej ilości wydarzeń, z których nie byliby w stanie się wymknąć, bo dotyczyłyby ich dwojga.
Nie. To nie było coś, co pasowałoby do sposobu, w który teraz żyli.
- Cała reszta - powtórzył po dziewczynie, tylko nieznacznie kołysząc się przy tym na piętach swoich butów do chodzenia po lesie - kontrastujących z ciężkimi buciorami Geraldine, bo znacznie lżejszymi i bardziej przystosowanymi do stawiania uważnych kroków, aby nie zadeptać przyrody.
Te jego również były wysoko za kostkę, ale wykonane z bardziej miękkiej skóry wzmacnianej wyłącznie w kilku newralgicznych miejscach. W innym wypadku smukle dopasowującym się do stopy i sprawiającymi wrażenie integralnej części stroju. Niczego mocno odróżniającego się od lekkich, choć już jesiennych ubrań.
Z uwagi na swoją przypadłość potrzebował szytych na miarę, dopasowanych elementów garderoby. W tym odpowiedniego obuwia, aby stawiać jak najcichsze kroki, co również zdecydowanie ułatwiało im teraz polowanie. W żadnym wypadku nie chciałby przedzierać się przez las jak dzik przez rumowisko.
Wbrew pozorom z powodzeniem udawało mu się skradać wtedy, kiedy rzeczywiście to było potrzebne. Dbał o detale, odpowiednie akcesoria, przykładał uwagę do szczegółów mogących mu pomóc lub zaszkodzić. W tym momencie zagłębił się płaskimi obcasami butów w mech, bezwiednie bujając się w przód i w tył z równie niewinną miną, co ta u Geraldine.
Jeżeli chciała kontynuować ten temat, Ambroise nie zamierzał od niego uciekać. Rzecz jasna dopuszczał możliwość, że prędzej czy później poruszą również kwestie związane z formalizacją związku. Tym bardziej, że u czystokrwistych czarodziejów to była bardziej kwestia miesięcy, roku, może góra dwóch niż wielu długich lat.
Natomiast dopóki nie dawała mu do zrozumienia, że mogło jej jakoś szczególnie zależeć na tym, żeby odstawił swoją część szopki, dopóty się z tym nie wychylał. Oczywiście w żadnym razie nie chodziło mu o nazywanie szopką tego, co tworzyli. To było poważne. Napełniało go szczęściem i poczuciem spełnienia, które narastało z tygodnia na tydzień wraz z pewnością, że to przy niej chciał spędzić resztę życia. Tu nie było miejsca na wątpliwości.
Poprzez pojęcie szopki miał na myśli wszystkie nudne, żmudne konwenanse - rozmowy z ojcami, adorację matki za to, że udało jej się wychować (tak, niestety tak) wyśmienitą kobietę, organizację przyjęć i tak dalej. To napawało go niechęcią do postępowania w zgodzie z powszechnie przyjętymi normami. Nie dało się tego uniknąć, ale może po prostu nie w najbliższym czasie?
- I nie sądzę, żebyśmy mieli kiedykolwiek przestać - dopowiedział gładko.
Raczej to nie był jeden z tych przypadków, w których mieli szybko osiągnąć pewien konkretny poziom wtajemniczenia i przejść z nim do codziennej rutyny. Tak jak od czasu do czasu napomykali (czasami pozytywnie, czasami w formie zawoalowanego wyrzutu) nie byli najnormalniejszym związkiem. Prawdę mówiąc mocno odbiegali od wszelkich standardów. Nie, żeby w czymś mu to przeszkadzało. Wręcz przeciwnie - cieszył się, że tak było. Nie wyobrażał sobie, aby mogło być inaczej. Ani z kimś innym.
Nie. Byli dwiema połówkami tego samego debila.
- Zatem, ma moitié, z pewnością ucieszy cię informacja, że w tym wypadku także mamy wybitną zgodność - dokładnie tak jak to stwierdzić, właśnie to zrobił - zgodził się z Geraldine. - To twoja wielka, wielka wina, która nie zostanie zapomniana do czasu znalezienia tego... ...kwiatu - uprzedził ją, zezując przy tym znacząco na pobliskie paprocie.
Rzecz jasna nie kwitły i nie miały zakwitnąć specjalnie dla nich. Czy Ambroisa to ruszało? W żadnym razie.
Jedynym, co w tej chwili go mogło poruszać był sposób, w jaki szła te pięć kroków przed nim (szybko zrobił z nich trzy i pół) kołysząc biodrami w taki sposób, że robiło mu się duszno i gorąco, mimo chłodnych powiewów wiatru.
Cholera to było oczywiste, że by się nie zawahał w przypadku tego, o czym mówili. Jak i przed tym, żeby w przeciągu jednej chwili podjąć decyzję o odwleczeniu polowania w czasie (nawet, jeśli to miała być akromantula!), co zapewne by zrobił, bo był tego naprawdę bliski, ale jakimś cudem udało mu się skierować myśli na bardziej rzeczowe tory. Na temat eliksirów mógł rozważać równie wprawnie, co na temat zielarstwa i, trzeba tu było zachować szczerość, seksu.
- Możliwe, że niekoniecznie - zamyślił się jeszcze głębiej, przesuwając palcami po włosach i bezwiednie poprawiając złotą zapinkę z tyłu głowy trzymającą wszystkie kosmyki z dala od jego twarzy; w każdym innym przypadku przy tym tempie marszu i powiewach wiatru już dawno miałby je w oczach i najpewniej także w ustach.
Ostatecznie rozpiął klamrę, na nowo zebrał wszystkie włosy w kucyk i spiął je z tyłu głowy w chaotycznym nieładzie. Akurat na to nigdy nie zwracał specjalnej uwagi. Nie przykładał wiele myśli do tego w jaki sposób to robi. Wręcz przeciwnie - liczyła się wygoda, szczególnie w chwilach jak ta.
Ambroise lubił określać się mianem ze wszech miar praktycznego mężczyzny. Potrafił analizować sytuację. Często dosłownie na pniu. Jedynie nie zawsze postępował zgodnie z wyrachowanym osądem. W zależności od sytuacji, potrafił zachować zimną krew, ale przez większość czasu nie miał na to cierpliwości. Jego krótki lont ukazywał się częściej niż Greengrass mógłby sobie tego życzyć.
Oczywiście nie miał za to do siebie pretensji. Został sprowokowany, więc musiał zareagować w taki a nie inny sposób to było bardzo proste i wyjaśnienie tego szczególnie przed samym sobą nie stanowiło żadnego problemu. Mimo to potrafił myśleć logicznie, zagłębiając się we wszystkie za i przeciw podejmowanych decyzji.
Robił to dokładnie w tej chwili, dochodząc do wniosku, że człowiek, o którym wspomniał Geraldine najpewniej nie powinien mieć z nią żadnej biznesowej relacji. A to był najlepszy z najgorszych. Ambroise miał całkiem sporo znajomości, szczególnie pośród osób związanych z warzeniem eliksirów i rynkiem zbytu na składniki, a dosłownie nie był w stanie przywołać z pamięci nikogo innego, kto mógłby się nadawać.
To oznaczało dwie możliwości: albo mogli ponownie rozważyć wszystkie za i przeciw temu, aby jednak nawiązać między sobą stosunki inne niż romantyczne. Albo mogli uznać temat za niebyły, a Geraldine mogła w dalszym ciągu parać się dokładnie tym, co robiła do tej pory bez zagłębiania się w temat dysponowania towarem w inny sposób.
Oba scenariusze miały równie dużo plusów, co minusów. Zresztą jeszcze jakiś czas temu nie wyobrażałby sobie, że w ogóle weźmie pod uwagę możliwość współpracy biznesowej w zakresie innym niż te przypadkowe wspólne zlecenia, które chwilowo przestały im się trafiać. Z powodzeniem mogli być neutralni na tym gruncie, nie musieli głębiej wnikać w to, co akurat robią. To miało pozytywny wpływ na ich prywatną relację - ich rozwijające się głębokie uczucie.
Odpowiadało mu to, że mógł być z nią całkowicie szczery w sprawach zawodowych. Nigdy nie pomyślałby, że to będzie możliwe, ale miało miejsce, działało wyjątkowo dobrze, przynosiło mu ulgę, bo nie wyobrażał sobie, że miałby cokolwiek przed nią ukrywać na dłuższą metę. Raczej wykluczał tę możliwość. Wystarczyło im tamte kilka miesięcy aż do momentu, kiedy i tak wszystko się wylało. Całe szczęście bez konsekwencji, których Ambroise się obawiał.
Dlatego tym bardziej odpowiadało mu to, że nie zadawała zbyt wiele pytań. Odpowiedziałby na nie mniej albo bardziej chętnie, możliwe że z łatwością, ale zapewne raczej z wahaniem i rezerwą. W dalszym ciągu nie chciał, żeby miała go za kogoś, kim nie jest; persona, którą był w półświatku była staranną kreacją nie mającą zbyt wiele wspólnego z tym, kim chciał być przy niej i dla niej.
Z uwagi na to ostatnie na samym początku wykluczył możliwość tworzenia wspólnych układów biznesowych w tamtym miejscu. Prędzej czy później mieli ponownie na siebie tam wpaść. Spotkanie wtedy w lesie mówiło samo za siebie. Nie dało się tego uniknąć. Natomiast żywił przekonanie, że to nie miało być coś, co sprawi mu przyjemność. W zależności od okoliczności, oczywiście, bo mogło obyć się bez zgrzytów (nie między nimi, bardziej dopuszczał myśli, że między ich zleceniodawcami), ale mogło być również sztywno i nieprzyjemnie.
Być może mogli tego uniknąć dzięki prostemu połączeniu wspólnych sił? Dopiero teraz tak naprawdę o tym pomyślał. To była pierwsza ostrożna myśl. Towarzyszyło temu powolne przekonanie o tym, że skoro od jakiegoś czasu pojawiali się razem na wszystkich przyjęciach i wydarzeniach społecznych to co więksi ludzie półświatka i tak zdawali sobie sprawę z tego, kim ona była dla niego a on dla niej.
Możliwe, że dopuszczano możliwość, że nie podzielili się ze sobą tym elementem życia. Natomiast ci ludzie nie byli głupi. To nie były osoby pokroju młodego Traversa. Zresztą właśnie raczej takich jak ten typ mógł się obawiać w kontekście wspólnego pojawiania się na językach ludzi z Nokturnu i głębszych warstw nielegalnego Londynu. Osób mściwych, zacietrzewionych, pochopnych i trudnych do kontrolowania.
- Tak. Tak zrobimy - zapewnił, biorąc to sobie do serca bardziej niż wcześniej, bo skoro ten temat wrócił na tapetę (po długim czasie, ale jednak) to oznaczało, że należało zaktualizować ustalenia, na jakiej stopie mieli być przy tych interesach.
Nie wątpił, że niezależnie od przebiegu rozmowy mieli podjąć najsłuszniejszą możliwą decyzję wynikającą z zaufania, wzajemnej troski i chęci znalezienia równowagi między interesami a życiem prywatnym. Nigdy nie sądził, że zmieni swoje podejście w tym zakresie, ale ta pierwsza zawodowa część schodziła na dalszy plan, gdy chodziło o dobro Geraldine.
Był w stanie zmniejszyć ilość zleceń, brać mniej nocnych dyżurów, spędzać znacznie więcej czasu wspólnie zamiast nie wiadomo gdzie. To właśnie do domu wracał z największą przyjemnością. Nie kluczył po Londynie ani innych okolicach, jeżeli nie musiał. Tak jak obiecał, wracał do niej, gdziekolwiek była. W Whitby czy na Horyzontalnej - w obu miejscach mogli mieć dom, bo oczach Greengrassa przede wszystkim był on tam, gdzie mieli siebie nawzajem.
Zabawne jak łatwo dopuścił do tego, żeby wywróciła mu życie niemalże do góry nogami. Choć jednocześnie miał poczucie akceptacji i wcale nie czuł się przymuszony do tego, by cokolwiek zmieniać. To było w tym najsłodsze. Ambroise po prostu chciał to robić.
Tak jak teraz chciał być w tym lesie na polowaniu na gigantycznego pająka, co jeszcze rok lub dwa lata temu skwitowałby pogardliwym śmiechem i niewybrednym komentarzem.
On i świat zwierzęcy? Miotanie z różdżki do zmutowanej akromantuli? Uniki i wygibasy przed czymś, co nawet nie było widoczne?
No prędzej wypiłby pół litra ognistej w jednym długim łysku, zapijając to jeszcze kolejnym litrem księżycówki. Tak niemożliwe to było.
- Kupujący i hodowcy mają różne pojebane intencje - zauważył, śledząc wzrokiem upadającą kuszę i nawet nie pytając o zmianę planu.
Strzelanie bełtami na oślep raczej napawałoby go znacznie mniejszym optymizmem niż próby ustrzelenia bestii jednym z wielu zaklęć, które mamrotał niemal nieprzerwanym ciągiem, cały czas w ruchu i przygotowany (przynajmniej tak sądził) na atak z każdej możliwej strony. Chyba wyłącznie nie z tej, z której nadszedł - całkowicie od boku, lecz przy tym również z powietrza. Trafiona jednym z zaklęć któregoś z nich, akromantula zwaliła się na ziemię, przy okazji podejmując próbę dorwania i przygniecenia pierwszej lepszej ofiary.
Ewidentnie nie była wybredna. Była za to bardzo widoczna: gigantyczna, rozjuszona i najprawdopodobniej jeszcze bardziej głodna, mocno poruszając szczękoczułkami z głośnym klekotem. Greengrass odskoczył w bok, odruchowo łapiąc ciężką kuszę i robiąc to, co rzekomo dało się z nią zrobić. Przyjebując z niej pająkowi w jedno z oczu.
Trysnęła posoka, ale bestia wcale nie padła. Wręcz przeciwnie, rozjuszyła się jeszcze bardziej, miotając się dookoła.
Z pokerową twarzą obdarzył ją jak najbardziej neutralnym spojrzeniem, powoli kiwając głową. Nawet nie drgnęła mu powieka. Nie zamierzał tak łatwo przyznać na głos tego, z czego oboje doskonale zdawali sobie sprawę. Na swój sposób to byłoby zbyt dużym falstartem, nawet mając świadomość tego jak szybko postępowała ich relacja.
Nie uważał, żeby to było teraz tak konieczne. Wolał uczynki od deklaracji. Raczej nie sądził, żeby spodziewała się po nim, że postanowi ot tak oświadczyć jej się pośrodku lasu podczas polowania na jakiegoś nieokreślonego stwora. Jasne. To wcale nie byłoby aż tak niezgodne z ich stylem życia i charakterem obojga. Nie brzmiało całkowicie idiotycznie, ale raczej nie na tyle dobrze, by Greengrass mógł to kiedykolwiek rozważać bądź zrobić.
Abstrahując od tego, co myślał od samego początku. Chcieli żyć w spokoju, niekoniecznie być na świeczniku. Podejmowanie takich decyzji wiązało się z naturalnymi konsekwencjami w postaci wyjścia z cienia, odbębniania dziesiątek rozmów, brania udziału w jeszcze większej ilości wydarzeń, z których nie byliby w stanie się wymknąć, bo dotyczyłyby ich dwojga.
Nie. To nie było coś, co pasowałoby do sposobu, w który teraz żyli.
- Cała reszta - powtórzył po dziewczynie, tylko nieznacznie kołysząc się przy tym na piętach swoich butów do chodzenia po lesie - kontrastujących z ciężkimi buciorami Geraldine, bo znacznie lżejszymi i bardziej przystosowanymi do stawiania uważnych kroków, aby nie zadeptać przyrody.
Te jego również były wysoko za kostkę, ale wykonane z bardziej miękkiej skóry wzmacnianej wyłącznie w kilku newralgicznych miejscach. W innym wypadku smukle dopasowującym się do stopy i sprawiającymi wrażenie integralnej części stroju. Niczego mocno odróżniającego się od lekkich, choć już jesiennych ubrań.
Z uwagi na swoją przypadłość potrzebował szytych na miarę, dopasowanych elementów garderoby. W tym odpowiedniego obuwia, aby stawiać jak najcichsze kroki, co również zdecydowanie ułatwiało im teraz polowanie. W żadnym wypadku nie chciałby przedzierać się przez las jak dzik przez rumowisko.
Wbrew pozorom z powodzeniem udawało mu się skradać wtedy, kiedy rzeczywiście to było potrzebne. Dbał o detale, odpowiednie akcesoria, przykładał uwagę do szczegółów mogących mu pomóc lub zaszkodzić. W tym momencie zagłębił się płaskimi obcasami butów w mech, bezwiednie bujając się w przód i w tył z równie niewinną miną, co ta u Geraldine.
Jeżeli chciała kontynuować ten temat, Ambroise nie zamierzał od niego uciekać. Rzecz jasna dopuszczał możliwość, że prędzej czy później poruszą również kwestie związane z formalizacją związku. Tym bardziej, że u czystokrwistych czarodziejów to była bardziej kwestia miesięcy, roku, może góra dwóch niż wielu długich lat.
Natomiast dopóki nie dawała mu do zrozumienia, że mogło jej jakoś szczególnie zależeć na tym, żeby odstawił swoją część szopki, dopóty się z tym nie wychylał. Oczywiście w żadnym razie nie chodziło mu o nazywanie szopką tego, co tworzyli. To było poważne. Napełniało go szczęściem i poczuciem spełnienia, które narastało z tygodnia na tydzień wraz z pewnością, że to przy niej chciał spędzić resztę życia. Tu nie było miejsca na wątpliwości.
Poprzez pojęcie szopki miał na myśli wszystkie nudne, żmudne konwenanse - rozmowy z ojcami, adorację matki za to, że udało jej się wychować (tak, niestety tak) wyśmienitą kobietę, organizację przyjęć i tak dalej. To napawało go niechęcią do postępowania w zgodzie z powszechnie przyjętymi normami. Nie dało się tego uniknąć, ale może po prostu nie w najbliższym czasie?
- I nie sądzę, żebyśmy mieli kiedykolwiek przestać - dopowiedział gładko.
Raczej to nie był jeden z tych przypadków, w których mieli szybko osiągnąć pewien konkretny poziom wtajemniczenia i przejść z nim do codziennej rutyny. Tak jak od czasu do czasu napomykali (czasami pozytywnie, czasami w formie zawoalowanego wyrzutu) nie byli najnormalniejszym związkiem. Prawdę mówiąc mocno odbiegali od wszelkich standardów. Nie, żeby w czymś mu to przeszkadzało. Wręcz przeciwnie - cieszył się, że tak było. Nie wyobrażał sobie, aby mogło być inaczej. Ani z kimś innym.
Nie. Byli dwiema połówkami tego samego debila.
- Zatem, ma moitié, z pewnością ucieszy cię informacja, że w tym wypadku także mamy wybitną zgodność - dokładnie tak jak to stwierdzić, właśnie to zrobił - zgodził się z Geraldine. - To twoja wielka, wielka wina, która nie zostanie zapomniana do czasu znalezienia tego... ...kwiatu - uprzedził ją, zezując przy tym znacząco na pobliskie paprocie.
Rzecz jasna nie kwitły i nie miały zakwitnąć specjalnie dla nich. Czy Ambroisa to ruszało? W żadnym razie.
Jedynym, co w tej chwili go mogło poruszać był sposób, w jaki szła te pięć kroków przed nim (szybko zrobił z nich trzy i pół) kołysząc biodrami w taki sposób, że robiło mu się duszno i gorąco, mimo chłodnych powiewów wiatru.
Cholera to było oczywiste, że by się nie zawahał w przypadku tego, o czym mówili. Jak i przed tym, żeby w przeciągu jednej chwili podjąć decyzję o odwleczeniu polowania w czasie (nawet, jeśli to miała być akromantula!), co zapewne by zrobił, bo był tego naprawdę bliski, ale jakimś cudem udało mu się skierować myśli na bardziej rzeczowe tory. Na temat eliksirów mógł rozważać równie wprawnie, co na temat zielarstwa i, trzeba tu było zachować szczerość, seksu.
- Możliwe, że niekoniecznie - zamyślił się jeszcze głębiej, przesuwając palcami po włosach i bezwiednie poprawiając złotą zapinkę z tyłu głowy trzymającą wszystkie kosmyki z dala od jego twarzy; w każdym innym przypadku przy tym tempie marszu i powiewach wiatru już dawno miałby je w oczach i najpewniej także w ustach.
Ostatecznie rozpiął klamrę, na nowo zebrał wszystkie włosy w kucyk i spiął je z tyłu głowy w chaotycznym nieładzie. Akurat na to nigdy nie zwracał specjalnej uwagi. Nie przykładał wiele myśli do tego w jaki sposób to robi. Wręcz przeciwnie - liczyła się wygoda, szczególnie w chwilach jak ta.
Ambroise lubił określać się mianem ze wszech miar praktycznego mężczyzny. Potrafił analizować sytuację. Często dosłownie na pniu. Jedynie nie zawsze postępował zgodnie z wyrachowanym osądem. W zależności od sytuacji, potrafił zachować zimną krew, ale przez większość czasu nie miał na to cierpliwości. Jego krótki lont ukazywał się częściej niż Greengrass mógłby sobie tego życzyć.
Oczywiście nie miał za to do siebie pretensji. Został sprowokowany, więc musiał zareagować w taki a nie inny sposób to było bardzo proste i wyjaśnienie tego szczególnie przed samym sobą nie stanowiło żadnego problemu. Mimo to potrafił myśleć logicznie, zagłębiając się we wszystkie za i przeciw podejmowanych decyzji.
Robił to dokładnie w tej chwili, dochodząc do wniosku, że człowiek, o którym wspomniał Geraldine najpewniej nie powinien mieć z nią żadnej biznesowej relacji. A to był najlepszy z najgorszych. Ambroise miał całkiem sporo znajomości, szczególnie pośród osób związanych z warzeniem eliksirów i rynkiem zbytu na składniki, a dosłownie nie był w stanie przywołać z pamięci nikogo innego, kto mógłby się nadawać.
To oznaczało dwie możliwości: albo mogli ponownie rozważyć wszystkie za i przeciw temu, aby jednak nawiązać między sobą stosunki inne niż romantyczne. Albo mogli uznać temat za niebyły, a Geraldine mogła w dalszym ciągu parać się dokładnie tym, co robiła do tej pory bez zagłębiania się w temat dysponowania towarem w inny sposób.
Oba scenariusze miały równie dużo plusów, co minusów. Zresztą jeszcze jakiś czas temu nie wyobrażałby sobie, że w ogóle weźmie pod uwagę możliwość współpracy biznesowej w zakresie innym niż te przypadkowe wspólne zlecenia, które chwilowo przestały im się trafiać. Z powodzeniem mogli być neutralni na tym gruncie, nie musieli głębiej wnikać w to, co akurat robią. To miało pozytywny wpływ na ich prywatną relację - ich rozwijające się głębokie uczucie.
Odpowiadało mu to, że mógł być z nią całkowicie szczery w sprawach zawodowych. Nigdy nie pomyślałby, że to będzie możliwe, ale miało miejsce, działało wyjątkowo dobrze, przynosiło mu ulgę, bo nie wyobrażał sobie, że miałby cokolwiek przed nią ukrywać na dłuższą metę. Raczej wykluczał tę możliwość. Wystarczyło im tamte kilka miesięcy aż do momentu, kiedy i tak wszystko się wylało. Całe szczęście bez konsekwencji, których Ambroise się obawiał.
Dlatego tym bardziej odpowiadało mu to, że nie zadawała zbyt wiele pytań. Odpowiedziałby na nie mniej albo bardziej chętnie, możliwe że z łatwością, ale zapewne raczej z wahaniem i rezerwą. W dalszym ciągu nie chciał, żeby miała go za kogoś, kim nie jest; persona, którą był w półświatku była staranną kreacją nie mającą zbyt wiele wspólnego z tym, kim chciał być przy niej i dla niej.
Z uwagi na to ostatnie na samym początku wykluczył możliwość tworzenia wspólnych układów biznesowych w tamtym miejscu. Prędzej czy później mieli ponownie na siebie tam wpaść. Spotkanie wtedy w lesie mówiło samo za siebie. Nie dało się tego uniknąć. Natomiast żywił przekonanie, że to nie miało być coś, co sprawi mu przyjemność. W zależności od okoliczności, oczywiście, bo mogło obyć się bez zgrzytów (nie między nimi, bardziej dopuszczał myśli, że między ich zleceniodawcami), ale mogło być również sztywno i nieprzyjemnie.
Być może mogli tego uniknąć dzięki prostemu połączeniu wspólnych sił? Dopiero teraz tak naprawdę o tym pomyślał. To była pierwsza ostrożna myśl. Towarzyszyło temu powolne przekonanie o tym, że skoro od jakiegoś czasu pojawiali się razem na wszystkich przyjęciach i wydarzeniach społecznych to co więksi ludzie półświatka i tak zdawali sobie sprawę z tego, kim ona była dla niego a on dla niej.
Możliwe, że dopuszczano możliwość, że nie podzielili się ze sobą tym elementem życia. Natomiast ci ludzie nie byli głupi. To nie były osoby pokroju młodego Traversa. Zresztą właśnie raczej takich jak ten typ mógł się obawiać w kontekście wspólnego pojawiania się na językach ludzi z Nokturnu i głębszych warstw nielegalnego Londynu. Osób mściwych, zacietrzewionych, pochopnych i trudnych do kontrolowania.
- Tak. Tak zrobimy - zapewnił, biorąc to sobie do serca bardziej niż wcześniej, bo skoro ten temat wrócił na tapetę (po długim czasie, ale jednak) to oznaczało, że należało zaktualizować ustalenia, na jakiej stopie mieli być przy tych interesach.
Nie wątpił, że niezależnie od przebiegu rozmowy mieli podjąć najsłuszniejszą możliwą decyzję wynikającą z zaufania, wzajemnej troski i chęci znalezienia równowagi między interesami a życiem prywatnym. Nigdy nie sądził, że zmieni swoje podejście w tym zakresie, ale ta pierwsza zawodowa część schodziła na dalszy plan, gdy chodziło o dobro Geraldine.
Był w stanie zmniejszyć ilość zleceń, brać mniej nocnych dyżurów, spędzać znacznie więcej czasu wspólnie zamiast nie wiadomo gdzie. To właśnie do domu wracał z największą przyjemnością. Nie kluczył po Londynie ani innych okolicach, jeżeli nie musiał. Tak jak obiecał, wracał do niej, gdziekolwiek była. W Whitby czy na Horyzontalnej - w obu miejscach mogli mieć dom, bo oczach Greengrassa przede wszystkim był on tam, gdzie mieli siebie nawzajem.
Zabawne jak łatwo dopuścił do tego, żeby wywróciła mu życie niemalże do góry nogami. Choć jednocześnie miał poczucie akceptacji i wcale nie czuł się przymuszony do tego, by cokolwiek zmieniać. To było w tym najsłodsze. Ambroise po prostu chciał to robić.
Tak jak teraz chciał być w tym lesie na polowaniu na gigantycznego pająka, co jeszcze rok lub dwa lata temu skwitowałby pogardliwym śmiechem i niewybrednym komentarzem.
On i świat zwierzęcy? Miotanie z różdżki do zmutowanej akromantuli? Uniki i wygibasy przed czymś, co nawet nie było widoczne?
No prędzej wypiłby pół litra ognistej w jednym długim łysku, zapijając to jeszcze kolejnym litrem księżycówki. Tak niemożliwe to było.
- Kupujący i hodowcy mają różne pojebane intencje - zauważył, śledząc wzrokiem upadającą kuszę i nawet nie pytając o zmianę planu.
Strzelanie bełtami na oślep raczej napawałoby go znacznie mniejszym optymizmem niż próby ustrzelenia bestii jednym z wielu zaklęć, które mamrotał niemal nieprzerwanym ciągiem, cały czas w ruchu i przygotowany (przynajmniej tak sądził) na atak z każdej możliwej strony. Chyba wyłącznie nie z tej, z której nadszedł - całkowicie od boku, lecz przy tym również z powietrza. Trafiona jednym z zaklęć któregoś z nich, akromantula zwaliła się na ziemię, przy okazji podejmując próbę dorwania i przygniecenia pierwszej lepszej ofiary.
Ewidentnie nie była wybredna. Była za to bardzo widoczna: gigantyczna, rozjuszona i najprawdopodobniej jeszcze bardziej głodna, mocno poruszając szczękoczułkami z głośnym klekotem. Greengrass odskoczył w bok, odruchowo łapiąc ciężką kuszę i robiąc to, co rzekomo dało się z nią zrobić. Przyjebując z niej pająkowi w jedno z oczu.
Trysnęła posoka, ale bestia wcale nie padła. Wręcz przeciwnie, rozjuszyła się jeszcze bardziej, miotając się dookoła.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down