22.10.2024, 00:23 ✶
No cóż.
To było do przewidzenia. Wszystkie akcje niosły konsekwencje. W tym wypadku szczególnie negatywne dla tego jednego drwala, ale Ambroise nie czuł wobec niego żadnej sympatii, więc szczerze mu zwisało, jak głęboko do Azkabanu trafi ten człowiek. To powinno być skalkulowane ryzyko. Nie wyglądało, aby było w praktyce, jednakże każda decyzja przynosiła swoje pokłosie. Takie było życie.
- Liczę, że cała reszta również - zaznaczył swoje podejście, komentarz odnośnie niezłego efektu przyjmując bez słowa.
Robili swoje, tak? Oboje.
- Z pewnością będzie to przydatne - skwitował neutralnie, całkiem z kulturą i bez niepotrzebnego komentarza, że raczej Ministerstwo mogło spodziewać się konieczności przysłania kilku osób albo przynajmniej jednej osoby z kilkoma parami kajdanek, skoro od samego początku była mowa o złodziejach w liczbie mnogiej.
Mimo to nie pokusił się o wypowiedzenie tego na głos. Uznał swój oszczędny komentarz oraz następującą po nim ciszę za dostatecznie wymowne. Ich system prawny był całkowicie niewydolny. Wybierano wysyłanie licznych patroli w miejsca, które zdecydowanie poradziłyby sobie bez nich a wręcz prawdopodobnie rozkwitłyby bez tej pomocy.
Tymczasem w przypadku naprawdę wymagającym interwencji posyłano jedną osobę bez odpowiedniego ekwipunku, żeby sama poradziła sobie ze wszystkimi problemami. Rzecz jasna ryzykując przy tym zdrowiem i życiem, ale Ambroise jakoś nie był przekonany o tym, by Ministerstwo w ogóle brało pod uwagę takie szczególiki.
Słysząc pytanie dotyczące pierwszego czarodzieja, z którym miał nieprzyjemność się zetknąć, odruchowo uniósł kącik ust w grymasie na kształt uśmiechu i skinął głową, przyjmując kajdanki.
- Z przyjemnością - zapewnił, obracając kółeczko na palcu i kierując wzrok w stronę linii drzew. - I tak - jeden z drwali. Równie głupi a przy okazji jeszcze wyjątkowa menda strzelająca z zaskoczenia w plecy - nie miał żadnego szacunku do przeciwników robiących takie rzeczy z ukrycia.
Hipokryzja? W najczystszej postaci, bo pewnie gdyby sam znalazł się w sytuacji zagrożenia i mógłby wybrać to albo ucieczkę, również wybrałby atak z zaskoczenia. Natomiast przez większość czasu nie musiał stawać przed takim wyborem. Zazwyczaj w grę wchodziły świadome konfrontacje twarzą w twarz, czyli coś, co ogólnie pokrętnie lubił. Nie było w tym przejawów tchórzostwa.
No. Przynajmniej zazwyczaj, bo u drwali z namiotu jak najbardziej się pojawiły. Widząc jak wyśmienicie radzi sobie towarzyszka, zgodnie z ustaleniami skierował kroki w stronę drwala porzuconego w krzakach. Zdecydowanie umiał posługiwać się kajdankami, choć raczej nie przy czynnościach prawnych. Nie pokusił się również o wypowiadanie nieznanych formułek czy wymyślanie własnych.
Zrobił swoje, stając nad zesztywniałym mężczyzną, mierząc go spojrzeniem, a potem oddychając cicho i z irytacją, gdy uświadomił sobie, że musi znowu dobyć różdżki. Tym razem rzucając stosunkowo proste zaklęcie unoszące, żeby przetransportować aresztanta na główną polanę.
Raczej nie baczył na to czy tamten zarywa o coś głową, ciągnie ręką po trawie, bo jest zbyt nisko. Nic z tych rzeczy. Opuścił go również bez delikatności. Byleby stosunkowo blisko kolegi. Nie pokusił się tu o żaden błyskotliwy komentarz a wyłącznie obdarzył Longbottom badawczym spojrzeniem, gdy przez głowę przeleciała mu jeszcze jedna myśl.
- Wszystko w porządku? - odniósł się do zaklęć latających chwilę temu dosłownie we wszystkich możliwych kierunkach; nietrudno było czymś dostać i być może nie odczuć tego od razu pod wpływem adrenaliny buzującej w żyłach.
Na jego oko nic się Brennie nie stało. No, może poza irytacją, ale tę sam także podzielał. Natomiast po zażegnaniu kryzysu to pytanie nasuwało się samo z siebie. Ambroise miał daleko gdzieś drwala, który niemalże się udusił. Prawdę mówiąc nie byłoby mu go szkoda, gdyby faktycznie dokonał tu swego żywota. Aresztowany mężczyzna podejmował ryzyko zawodowe. Powinien mieć świadomość, że może przy tym nawet zginąć. Greengrass co nieco wiedział na ten temat.
- Jestem uzdrowicielem - czuł się w obowiązku napomknąć zaledwie kilka sekund po wcześniejszych słowach, przenosząc spojrzenie z aresztanta na funkcjonariuszkę i w żaden sposób nie komentując, czemu wobec tego jeszcze nie pomagał drwalowi, przywracając mu wszystkie utracone siły.
Bo dopóki znowu się nie dusił, ewidentnie nie potrzebował głaskania po główce.
- Co prawda urazy pozaklęciowe to nie moja bajka, ale w razie potrzeby jestem w stanie pomóc - wyjaśnił zamiast tego, zawieszając na niej pytające spojrzenie.
Jak już stwierdził, raczej wszystko było w całkowitym porządku, ale wolał upewnić się ustnie zanim przejdzie do orientowania się w stratach i oceny skali zniszczeń lasu. Ta była już co najmniej zatrważająca.
To było do przewidzenia. Wszystkie akcje niosły konsekwencje. W tym wypadku szczególnie negatywne dla tego jednego drwala, ale Ambroise nie czuł wobec niego żadnej sympatii, więc szczerze mu zwisało, jak głęboko do Azkabanu trafi ten człowiek. To powinno być skalkulowane ryzyko. Nie wyglądało, aby było w praktyce, jednakże każda decyzja przynosiła swoje pokłosie. Takie było życie.
- Liczę, że cała reszta również - zaznaczył swoje podejście, komentarz odnośnie niezłego efektu przyjmując bez słowa.
Robili swoje, tak? Oboje.
- Z pewnością będzie to przydatne - skwitował neutralnie, całkiem z kulturą i bez niepotrzebnego komentarza, że raczej Ministerstwo mogło spodziewać się konieczności przysłania kilku osób albo przynajmniej jednej osoby z kilkoma parami kajdanek, skoro od samego początku była mowa o złodziejach w liczbie mnogiej.
Mimo to nie pokusił się o wypowiedzenie tego na głos. Uznał swój oszczędny komentarz oraz następującą po nim ciszę za dostatecznie wymowne. Ich system prawny był całkowicie niewydolny. Wybierano wysyłanie licznych patroli w miejsca, które zdecydowanie poradziłyby sobie bez nich a wręcz prawdopodobnie rozkwitłyby bez tej pomocy.
Tymczasem w przypadku naprawdę wymagającym interwencji posyłano jedną osobę bez odpowiedniego ekwipunku, żeby sama poradziła sobie ze wszystkimi problemami. Rzecz jasna ryzykując przy tym zdrowiem i życiem, ale Ambroise jakoś nie był przekonany o tym, by Ministerstwo w ogóle brało pod uwagę takie szczególiki.
Słysząc pytanie dotyczące pierwszego czarodzieja, z którym miał nieprzyjemność się zetknąć, odruchowo uniósł kącik ust w grymasie na kształt uśmiechu i skinął głową, przyjmując kajdanki.
- Z przyjemnością - zapewnił, obracając kółeczko na palcu i kierując wzrok w stronę linii drzew. - I tak - jeden z drwali. Równie głupi a przy okazji jeszcze wyjątkowa menda strzelająca z zaskoczenia w plecy - nie miał żadnego szacunku do przeciwników robiących takie rzeczy z ukrycia.
Hipokryzja? W najczystszej postaci, bo pewnie gdyby sam znalazł się w sytuacji zagrożenia i mógłby wybrać to albo ucieczkę, również wybrałby atak z zaskoczenia. Natomiast przez większość czasu nie musiał stawać przed takim wyborem. Zazwyczaj w grę wchodziły świadome konfrontacje twarzą w twarz, czyli coś, co ogólnie pokrętnie lubił. Nie było w tym przejawów tchórzostwa.
No. Przynajmniej zazwyczaj, bo u drwali z namiotu jak najbardziej się pojawiły. Widząc jak wyśmienicie radzi sobie towarzyszka, zgodnie z ustaleniami skierował kroki w stronę drwala porzuconego w krzakach. Zdecydowanie umiał posługiwać się kajdankami, choć raczej nie przy czynnościach prawnych. Nie pokusił się również o wypowiadanie nieznanych formułek czy wymyślanie własnych.
Zrobił swoje, stając nad zesztywniałym mężczyzną, mierząc go spojrzeniem, a potem oddychając cicho i z irytacją, gdy uświadomił sobie, że musi znowu dobyć różdżki. Tym razem rzucając stosunkowo proste zaklęcie unoszące, żeby przetransportować aresztanta na główną polanę.
Raczej nie baczył na to czy tamten zarywa o coś głową, ciągnie ręką po trawie, bo jest zbyt nisko. Nic z tych rzeczy. Opuścił go również bez delikatności. Byleby stosunkowo blisko kolegi. Nie pokusił się tu o żaden błyskotliwy komentarz a wyłącznie obdarzył Longbottom badawczym spojrzeniem, gdy przez głowę przeleciała mu jeszcze jedna myśl.
- Wszystko w porządku? - odniósł się do zaklęć latających chwilę temu dosłownie we wszystkich możliwych kierunkach; nietrudno było czymś dostać i być może nie odczuć tego od razu pod wpływem adrenaliny buzującej w żyłach.
Na jego oko nic się Brennie nie stało. No, może poza irytacją, ale tę sam także podzielał. Natomiast po zażegnaniu kryzysu to pytanie nasuwało się samo z siebie. Ambroise miał daleko gdzieś drwala, który niemalże się udusił. Prawdę mówiąc nie byłoby mu go szkoda, gdyby faktycznie dokonał tu swego żywota. Aresztowany mężczyzna podejmował ryzyko zawodowe. Powinien mieć świadomość, że może przy tym nawet zginąć. Greengrass co nieco wiedział na ten temat.
- Jestem uzdrowicielem - czuł się w obowiązku napomknąć zaledwie kilka sekund po wcześniejszych słowach, przenosząc spojrzenie z aresztanta na funkcjonariuszkę i w żaden sposób nie komentując, czemu wobec tego jeszcze nie pomagał drwalowi, przywracając mu wszystkie utracone siły.
Bo dopóki znowu się nie dusił, ewidentnie nie potrzebował głaskania po główce.
- Co prawda urazy pozaklęciowe to nie moja bajka, ale w razie potrzeby jestem w stanie pomóc - wyjaśnił zamiast tego, zawieszając na niej pytające spojrzenie.
Jak już stwierdził, raczej wszystko było w całkowitym porządku, ale wolał upewnić się ustnie zanim przejdzie do orientowania się w stratach i oceny skali zniszczeń lasu. Ta była już co najmniej zatrważająca.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down