22.10.2024, 16:10 ✶
Odnosił wrażenie, że rzeczywiście znała go znacznie lepiej niż ktokolwiek inny. Nawet własnej rodziny nie wciągnął tak głęboko w to, co robił i kim był. Nie mówiąc o przyjaciołach, których wolał obdarzać lojalnością i opieką, nie dostarczając im powodów do niepokoju ani nie uświadamiając nikogo o niebezpieczeństwach. Zazwyczaj raczej starał się odgonić ludzi od ryzyka. Geraldine była wyjątkiem.
Wiedział, że to był tak samo jej świat jak jego. Robili bardzo podobne rzeczy, choć na innych poziomach i etapach. On był raczej kimś, kto włączał się już po fakcie - po tym, gdy ktoś taki jak ona zadbał o wytropienie i upolowanie bestii, przyniósł ją zleceniodawcy lub pośrednikowi, który podejmował dalsze kroki w kierunku sprzedaży, podzielenia na składniki, przerobienia na preparaty. Oboje pracowali w terenie, ale robiąc całkiem inne rzeczy.
Nie zamierzał czynić jej wyrzutów o narażanie się, skoro sam mógłby dostać takimi w formie rewanżu. Już to zrobili. Tak właściwie jednokrotnie w naprawdę paskudny sposób i parokrotnie w formie niezadowolonych, drobnych nawiązań podczas spin, których nie dało się uniknąć. Nie w przypadku tej więzi, którą mieli, a która sprawiała, że jednocześnie jej ufał i starał się być kimś godnym zaufania.
Nie widział innej możliwości. Przyszłość malowała się jasno. Dopóki podejmowali decyzje wspólnie i w zgodzie ze swoimi przekonaniami, dopóty nie potrzebował nic więcej poza nimi, ich domem, wspólnotą. Wszystko inne było zbędne.
- No więc czemu się powstrzymujemy? - Spytał zaczepnie z dłońmi wyciągniętymi z kieszeni po to, żeby zapleść ramiona na piersi, wychylił się przy tym w przód.
Niby nic nie musieli a jednak coś (nie, nie coś, to była czysta przekora) sprawiało, że gadali zamiast przejść do czynów. W teorii wystarczyło, żeby wykonał jeszcze jeden jawny krok, tym razem już bez odsuwania się od Geraldine, ale z drugiej strony chciał zostawić jej trochę pola do popisu. Lubił, gdy przejmowała inicjatywę w odpowiednio nakręcony sposób. Tyle tylko, że z oślim uporem nie schylała się, żeby podjąć rękawicę. Mógł się tego spodziewać, jednakże wciąż westchnął ciężko. Szczególnie na te kolejne słowa.
Bezsens.
- Nie jestem Macmillanem - podkreślił, jakby nie była świadoma tego, że nie miał niemal żadnego powiązania z naczelnymi czarodziejskimi kapłanami; religia nie była czymś, do czego Greengrass przykładał szczególną uwagę, raczej nie postępował zgodnie z tymi duchowymi wskazówkami. Wręcz przez większość czasu się z nimi dyskretnie mijał. - Jeśli już to Mulciberem - dodając po chwili namysłu, posłał jej pozorumiewawczy uśmieszek.
Nie można mu było odmówić powiązań z tą częścią rodziny, nawet jeśli jego własna matka nie była osobą, z którą Ambroise utrzymywał jakiekolwiek kontakty. Nie został wymazany przez swoich krewniaków. Bądź co bądź, spędził z nimi połowę młodości, szczególnie od czasu, kiedy Evelyn Rowle zaczęła być Evelyn Greengrass i dom w Dolinie Godryka stał się mu znacznie bardziej obcy i nieprzyjazny. To z kuzynkami z Mulciberów trzymał się w dzieciństwie, nieświadomie przyswajając sporą dawkę ich wpływów. Tym bardziej, że większość z nich była starsza i wtedy wydawała mu się (im zresztą również) dorosła.
Obecnie również nie stronił od kontaktów z ludźmi, którzy po wyborze mugolaka na Ministra Magii niemalże całkowicie wycofali się w cień. Tym łatwiej znalazł dzięki temu z nimi wspólny język, korzystając z wpływów, kontaktów a czasami również renomy na Ścieżkach. Należało mu się to jak smokowi zamek pełen kosztowności.
To sprawiało, że jeszcze bardziej oddalał się od bycia cnotliwym - czy to pod kątem zachowań, czy to cierpliwości i opanowania trawiącego go ognia. Nie mogła tego sama podsycać a potem dziwić się woni dymu. W przypadku Mulciberów aż prosiło się stwierdzić, że ten mógł być całkiem przyjemny, kadzidłowy i otumaniający.
Jeśli już miał czemukolwiek zawierzyć to jej, nie ludziom usiłującym narzucić mu to, co powinien robić, jak należało według nich postępować i w co wierzyć, by być dostatecznie cnotliwym, aby doznać duchowego wzniesienia jeszcze za życia. Geraldine Yaxley mogła być jego nową religią. Z tym, że nie było w niej miejsca na standardowe boskie cnoty. Sami ustalali, co było a co nie było właściwym sposobem wyznawania siebie nawzajem. Milcząca, platoniczna adoracja była pozbawiona sensu.
Nie widział powodu, żeby być męczennikiem, więźniem swoich własnych tłumionych popędów, wyższym człowiekiem, nic z tych rzeczy. Pod kątem cierpliwości, była mu ona zazwyczaj dość nieznana i nie po drodze. Potrafił zachować pokerową twarz, zaczekać na odpowiedni moment, ale nie przy Geraldine. Tu dopiero uczył się wstrzemięźliwości, nie będąc przy tym zbyt pojętnym magistrantem. Rozkładał ręce - co mógł na to poradzić, jeśli nie chciał nic na to radzić?
Po co zmieniać coś, co działa? Zawsze tak twierdził i nawet jeśli to, co między nimi zaistniało było w pewnym stopniu sprzeczne z tym podejściem do życia (wcześniej działało bycie samemu, teraz widział, jak marne to było) to uważał ich relację raczej za potwierdzenie reguły. Szanując wzajemnie swoje nawyki i charaktery, tworzyli naprawdę dobrze działający związek.
Nie musiał wywracać wszystkiego do góry nogami, żeby się dostosować do jej potrzeb i oczekiwań. W drugą stronę działała ta sama zasada wzajemności. Usiłował odsunąć od siebie przejawy niepokoju i chęci ochrony Geraldine przed całym złem tego świata, bo od wielu lat obracała się w tym skutecznie, manewrując w trudnych warunkach bez jego wkładu (starał się o tym pamiętać). Raczej przejść z tym do porządku dziennego, spróbować wszystko rozumieć, akceptować, wspierać a nie blokować.
W pewnym sensie to polowanie było dowodem, że mogli działać jako naturalny duet. Być może myśl o nawiązaniu ostrożnej współpracy nie była tak głupia?
W innych okolicznościach pewnie czepiłby się tego słówka dla zasady. Natomiast w tej chwili miał jasność, co do jej oczekiwań a sytuacja nie sprzyjała żartom, więc bez dalszego zawahania zamachnął się kuszą tak, żeby dorzucić ją w ręce Geraldine. Całkiem nieźle i bez większego przeliczenia się w analizie toru lotu. Później z pewnością zamierzał nawiązać do swojego własnego cela. Szczególnie, że mowa była o kuszy a wszystko, co dotyczyło Yaxleyówny i tej broni stanowiło dla Ambroisa doskonały materiał do żartów.
Obecnie był skupiony, zbyt skoncentrowany na pająku i walczącej z akromantulą Geraldine, żeby pozwalać sobie na jakiekolwiek reakcje mogące rozproszyć którekolwiek z nich. Szykował się na okoliczność natychmiastowej reakcji. Nie miał zamiaru stać jak kołek, jeśli nadarzy się okazja i będzie potrzebny.
Aktualnie widział, że mógłby być raczej zbędnym elementem w naprawdę popisowej walce, więc nie zaangażował się bez potrzeby, zamiast tego bacznie obserwując rozwój sytuacji do momentu, kiedy bestia osunęła się na ziemię z ciężkim, głuchym tąpnięciem, targana pośmiertnymi drgawkami.
- Jasna cholera - sapnął z koktajlem skrajnych emocji, nie ruszając się z miejsca przez kilka kolejnych sekund, zanim nie mrugnął i nie wychylił się w przód, robiąc kilka kroków. - Zdechła? - wyglądała na martwą, ale wolał się profilaktycznie upewnić zanim dopuści do siebie możliwość rozluźnienia ciała i całą resztę reakcji w następstwie walki.
Wielokrotnie był świadkiem różnych starć. Leczył ich konsekwencje, rany doznane w trakcie walki zarówno z ludźmi, jak i ze stworzeniami tego pokroju, choć chyba jeszcze nigdy nie chodziło o coś tak jawnie spaczonego czarną magią. Mimo to jeszcze nigdy nie zareagował na to w taki sposób - rozszerzonymi źrenicami i falą gorąca, przesuwając językiem po zębach.
- Zapomnij o wieczorze - nie było mowy, kurewsko go tym nakręciła.
Wiedział, że to był tak samo jej świat jak jego. Robili bardzo podobne rzeczy, choć na innych poziomach i etapach. On był raczej kimś, kto włączał się już po fakcie - po tym, gdy ktoś taki jak ona zadbał o wytropienie i upolowanie bestii, przyniósł ją zleceniodawcy lub pośrednikowi, który podejmował dalsze kroki w kierunku sprzedaży, podzielenia na składniki, przerobienia na preparaty. Oboje pracowali w terenie, ale robiąc całkiem inne rzeczy.
Nie zamierzał czynić jej wyrzutów o narażanie się, skoro sam mógłby dostać takimi w formie rewanżu. Już to zrobili. Tak właściwie jednokrotnie w naprawdę paskudny sposób i parokrotnie w formie niezadowolonych, drobnych nawiązań podczas spin, których nie dało się uniknąć. Nie w przypadku tej więzi, którą mieli, a która sprawiała, że jednocześnie jej ufał i starał się być kimś godnym zaufania.
Nie widział innej możliwości. Przyszłość malowała się jasno. Dopóki podejmowali decyzje wspólnie i w zgodzie ze swoimi przekonaniami, dopóty nie potrzebował nic więcej poza nimi, ich domem, wspólnotą. Wszystko inne było zbędne.
- No więc czemu się powstrzymujemy? - Spytał zaczepnie z dłońmi wyciągniętymi z kieszeni po to, żeby zapleść ramiona na piersi, wychylił się przy tym w przód.
Niby nic nie musieli a jednak coś (nie, nie coś, to była czysta przekora) sprawiało, że gadali zamiast przejść do czynów. W teorii wystarczyło, żeby wykonał jeszcze jeden jawny krok, tym razem już bez odsuwania się od Geraldine, ale z drugiej strony chciał zostawić jej trochę pola do popisu. Lubił, gdy przejmowała inicjatywę w odpowiednio nakręcony sposób. Tyle tylko, że z oślim uporem nie schylała się, żeby podjąć rękawicę. Mógł się tego spodziewać, jednakże wciąż westchnął ciężko. Szczególnie na te kolejne słowa.
Bezsens.
- Nie jestem Macmillanem - podkreślił, jakby nie była świadoma tego, że nie miał niemal żadnego powiązania z naczelnymi czarodziejskimi kapłanami; religia nie była czymś, do czego Greengrass przykładał szczególną uwagę, raczej nie postępował zgodnie z tymi duchowymi wskazówkami. Wręcz przez większość czasu się z nimi dyskretnie mijał. - Jeśli już to Mulciberem - dodając po chwili namysłu, posłał jej pozorumiewawczy uśmieszek.
Nie można mu było odmówić powiązań z tą częścią rodziny, nawet jeśli jego własna matka nie była osobą, z którą Ambroise utrzymywał jakiekolwiek kontakty. Nie został wymazany przez swoich krewniaków. Bądź co bądź, spędził z nimi połowę młodości, szczególnie od czasu, kiedy Evelyn Rowle zaczęła być Evelyn Greengrass i dom w Dolinie Godryka stał się mu znacznie bardziej obcy i nieprzyjazny. To z kuzynkami z Mulciberów trzymał się w dzieciństwie, nieświadomie przyswajając sporą dawkę ich wpływów. Tym bardziej, że większość z nich była starsza i wtedy wydawała mu się (im zresztą również) dorosła.
Obecnie również nie stronił od kontaktów z ludźmi, którzy po wyborze mugolaka na Ministra Magii niemalże całkowicie wycofali się w cień. Tym łatwiej znalazł dzięki temu z nimi wspólny język, korzystając z wpływów, kontaktów a czasami również renomy na Ścieżkach. Należało mu się to jak smokowi zamek pełen kosztowności.
To sprawiało, że jeszcze bardziej oddalał się od bycia cnotliwym - czy to pod kątem zachowań, czy to cierpliwości i opanowania trawiącego go ognia. Nie mogła tego sama podsycać a potem dziwić się woni dymu. W przypadku Mulciberów aż prosiło się stwierdzić, że ten mógł być całkiem przyjemny, kadzidłowy i otumaniający.
Jeśli już miał czemukolwiek zawierzyć to jej, nie ludziom usiłującym narzucić mu to, co powinien robić, jak należało według nich postępować i w co wierzyć, by być dostatecznie cnotliwym, aby doznać duchowego wzniesienia jeszcze za życia. Geraldine Yaxley mogła być jego nową religią. Z tym, że nie było w niej miejsca na standardowe boskie cnoty. Sami ustalali, co było a co nie było właściwym sposobem wyznawania siebie nawzajem. Milcząca, platoniczna adoracja była pozbawiona sensu.
Nie widział powodu, żeby być męczennikiem, więźniem swoich własnych tłumionych popędów, wyższym człowiekiem, nic z tych rzeczy. Pod kątem cierpliwości, była mu ona zazwyczaj dość nieznana i nie po drodze. Potrafił zachować pokerową twarz, zaczekać na odpowiedni moment, ale nie przy Geraldine. Tu dopiero uczył się wstrzemięźliwości, nie będąc przy tym zbyt pojętnym magistrantem. Rozkładał ręce - co mógł na to poradzić, jeśli nie chciał nic na to radzić?
Po co zmieniać coś, co działa? Zawsze tak twierdził i nawet jeśli to, co między nimi zaistniało było w pewnym stopniu sprzeczne z tym podejściem do życia (wcześniej działało bycie samemu, teraz widział, jak marne to było) to uważał ich relację raczej za potwierdzenie reguły. Szanując wzajemnie swoje nawyki i charaktery, tworzyli naprawdę dobrze działający związek.
Nie musiał wywracać wszystkiego do góry nogami, żeby się dostosować do jej potrzeb i oczekiwań. W drugą stronę działała ta sama zasada wzajemności. Usiłował odsunąć od siebie przejawy niepokoju i chęci ochrony Geraldine przed całym złem tego świata, bo od wielu lat obracała się w tym skutecznie, manewrując w trudnych warunkach bez jego wkładu (starał się o tym pamiętać). Raczej przejść z tym do porządku dziennego, spróbować wszystko rozumieć, akceptować, wspierać a nie blokować.
W pewnym sensie to polowanie było dowodem, że mogli działać jako naturalny duet. Być może myśl o nawiązaniu ostrożnej współpracy nie była tak głupia?
W innych okolicznościach pewnie czepiłby się tego słówka dla zasady. Natomiast w tej chwili miał jasność, co do jej oczekiwań a sytuacja nie sprzyjała żartom, więc bez dalszego zawahania zamachnął się kuszą tak, żeby dorzucić ją w ręce Geraldine. Całkiem nieźle i bez większego przeliczenia się w analizie toru lotu. Później z pewnością zamierzał nawiązać do swojego własnego cela. Szczególnie, że mowa była o kuszy a wszystko, co dotyczyło Yaxleyówny i tej broni stanowiło dla Ambroisa doskonały materiał do żartów.
Obecnie był skupiony, zbyt skoncentrowany na pająku i walczącej z akromantulą Geraldine, żeby pozwalać sobie na jakiekolwiek reakcje mogące rozproszyć którekolwiek z nich. Szykował się na okoliczność natychmiastowej reakcji. Nie miał zamiaru stać jak kołek, jeśli nadarzy się okazja i będzie potrzebny.
Aktualnie widział, że mógłby być raczej zbędnym elementem w naprawdę popisowej walce, więc nie zaangażował się bez potrzeby, zamiast tego bacznie obserwując rozwój sytuacji do momentu, kiedy bestia osunęła się na ziemię z ciężkim, głuchym tąpnięciem, targana pośmiertnymi drgawkami.
- Jasna cholera - sapnął z koktajlem skrajnych emocji, nie ruszając się z miejsca przez kilka kolejnych sekund, zanim nie mrugnął i nie wychylił się w przód, robiąc kilka kroków. - Zdechła? - wyglądała na martwą, ale wolał się profilaktycznie upewnić zanim dopuści do siebie możliwość rozluźnienia ciała i całą resztę reakcji w następstwie walki.
Wielokrotnie był świadkiem różnych starć. Leczył ich konsekwencje, rany doznane w trakcie walki zarówno z ludźmi, jak i ze stworzeniami tego pokroju, choć chyba jeszcze nigdy nie chodziło o coś tak jawnie spaczonego czarną magią. Mimo to jeszcze nigdy nie zareagował na to w taki sposób - rozszerzonymi źrenicami i falą gorąca, przesuwając językiem po zębach.
- Zapomnij o wieczorze - nie było mowy, kurewsko go tym nakręciła.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down