– No to jesteśmy kwita – odparła i wyglądała jak… jak bardzo zadowolona z siebie kocica, tyle, że była człowiekiem. Ale gdyby była kotem – to właśnie taką miałaby mordę, najedzonego, zadowolonego z siebie zwierzaka, a wszystko dlatego, że odpowiedziała pięknym za nadobne. – Thomas, proszę cię. A piramidy czym są? Grobowcami. Wszystko, co robią archeologowie, to babranie się w nekropoliach. Cmentarzach. A lubię swoją pracę. I lubię cmentarze – to w zasadzie nie było takie trudne do wydedukowania, chociaż wielu ludziom cmentarze kojarzyły się z czymś podniosłym, smutnym, poważnym, a ktoś, kto lubił cmentarze, często postrzegany był jako świr. – Nie wiedziałam. A po cmentarzach sama nie chodzę, więc musisz mi pokazać – z kotkami wyszło jak wyszło… ale Guinevere nadal była chętna je zobaczyć. Tyle się nasłuchała o tym Kocim Azylu, a kiedy już była na miejscu, to jakoś… ciągle było coś, ale wierzyła, ze w końcu uda im się znaleźć czas wspólnie. Tak jak dzisiaj się udało zgrać kalendarze i… szukać kotków.
– Tak, całkiem sporo. Ruiny wioski czarodziejów, której mieszkańcy zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach. Pisali o tym nawet artykuł* w czerwcu w Proroku Codziennym, ale mnie tam nie znajdziecie z nazwiska, nie było mnie przy odkryciu, domykałam sprawy w Kairze i Aleksandrii – zwróciła się do Nory, bo choć Thomas pewnie to wszystko wiedział, skoro był przelotem w obozie (gdzie się minęli, tego dnia pomagała dziadkom w Pangbourne). – Każde zajęcie jest ciekawe, zwłaszcza wtedy, kiedy wkłada się w nie całe swoje serce. A ja słyszałam, że ty swoje wkładasz w wypieki i gotowanie – wszystko się sprowadzało do pasji, bo Ginny szanowała praktycznie każdą. Ludzie wtedy inaczej mówili, oczy im błyszczały, rumienili się, byli żywi – to zupełna odwrotność tego, co sama robiła w pracy: grzebiąc w tym, co od dawna martwe.
– Och… Nie skojarzyłam imienia – przyznała się bez bicia i lekko przekrzywiła głowę. – Świat jest mały, co? Trochę śmiesznie, bo wtedy poznałam kuzyna, o którego istnieniu nawet nie wiedziałam – ha-ha, tak, świat był bardzo mały i Ginewra nawet nie wiedziała, jak bardzo: że jest jeszcze mniejszy, niż sądziła.
Spojrzała na Thomasa przeciągle, już jako kot, kiedy zaczął gadać o tym, że jest ładna… To zawsze było miło usłyszeć, a ona jako kot przecież nie miała kociego móżdżku, nadal była nią: Ginewrą, która słyszała i odczuwała jak czarodziej, chociaż zmysły miała też iście zwierzęce. I wszak dlatego się właśnie zmieniła. Miauknęła raz, cicho, w podziękowaniu, a potem skupiła się na wyczuwaniu i… czy to nie był zapach kota?
Przysiadła aż, zawinęła ogon wokół swojego ciałka, przymknęła oczy i pokiwała główką jeszcze kilka razy, koci nosek wyraźnie pracował, bo węszyła, zapach był wyraźny. W końcu gwałtownie otworzyła oczy, zerwała się na równe nogi i zaczęła bardzo natrętnie i głośno miaukolić, żeby Nora i Thomas na pewno ją usłyszeli, gotowa nawet była zakręcić się wokół ich nóg. Za chwilę jednak się odmieniła.
– Czuję wyraźny zapach kota, chodźcie! – rzuciła i zaraz zamieniła się w kota znowu, chcąc ich dobrze poprowadzić. Przyjście do ruin było dobrym pomysłem, ale trop prowadził gdzieś indziej… z powrotem do miasteczka, do jednej z uliczek. Kot-Ginny musiała kilka razy przystanąć żeby znowu zacząć wąchać w powietrzu i musiało to śmiesznie wyglądać, kiedy truchtała sobie przed nimi, oglądając się za siebie kilka razy, jakby się upewniała, że idą z nią. Aż w końcu zatrzymała się obok jednego z drzew, pokręciła główką, a potem obeszła drzewo dookoła dwa razy, patrząc w górę, to w dół, na boki… Tu się wszystko urywało.
* link: klik