22.10.2024, 03:03 ✶
- Cieszę się, że stawiasz sprawę tak jasno - zauważył bez mrugnięcia okiem czy drgnięcia mięśnia twarzy, po czym skwitował to wzruszeniem ramionami.
Nie był sarkastyczny. Rzeczywiście doceniał tę bezpośredniość i szczerość przekazu płynącego z ust jego dziewczyny. To był bez wątpienia jeden z tematów, które powinni poruszyć prędzej czy później. Oboje nie byli zbyt wprawni w prowadzeniu dyskusji na temat uczuć, toteż nie wymagał od nich zbyt głębokich analiz tej sytuacji. Geraldine nie musiała mu nic wyjaśniać. To było w tym wszystkim najpiękniejsze w swojej prostocie.
Ambroise po prostu wiedział. Wystarczyło dłuższe spojrzenie i dwa kiwnięcia głową. Jeden porozumiewawczy pomruk pod nosem zamiast wypowiedzianego na głos:
- Daj mi znać, jeśli coś się zmieni, okay?
Załatwił to najbardziej gładko jak tylko się dało, aby żadne z nich nie wyszło z tej przelotnej rozmowy z niewłaściwym wrażeniem. Czuł zadowolenie z tego jak dobrze dopełniali się również na tej płaszczyźnie. Nie chciał działać oficjalnie bez całkowitej chęci ze strony obojga, a sprawę znacząco ułatwiała świadomość, że oboje nie pałali chęcią ku narzuceniu sobie dodatkowych sztywnych ram postępowania.
Nie tak wyglądało ich idealne życie. Budowali je według własnych reguł gry. Na bazie kompromisów, czasami może podszytych mocną chęcią postawienia na swoim, bo oboje byli przy tym chorobliwie upartymi ludźmi, ale ostatecznie po tych wszystkich sekretach, jakie miały ujście kilka miesięcy wcześniej, Ambroise nie sądził, że może istnieć cokolwiek, odnośnie czego nie będą w stanie porozmawiać.
Bez wątpienia niektóre z tych rozmów miały nie być tak spokojne i pełne wyrozumiałości, ale liczył się ostateczny efekt a ten miał być pozytywny. Musiał być. Po tym wszystkim, co razem przeszli i co sobie wyznali, wymieniając się częścią kontroli, otwierając przed sobą nawet najbardziej zakurzone malutkie szufladki w duszy - pełne sekretów, kurzu i pająków. Miał pewność, że to musiało być trwałe.
Mało kto wytrzymałby z kimś takim jak on. Musiał to przyznać pomimo wręcz absurdalnej ilości odniesień, jakie robił do bycia najlepszą partią. Nie bez powodu przez lata stronił od czegokolwiek trwałego. Nie chodziło nawet o to, że nie chciał ryzykować złamanego serca. Po prostu nie był w stanie go przed nikim otworzyć. Spotykał wiele kobiet na swojej drodze.
Żadna nie wzbudzała w nim tak silnych emocji. Nie była w stanie go rozgonić a potem uspokoić w przeciągu zaledwie kilku minut. Nie dawała mu pewności, że z powodzeniem sama poradzi sobie ze wszystkim, co mu imponowało (choć nie powiedziałby tego na głos) ale jednocześnie nie pozwalała mu otoczyć się opieką. Starał się nie przekraczać niepisanych granic, dając od siebie wszystko, ale nie żądając zbyt wiele.
On - człowiek twardo wierzący w sens reguły wzajemności.
W tym wypadku nie oczekiwał. Miał wszystko, czego mógłby pragnąć a nawet znacznie więcej. Te wszystkie rzeczy, o których nie wiedział, że mogą w ogóle zaistnieć w przypadku osoby tak uwikłanej w wątpliwe moralnie sprawy jak on. Kogoś, kto nie wyobrażał sobie życia w klatce zobowiązań.
Tymczasem świadomie zakładał przydomowy ogródek, uczył się przyrządzać coś więcej niż eliksiry - coś zjadliwego, choć piekarza czy cukiernika zdecydowanie nie miało z niego być. Przynosił kwiaty do domu. Dbał o atmosferę i drobne gesty czułości. Nie nadużywał słów. Czasami wręcz był nadto milczący w wyznaniach, które mogłyby mieć naprawdę słodki smak, gdyby wypowiedział je na głos, ale milczał. Czasami zapominając się tak jak w tej chwili i dopowiadając coś do rozmowy wcześniej prowadzonej spojrzeniami.
- Profilaktycznie uprzedzam. Znasz mnie - zaakcentował dokładnie to, co już doskonale wiedziała na jego temat:
traktował ją jak równą sobie, jak swoją partnerkę i kogoś, z kim chciał spędzić resztę życia, ale jednocześnie bardzo poważnie traktował swoją rolę, poczucie obowiązku i nie chciał niedopowiedzeń. Poruszanie się po grząskim gruncie nie wchodziło w grę, kiedy udało im się zbudować coś na stabilnych podstawach.
Nie rozmawiali o tym całkowicie wprost, ale nie sądził, aby pozostawiał pole do niedopowiedzeń. Słysząc od niej stanowcze słowa przeczące temu, że mogłaby potrzebować od niego czegoś więcej, przyjmował to do wiadomości, akceptował, aprobował i nie zamierzał poruszać tego tematu ani postępować wbrew jej oczekiwaniom.
Rozumiał, dlaczego mogła nie chcieć od niego nic oficjalnego. Odpowiadało mu to prawdopodobnie równie mocno, co jej, szczególnie że nie przejmował się swoim kawalerskim stanem. W tym momencie nie było podstaw do tego, aby dalej plotkować na temat jego podejścia do związków. Mimo to w dalszym ciągu słyszał co nieco na swój temat, uniesieniem brwi kwitując wszelkie niewybredne komentarze. Czasami nie tylko jemu obrabiające dupę, a odnoszące się również do niego i Geraldine. To sprawiało, że tym niechętniej chciał grać pod publiczkę.
Jeśli mieliby posunąć się dalej w oczach otoczenia (we własnych to było naturalne i nie wymagało publicznych przysiąg) chciał mieć pewność, że oboje są na to zdecydowani i gotowi na kilka miesięcy wywrócić swoje spokojne życie do góry nogami. Później najpewniej wracając do upragnionego życia zgodnie z własnymi regułami, ale wszystkie przygotowania do rzędu uroczystości zawsze były cyrkiem na kółkach. Był jednym z ostatnich osób ze swojego otoczenia, które nie miały tego za sobą, więc zdążył naoglądać się, napomagać i nauczestniczyć w wielu takich ciągach przyjęć. Całkowicie świadomie od tego stronił...
...ale miał pewność, że zgodziłby się przechodzić przez to wszystko, gdyby to było to czego chciałaby jego ukochana. Nie wyobrażał sobie siebie w tej roli. Prawdę mówiąc nigdy nie planował być czyimś mężem, ale to samoistnie zaczęło ulegać zmianie odkąd Ambroise pojął, że tak właściwie to była kwestia czasu. Tak właściwie to czasu i miejsca, które musiały zgrać się odpowiednio, żeby mógł trafić na kogoś, dla kogo byłby w stanie rozważyć zmianę większości swoich przekonań odnośnie życia rodzinnego.
Rzecz jasna nie od razu. To był powolny proces, ale na tej płaszczyźnie nie miał już aż tylu niemniej jednak nie. Tu mógł poczuć się bardziej elastyczny. Wszystko, byleby mieć z nią długą wspólną przyszłość pełną barw i tchnienia kreatywności, którego zdecydowanie im nie brakowało i nie miało zabraknąć.
- Obiecuję ci to - a nie rzucał słów na wiatr, tak?
Był słownym człowiekiem. Lojalnym temu, w co wierzył i ludziom, którzy byli dla niego istotni. A ona właśnie taka była. Ma moitié - drugą połówka. Nie krył się z tym określeniem, choć nigdy właściwie go nie wyjaśnił. To było jego czułe słówko. Jawny sekrecik? Coś, czego nawet jeśli była świadoma to z nim nie poruszała, więc mogli cieszyć się tym w ciszy. Niewypowiedziane słowa były równie znaczące, co te zadeklarowane. Bywało, że czuł potrzebę złożenia obietnicy na głos, żeby podkreślić wagę tego, czego zamierzał dopilnować. Czasami nie wahał się przypominać o tych usłyszanych przyrzeczeniach, sugerując, że nadeszła odpowiednia okazja, aby je wypełnić.
Z nią zresztą trudno byłoby o brak takiej okazji. To praktycznie się nie zdarzało. Natomiast bycie tutaj w tym konkretnym lesie miało wyłącznie uświetnić wszystko, co planowali już przed Lithą, więc okrucieństwem wobec siebie nawzajem (nawet większym niż to, jak bardzo się teraz wstrzymywali z dotykiem) byłoby z tego nie skorzystać...
...po polowaniu. Czemu to musiało być tak późno?
No cóż. Przynajmniej spróbował odwrócić swoją uwagę eliksirami.
- Nie wiem czy nie wolałbym sam obdarzyć cię tym nieoficjalnym patronatem - odrzekł niespiesznie, powoli ważąc słowa w zamyśleniu. - Choć to może złe słowo. Po prostu nie wiem czy nie lepiej będzie, jeśli rozważymy najbardziej oczywiste możliwości - a więc to, że podejmą współpracę pod kilkoma konkretnymi warunkami i nie robiąc wokół tego zbyt wiele szumu, ale dając do zrozumienia, że ona ma świadomego, poinformowanego pośrednika a on dostawcę znającego się na rzeczy.
Tym samym nie musieliby być ze sobą otwarcie powiązani w tamtym świecie. Tylko trochę zwiększyliby ryzyko powiązania ich interesów ze sobą. A korzyści mogłyby być niewymierne. Z drugiej strony nie miał czasu na głębsze rozważania a wątpliwości również przenikały mu umysł pod postacią tych samych myśli, co z początku: że to mogło zbyt mocno i parszywie odbić się na ich mirze domowym, który był dla Greengrassa ważniejszy.
To nie była odpowiednia chwila na dzielenie się swoimi za i przeciw. Tym bardziej, że może byli w lesie, ale las także miał oczy i uszy. Tysiące, setki tysięcy oczu i uszu.
- Nie dzisiaj - przytaknął bez wahania, szczególnie słysząc te następne słowa, na dźwięk których rozszerzyły mu się źrenice. - Oj zajmiemy się nimi. Bez dwóch zdań - pochłaniał ją wzrokiem. W dalszym ciągu nie mógł ani nie chciał zbyt wiele na to poradzić. - Wiesz, że wcale nie musimy czekać na nadejście wieczoru? - Nie mógł nie spróbować ten ostatni raz, bo skoro ponownie poruszyli naprawdę obiecujący temat to grzechem byłoby nie wspomnieć, że polowanie dało się odrobinę odłożyć w czasie.
Szczególnie, że było stosunkowo wcześnie. Mieli naprawdę dużo czasu. Przynajmniej w oczach Greengrassa, który nie znał się na polowaniach i tym, ile trwają. Dla niego wyprawy do lasu były znacznie bardziej przewidywalne i dało się mniej więcej wyrokować, ile mogą zająć. Z pewnością nie aż tyle, żeby musieć odwlekać najprzyjemniejszą część dnia, pozostawiając ją na sam wieczór. Najpewniej późny.
Patrzył na to znacznie bardziej niechętnie niż na obcisłe spodnie swojej kobiety. Okrutnie wodziła go za nos. Musiała to kiedyś wreszcie przyznać.
Nawet jeśli robiła to wszystko, żeby zrobić mu naprawdę przyjemną niespodziankę, z której cieszył się jak chłopiec tuż przed dostaniem prezentów urodzinowych. Nie spodziewał się, że będą robić coś takiego, toteż podszedł do tego z jeszcze przyjemniejszym zaskoczeniem.
Nie spodziewał się również tego, że szybko zmieni się w wątpliwą przyjemność walki z czymś, co bez wątpienia było dziełem wpływu czarnej magii. Nie dało się tego zakwestionować ani temu zaprzeczyć. Bestia była zwinna, silna i przede wszystkim niewidoczna.
Na ich szczęście (choć bardziej podkreśliłby tu naturalny talent i imponująco płynną współpracę) tylko do momentu dostania zaklęciem. Nareszcie takim, które pomknęło wprost do celu, ujawniając akromantulę w pełnej skurwionej krasie. Wściekłą, rozjuszoną i gotową zjeść go jednym kłapnięciem zębów, gdyby nie cios kuszą (no, mógłby być z kuszy, ale z dwojga złego lepiej w tę stronę niż w żadną).
- Och, och - sapnął Ambroise, śledząc wzrokiem upadającą kuszę a następnie ten nagły akrobatyczny pokaz w wykonaniu ukochanej.
No cóż. Mógł się spodziewać, skąd czerpała inspirację w domowym zaciszu. Natomiast obserwowanie tego z tego poziomu, gdy chodziło o rzeczywiste zagrożenie a nie o rozgorączkowane igraszki było...
...imponujące?
W rzeczy samej. Raczej nie spodziewał się tego, z jaką lekkością była w stanie utrzymać się na wielkim, szamoczącym cielsku olbrzymiego pająka. Prawdopodobnie powinien od razu zareagować na to w jakiś aktywny sposób, ale przytkało go na dobre kilka chwil. Wystarczające do systematycznego wbijania sztyletu w łeb potwora, który z pełną pewnością powinien paść od tego trupem, ale ewidentnie nie dostał takiej informacji. Nie grał zgodnie z przewidywalnym scenariuszem. Ani myślał zdechnąć.
Czy przy życiu podtrzymywała go czysta wściekłość i żądza krwi, czy czarna magia, eliksiry lub coś jeszcze, o czym nie mogli teraz wyrokować - to nie było jasne. Natomiast wcale nie należało zbyt wiele się zastanawiać. Przynajmniej nie do momentu, kiedy nie będą w stanie zająć się truchłem.
- Kuszą? - Ni to zaoferował, ni to zawyrokował, ni to zasugerował powrót do pierwotnego rozwiązania tylko ze znacznie bliższego dystansu.
Był gotowy rzucić jej tę kuszę lub ze znacznie mniejszym prawdopodobieństwem spróbować uruchomić to ustrojstwo i oddać jak najcelniejszy strzał z odległości między gigantyczne, paciorkowate oczy akromantuli. Niezależnie od rozwiązania w żadnym przypadku nie zapewniał, że rzut lub strzał doleci. Pająk zdążył odszarpać się już całkiem daleko. W dalszym ciągu niekontrolowanie się rzucając.
Na tyle, że Greengrass wolał nie ryzykować rzucania zaklęcia. Przynajmniej, dopóki Geraldine w dalszym ciągu siekała bestię od góry, siedząc na niej jak co poniektórzy (debilni) mugole na byku.
To było ich pierwsze prawdziwe wspólne polowanie, toteż jeszcze starał się być bardziej wyrozumiały dla kompletnego braku planu i improwizacji. Jedynie raczej pilnie poszukiwał możliwości uwzględnienia się w sytuacji bez niepotrzebnego wtrącania się w coś, o czym nie miał zielonego pojęcia.
Piękne stare czasy, kiedy (jeszcze) starał się słuchać poleceń i opinii bardziej doświadczonej osoby zamiast porywczo rzucać się do akcji. Ach, łezka kręci się w oku...
...później było już coraz gorzej, przez lata nakręcając spiralę porywczości, ale no...
...nie o tym...
Pająk - wielkie, włochate bydle o twardej skórze i inteligencji błyszczącej w ogarniętych pierwotną żądzą oczkach jak paciorki. Musiał zginąć. Najlepiej czym prędzej.
Nie był sarkastyczny. Rzeczywiście doceniał tę bezpośredniość i szczerość przekazu płynącego z ust jego dziewczyny. To był bez wątpienia jeden z tematów, które powinni poruszyć prędzej czy później. Oboje nie byli zbyt wprawni w prowadzeniu dyskusji na temat uczuć, toteż nie wymagał od nich zbyt głębokich analiz tej sytuacji. Geraldine nie musiała mu nic wyjaśniać. To było w tym wszystkim najpiękniejsze w swojej prostocie.
Ambroise po prostu wiedział. Wystarczyło dłuższe spojrzenie i dwa kiwnięcia głową. Jeden porozumiewawczy pomruk pod nosem zamiast wypowiedzianego na głos:
- Daj mi znać, jeśli coś się zmieni, okay?
Załatwił to najbardziej gładko jak tylko się dało, aby żadne z nich nie wyszło z tej przelotnej rozmowy z niewłaściwym wrażeniem. Czuł zadowolenie z tego jak dobrze dopełniali się również na tej płaszczyźnie. Nie chciał działać oficjalnie bez całkowitej chęci ze strony obojga, a sprawę znacząco ułatwiała świadomość, że oboje nie pałali chęcią ku narzuceniu sobie dodatkowych sztywnych ram postępowania.
Nie tak wyglądało ich idealne życie. Budowali je według własnych reguł gry. Na bazie kompromisów, czasami może podszytych mocną chęcią postawienia na swoim, bo oboje byli przy tym chorobliwie upartymi ludźmi, ale ostatecznie po tych wszystkich sekretach, jakie miały ujście kilka miesięcy wcześniej, Ambroise nie sądził, że może istnieć cokolwiek, odnośnie czego nie będą w stanie porozmawiać.
Bez wątpienia niektóre z tych rozmów miały nie być tak spokojne i pełne wyrozumiałości, ale liczył się ostateczny efekt a ten miał być pozytywny. Musiał być. Po tym wszystkim, co razem przeszli i co sobie wyznali, wymieniając się częścią kontroli, otwierając przed sobą nawet najbardziej zakurzone malutkie szufladki w duszy - pełne sekretów, kurzu i pająków. Miał pewność, że to musiało być trwałe.
Mało kto wytrzymałby z kimś takim jak on. Musiał to przyznać pomimo wręcz absurdalnej ilości odniesień, jakie robił do bycia najlepszą partią. Nie bez powodu przez lata stronił od czegokolwiek trwałego. Nie chodziło nawet o to, że nie chciał ryzykować złamanego serca. Po prostu nie był w stanie go przed nikim otworzyć. Spotykał wiele kobiet na swojej drodze.
Żadna nie wzbudzała w nim tak silnych emocji. Nie była w stanie go rozgonić a potem uspokoić w przeciągu zaledwie kilku minut. Nie dawała mu pewności, że z powodzeniem sama poradzi sobie ze wszystkim, co mu imponowało (choć nie powiedziałby tego na głos) ale jednocześnie nie pozwalała mu otoczyć się opieką. Starał się nie przekraczać niepisanych granic, dając od siebie wszystko, ale nie żądając zbyt wiele.
On - człowiek twardo wierzący w sens reguły wzajemności.
W tym wypadku nie oczekiwał. Miał wszystko, czego mógłby pragnąć a nawet znacznie więcej. Te wszystkie rzeczy, o których nie wiedział, że mogą w ogóle zaistnieć w przypadku osoby tak uwikłanej w wątpliwe moralnie sprawy jak on. Kogoś, kto nie wyobrażał sobie życia w klatce zobowiązań.
Tymczasem świadomie zakładał przydomowy ogródek, uczył się przyrządzać coś więcej niż eliksiry - coś zjadliwego, choć piekarza czy cukiernika zdecydowanie nie miało z niego być. Przynosił kwiaty do domu. Dbał o atmosferę i drobne gesty czułości. Nie nadużywał słów. Czasami wręcz był nadto milczący w wyznaniach, które mogłyby mieć naprawdę słodki smak, gdyby wypowiedział je na głos, ale milczał. Czasami zapominając się tak jak w tej chwili i dopowiadając coś do rozmowy wcześniej prowadzonej spojrzeniami.
- Profilaktycznie uprzedzam. Znasz mnie - zaakcentował dokładnie to, co już doskonale wiedziała na jego temat:
traktował ją jak równą sobie, jak swoją partnerkę i kogoś, z kim chciał spędzić resztę życia, ale jednocześnie bardzo poważnie traktował swoją rolę, poczucie obowiązku i nie chciał niedopowiedzeń. Poruszanie się po grząskim gruncie nie wchodziło w grę, kiedy udało im się zbudować coś na stabilnych podstawach.
Nie rozmawiali o tym całkowicie wprost, ale nie sądził, aby pozostawiał pole do niedopowiedzeń. Słysząc od niej stanowcze słowa przeczące temu, że mogłaby potrzebować od niego czegoś więcej, przyjmował to do wiadomości, akceptował, aprobował i nie zamierzał poruszać tego tematu ani postępować wbrew jej oczekiwaniom.
Rozumiał, dlaczego mogła nie chcieć od niego nic oficjalnego. Odpowiadało mu to prawdopodobnie równie mocno, co jej, szczególnie że nie przejmował się swoim kawalerskim stanem. W tym momencie nie było podstaw do tego, aby dalej plotkować na temat jego podejścia do związków. Mimo to w dalszym ciągu słyszał co nieco na swój temat, uniesieniem brwi kwitując wszelkie niewybredne komentarze. Czasami nie tylko jemu obrabiające dupę, a odnoszące się również do niego i Geraldine. To sprawiało, że tym niechętniej chciał grać pod publiczkę.
Jeśli mieliby posunąć się dalej w oczach otoczenia (we własnych to było naturalne i nie wymagało publicznych przysiąg) chciał mieć pewność, że oboje są na to zdecydowani i gotowi na kilka miesięcy wywrócić swoje spokojne życie do góry nogami. Później najpewniej wracając do upragnionego życia zgodnie z własnymi regułami, ale wszystkie przygotowania do rzędu uroczystości zawsze były cyrkiem na kółkach. Był jednym z ostatnich osób ze swojego otoczenia, które nie miały tego za sobą, więc zdążył naoglądać się, napomagać i nauczestniczyć w wielu takich ciągach przyjęć. Całkowicie świadomie od tego stronił...
...ale miał pewność, że zgodziłby się przechodzić przez to wszystko, gdyby to było to czego chciałaby jego ukochana. Nie wyobrażał sobie siebie w tej roli. Prawdę mówiąc nigdy nie planował być czyimś mężem, ale to samoistnie zaczęło ulegać zmianie odkąd Ambroise pojął, że tak właściwie to była kwestia czasu. Tak właściwie to czasu i miejsca, które musiały zgrać się odpowiednio, żeby mógł trafić na kogoś, dla kogo byłby w stanie rozważyć zmianę większości swoich przekonań odnośnie życia rodzinnego.
Rzecz jasna nie od razu. To był powolny proces, ale na tej płaszczyźnie nie miał już aż tylu niemniej jednak nie. Tu mógł poczuć się bardziej elastyczny. Wszystko, byleby mieć z nią długą wspólną przyszłość pełną barw i tchnienia kreatywności, którego zdecydowanie im nie brakowało i nie miało zabraknąć.
- Obiecuję ci to - a nie rzucał słów na wiatr, tak?
Był słownym człowiekiem. Lojalnym temu, w co wierzył i ludziom, którzy byli dla niego istotni. A ona właśnie taka była. Ma moitié - drugą połówka. Nie krył się z tym określeniem, choć nigdy właściwie go nie wyjaśnił. To było jego czułe słówko. Jawny sekrecik? Coś, czego nawet jeśli była świadoma to z nim nie poruszała, więc mogli cieszyć się tym w ciszy. Niewypowiedziane słowa były równie znaczące, co te zadeklarowane. Bywało, że czuł potrzebę złożenia obietnicy na głos, żeby podkreślić wagę tego, czego zamierzał dopilnować. Czasami nie wahał się przypominać o tych usłyszanych przyrzeczeniach, sugerując, że nadeszła odpowiednia okazja, aby je wypełnić.
Z nią zresztą trudno byłoby o brak takiej okazji. To praktycznie się nie zdarzało. Natomiast bycie tutaj w tym konkretnym lesie miało wyłącznie uświetnić wszystko, co planowali już przed Lithą, więc okrucieństwem wobec siebie nawzajem (nawet większym niż to, jak bardzo się teraz wstrzymywali z dotykiem) byłoby z tego nie skorzystać...
...po polowaniu. Czemu to musiało być tak późno?
No cóż. Przynajmniej spróbował odwrócić swoją uwagę eliksirami.
- Nie wiem czy nie wolałbym sam obdarzyć cię tym nieoficjalnym patronatem - odrzekł niespiesznie, powoli ważąc słowa w zamyśleniu. - Choć to może złe słowo. Po prostu nie wiem czy nie lepiej będzie, jeśli rozważymy najbardziej oczywiste możliwości - a więc to, że podejmą współpracę pod kilkoma konkretnymi warunkami i nie robiąc wokół tego zbyt wiele szumu, ale dając do zrozumienia, że ona ma świadomego, poinformowanego pośrednika a on dostawcę znającego się na rzeczy.
Tym samym nie musieliby być ze sobą otwarcie powiązani w tamtym świecie. Tylko trochę zwiększyliby ryzyko powiązania ich interesów ze sobą. A korzyści mogłyby być niewymierne. Z drugiej strony nie miał czasu na głębsze rozważania a wątpliwości również przenikały mu umysł pod postacią tych samych myśli, co z początku: że to mogło zbyt mocno i parszywie odbić się na ich mirze domowym, który był dla Greengrassa ważniejszy.
To nie była odpowiednia chwila na dzielenie się swoimi za i przeciw. Tym bardziej, że może byli w lesie, ale las także miał oczy i uszy. Tysiące, setki tysięcy oczu i uszu.
- Nie dzisiaj - przytaknął bez wahania, szczególnie słysząc te następne słowa, na dźwięk których rozszerzyły mu się źrenice. - Oj zajmiemy się nimi. Bez dwóch zdań - pochłaniał ją wzrokiem. W dalszym ciągu nie mógł ani nie chciał zbyt wiele na to poradzić. - Wiesz, że wcale nie musimy czekać na nadejście wieczoru? - Nie mógł nie spróbować ten ostatni raz, bo skoro ponownie poruszyli naprawdę obiecujący temat to grzechem byłoby nie wspomnieć, że polowanie dało się odrobinę odłożyć w czasie.
Szczególnie, że było stosunkowo wcześnie. Mieli naprawdę dużo czasu. Przynajmniej w oczach Greengrassa, który nie znał się na polowaniach i tym, ile trwają. Dla niego wyprawy do lasu były znacznie bardziej przewidywalne i dało się mniej więcej wyrokować, ile mogą zająć. Z pewnością nie aż tyle, żeby musieć odwlekać najprzyjemniejszą część dnia, pozostawiając ją na sam wieczór. Najpewniej późny.
Patrzył na to znacznie bardziej niechętnie niż na obcisłe spodnie swojej kobiety. Okrutnie wodziła go za nos. Musiała to kiedyś wreszcie przyznać.
Nawet jeśli robiła to wszystko, żeby zrobić mu naprawdę przyjemną niespodziankę, z której cieszył się jak chłopiec tuż przed dostaniem prezentów urodzinowych. Nie spodziewał się, że będą robić coś takiego, toteż podszedł do tego z jeszcze przyjemniejszym zaskoczeniem.
Nie spodziewał się również tego, że szybko zmieni się w wątpliwą przyjemność walki z czymś, co bez wątpienia było dziełem wpływu czarnej magii. Nie dało się tego zakwestionować ani temu zaprzeczyć. Bestia była zwinna, silna i przede wszystkim niewidoczna.
Na ich szczęście (choć bardziej podkreśliłby tu naturalny talent i imponująco płynną współpracę) tylko do momentu dostania zaklęciem. Nareszcie takim, które pomknęło wprost do celu, ujawniając akromantulę w pełnej skurwionej krasie. Wściekłą, rozjuszoną i gotową zjeść go jednym kłapnięciem zębów, gdyby nie cios kuszą (no, mógłby być z kuszy, ale z dwojga złego lepiej w tę stronę niż w żadną).
- Och, och - sapnął Ambroise, śledząc wzrokiem upadającą kuszę a następnie ten nagły akrobatyczny pokaz w wykonaniu ukochanej.
No cóż. Mógł się spodziewać, skąd czerpała inspirację w domowym zaciszu. Natomiast obserwowanie tego z tego poziomu, gdy chodziło o rzeczywiste zagrożenie a nie o rozgorączkowane igraszki było...
...imponujące?
W rzeczy samej. Raczej nie spodziewał się tego, z jaką lekkością była w stanie utrzymać się na wielkim, szamoczącym cielsku olbrzymiego pająka. Prawdopodobnie powinien od razu zareagować na to w jakiś aktywny sposób, ale przytkało go na dobre kilka chwil. Wystarczające do systematycznego wbijania sztyletu w łeb potwora, który z pełną pewnością powinien paść od tego trupem, ale ewidentnie nie dostał takiej informacji. Nie grał zgodnie z przewidywalnym scenariuszem. Ani myślał zdechnąć.
Czy przy życiu podtrzymywała go czysta wściekłość i żądza krwi, czy czarna magia, eliksiry lub coś jeszcze, o czym nie mogli teraz wyrokować - to nie było jasne. Natomiast wcale nie należało zbyt wiele się zastanawiać. Przynajmniej nie do momentu, kiedy nie będą w stanie zająć się truchłem.
- Kuszą? - Ni to zaoferował, ni to zawyrokował, ni to zasugerował powrót do pierwotnego rozwiązania tylko ze znacznie bliższego dystansu.
Był gotowy rzucić jej tę kuszę lub ze znacznie mniejszym prawdopodobieństwem spróbować uruchomić to ustrojstwo i oddać jak najcelniejszy strzał z odległości między gigantyczne, paciorkowate oczy akromantuli. Niezależnie od rozwiązania w żadnym przypadku nie zapewniał, że rzut lub strzał doleci. Pająk zdążył odszarpać się już całkiem daleko. W dalszym ciągu niekontrolowanie się rzucając.
Na tyle, że Greengrass wolał nie ryzykować rzucania zaklęcia. Przynajmniej, dopóki Geraldine w dalszym ciągu siekała bestię od góry, siedząc na niej jak co poniektórzy (debilni) mugole na byku.
To było ich pierwsze prawdziwe wspólne polowanie, toteż jeszcze starał się być bardziej wyrozumiały dla kompletnego braku planu i improwizacji. Jedynie raczej pilnie poszukiwał możliwości uwzględnienia się w sytuacji bez niepotrzebnego wtrącania się w coś, o czym nie miał zielonego pojęcia.
Piękne stare czasy, kiedy (jeszcze) starał się słuchać poleceń i opinii bardziej doświadczonej osoby zamiast porywczo rzucać się do akcji. Ach, łezka kręci się w oku...
...później było już coraz gorzej, przez lata nakręcając spiralę porywczości, ale no...
...nie o tym...
Pająk - wielkie, włochate bydle o twardej skórze i inteligencji błyszczącej w ogarniętych pierwotną żądzą oczkach jak paciorki. Musiał zginąć. Najlepiej czym prędzej.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down