22.10.2024, 14:36 ✶
– Mój brat umarł w marcu. Wyjechałem z kraju i po powrocie dowiedziałem się, że nie tylko mój – odpowiedział jej uciekając wzrokiem. Taki był cel. Taka była prawda. Jedna z wielu prawd i wielu smutków, które zaprzątały mu głowę. Ta przestrzeń jednak należała do zmarłych, a ich pamięć pozostawała żywa tak długo, jak pamiętali ich Ci, z którymi żyli. Anthony nie lubił swojego brata, mając w nim wspomnienia głównie związane z dziecięcym okrucieństwem, wyśmiewaniem jego słabości i lęków. Dopóki Thomas nie został wydziedziczony, młodszy z Shafiqów czuł się jak dziecko na doczepkę, nie warte emocjonalnego zaangażowania, nie warte pieniędzy na podróż do Egiptu. A teraz proszę, wykreślony z testamentu, wykreślony z księgi żywych.
Nie dla niego tu przyszedł.
Wiedział, że Morpheus umiał doskonale maskować żałobę, widywał go już w tym stanie kilkukrotnie. Zapodziani w krętych ścieżkach burzliwych emocji, chyba obaj potrzebowali cmentarnej ciszy. Szeptu płaczących wierzb. Ciemnej zieleni cyprysów, które przypominały o tym, jak spokojne bywało życie, gdy już zgasło.
– Hmm... może to nadinterpretacja z mojej strony, ale nigdy nie wiesz kiedy Śmierć do Ciebie przyjdzie. Zatem... zasadnym wydawało mi się, gdy pierwszy raz usłyszałem tę historię, zakładać, że trzeci z braci ukrywa się przed nią permanentnie, a syn, którego obdarował u schyłku swojego życia spłodzony był przed spotkaniem z kostuchą lub niedługo później. To dość ciekawy z resztą koncept, jak jego potomek uchował się tak długo, że zdążył otrzymać spadek. Wadą długowieczności jest przecież to, że wszystko w koło i tak przemija. Bez względu na wszystko... wszystko i tak przeminie. – Patrzył się znów na kondukt, czując dziwną gorycz w sercu, ciężar skamieniałego organu. – Lubię o tym pamiętać, aby móc docenić chwilę, która trwa. Rozpatrzeć ją jako dar. Kwiat, który ścięty i tak obumrze w dłoniach. Mimo magii. Mimo próśb najbliższych. – Odetchnął głęboko, po czym uśmiechnął się lekko do Longbottomówny, kłaniając się jej z szacunkiem.
– Proszę przyjąć moje kondolencje z powodu śmierci wuja. Nie znaliśmy się zbyt dobrze, ale domyślam się, że jego przedwczesna śmierć była ciosem – powiedział może nieco bardziej sformalizowanym tonem, ale czuć było w jego głosie smutek. Bez względu na jego zdanie o nestorze rodu, wiedział, że w Warowni dużo ciaśniejsze są rodzinne więzy, a każdy zerwany tak nagle, goi się dłużej.
Nie dla niego tu przyszedł.
Wiedział, że Morpheus umiał doskonale maskować żałobę, widywał go już w tym stanie kilkukrotnie. Zapodziani w krętych ścieżkach burzliwych emocji, chyba obaj potrzebowali cmentarnej ciszy. Szeptu płaczących wierzb. Ciemnej zieleni cyprysów, które przypominały o tym, jak spokojne bywało życie, gdy już zgasło.
– Hmm... może to nadinterpretacja z mojej strony, ale nigdy nie wiesz kiedy Śmierć do Ciebie przyjdzie. Zatem... zasadnym wydawało mi się, gdy pierwszy raz usłyszałem tę historię, zakładać, że trzeci z braci ukrywa się przed nią permanentnie, a syn, którego obdarował u schyłku swojego życia spłodzony był przed spotkaniem z kostuchą lub niedługo później. To dość ciekawy z resztą koncept, jak jego potomek uchował się tak długo, że zdążył otrzymać spadek. Wadą długowieczności jest przecież to, że wszystko w koło i tak przemija. Bez względu na wszystko... wszystko i tak przeminie. – Patrzył się znów na kondukt, czując dziwną gorycz w sercu, ciężar skamieniałego organu. – Lubię o tym pamiętać, aby móc docenić chwilę, która trwa. Rozpatrzeć ją jako dar. Kwiat, który ścięty i tak obumrze w dłoniach. Mimo magii. Mimo próśb najbliższych. – Odetchnął głęboko, po czym uśmiechnął się lekko do Longbottomówny, kłaniając się jej z szacunkiem.
– Proszę przyjąć moje kondolencje z powodu śmierci wuja. Nie znaliśmy się zbyt dobrze, ale domyślam się, że jego przedwczesna śmierć była ciosem – powiedział może nieco bardziej sformalizowanym tonem, ale czuć było w jego głosie smutek. Bez względu na jego zdanie o nestorze rodu, wiedział, że w Warowni dużo ciaśniejsze są rodzinne więzy, a każdy zerwany tak nagle, goi się dłużej.