22.10.2024, 10:08 ✶
Wychodzi z części wernisażu z Desmondem, Calanthe i Severine -> część bankietowa. Później teleportuje się do Eden, Elci i Lorraine
Gdy wyszli zza zasłony otulającej wernisaż, Baldwin poczuł, że coś się na zewnątrz zmieniało. Zrobiło się chłodniej - od jeziora ciągnęło wiatrem. Lampiony lekko przygasły. Brakowało jeszcze, żeby grajkowie zmienili repertuar na coś bardziej niepokojącego.Podniósł głowę, obserwując jak bariera znika. Po co? Już zwijali imprezę?
- Desmondzie… Przypilnuj je. Proszę.- Powiedział zwracając się do kuzyna i ostatecznie poddając się temu nieprzyjemnemu wrażeniu.- Poszukam Lorraine.
Na twarzy chłopaka dało się dostrzec cień podenerwowania. Ewidentnie to wszystko wprawiało go w dziwny dyskomfort. Ciężko się dziwić - nikt, kto spędziłby większą część życia na Nokturnie nie pozostałby ślepy na takie zmiany. Choć oni mogli się stąd wydostać - to równie dobrze coś lub ktoś nieproszony mógł się z łatwością przedostać do nich.
Rozejrzał się, dziękując Bogom, że na przyjęciu gości było co kot napłakał. Zlokalizowanie znajomej sylwetki Malfoyówny, gdzieś pomiędzy nimi nie stanowiło większego wyzwania.
- Gdyby coś się działo, wracaj natychmiast do domu, dobrze? Albo lepiej do mnie na Horyzontalną.- Powiedział jeszcze do Calanthe. To już nawet nie była prośba. Proste polecenie, choć ukryte w grzecznym pytaniu. Uśmiechnął się do niej tak łagodnie jak tylko potrafił i zwrócił wzrok w stronę Severine. - Uważajcie na siebie. To może być bzdura, ale…
Nie dokończył.
Nie chciał zdradzać makabrycznych scenariuszy, które przychodziły mu na myśl. Ostatecznie teleportował się praktycznie przy boku Lorraine, dołączając do niej, Eden i Eleonory.
Dobra. Bez paniki. Wszystko jest okej.- Upomniał się surowo w myślach. Nie przywitał się z Lorraine, nie zaszczycił jej spojrzeniem, nadal śmiertelnie obrażony o to co zadziało się wcześniej. Ale odetchnął z ulgą, gdy znalazł się przy niej.
Zamiast tego spojrzał na Eleonorę.
- Pani…- Zawiesił się na ułamek sekundy. Jak on ma się zwrócić do tej baby, którą widział na oczy może parę razy w życiu? Ciociu? Ciotuchno? Szanowna małżonko wielmożnie nam panującego stryja? -... Malfoy.- Dokończył ostatecznie, decydując się na najbardziej bezpieczną z opcji. Jeśli jakkolwiek pokazała sobie, że chce być ucałowana w dłoń - zrobił to. Szarmancki, grzeczny. Aczkolwiek kompletnie nie przejął się faktem, że przeszkodził im w rozmowie. Były rzeczy ważne i ważniejsze - a babskie ploty z pewnością na owej liście nie figurowały.
Równie grzecznie ukłonił się ostatniej bohaterce dramatu.
Nie musiał pamiętać dziewczyny. Wystarczy, że pamiętał ją ze zdjęć rozwieszonych w gabinecie Lorraine jak jakiś pieprzony ołtarzyk ku czci rodziny, ze strzępek opowieści i rozmów na jej temat.
- Pani L e s t r a n g e.- Wypowiedział akcentując każdą sylabę w nazwisku Eden. Bo przecież Eden Malfoy’em już nie była, prawda? Nie odkąd rozłożyła nogi przed tym swoim pożal się boże mężem. Jak mu było? Coś tam ostatnio o tym nawet czytał. William? Alexander? Jeden chuj.