Siedział na fotelu, patrząc na nią w skupieniu, jakby spijał każde jadowite słowo z jej ust. Nie drgnął nawet, niczym kolejna z ofiar Meduzy, zamieniona jej wzrokiem w przepiękną rzeźbę, na którą aż żal patrzeć, z której powodu liczyło się na los Pigmaliona i ożywienie jej słodkim pocałunkiem, aby odmienić zimny kamień w bijące serce. Loretta jednak chciała tego pierwszego, dama o wężowych włosach i oczach bazyliszka.
Tak naprawdę nie słuchał jej wcale, ale znała go zbyt krótko, aby to zauważyć.
Co znów mogłoby rozniecić płomień? Podpuszczała go obrazami, nie sądząc, że rzeczywiście to zrobi, lecz to doprowadziło tylko ją samą do białej gorączki, zdenerwowała samą siebie tym aktem destrukcji. Nie tędy szła droga, więc sięgnął po inną, złocistą nić przyszłości. Ona przeklinała jego, on wyzywał ją, ale w gruncie rzeczy było to miałkie i jałowe, brakowało temu tego polotu, który wybrzmiewał w słowach Dolohova, tej erudycji i zgrabnego operowania językiem. Zwykle wulgarne epitety spływały po obojgu, jak po kaczce, nudząc. Odrzucił ten czas. Niskie, podłe i dziecinne.
Kolejna nić.
W tej przyszłości spojrzały na nią duże, zaszklone oczy sarenki, łzy żałości fałszywie spływały po policzkach, we wzbudzeniu litości, tego poczucia władzy, którym by się upajała, w poczuciu, że tylko ona może go ranić i pocieszać. Czuł jej zgrabne palce, głaszczące jego policzki i przeczesujące włosy, z uśmiechem tryumfu i zachłanności, aby widzieć go takiego, pod jej butem, w żalach i słodkich słówkach, gdy znów będzie go dominowała. Kwaśny posmak niezadowolenia. Nie, nie tego szukał.
Kolejna nić.
Pulsowanie, brutalność. Wygnie jej nadgarstki, wydusi z gardła okrzyk przyjemności, który poniesie się wstydliwie przez okno i znów będą uprawiać seks, wśród smrodu oparów, kłębów dymu, brutalny, zostawiający po sobie sińce, zadrapania i ślady sadzy na skórze. Moment gdzie emocjonalny ból zmienia się w prawdziwy. Walka o przewagę, oznaczanie swoich własności, absolutna nienawiść zmieniona w pożądanie. Nie, nie chciał już jej dotykać. Nie podniecało go to w żaden sposób. Kolejna wtórna rzecz. Jeszcze tej nocy mógł mieć kogoś lepszego.
Żadna z tych opcji nie była dla Morpheusa dostatecznie satysfakcjonująca, intrygująca, warta marnowania choćby chwili więcej. Ziarno trafiło na płytką ziemię, wzrosło i uschło, nim minęła jedna ledwie pora roku. Wstał z szelestem szaty, która jeszcze nie nasiąknęła jego zapachem, lecz nie aby udać się do niej, a w stronę drzwi.
Ostatecznie, nie była nim. Ostatecznie nigdy nie mogła być nim z oczywistych powodów. Zabawne, że szukał odbicia swojej młodości w tak wielu ludziach, ostatecznie trafiając na miałką pustkę. Musiał wyjechać, wyjechać z Anglii, jak najdalej, żeby zapomnieć, aby wejść do rzeki Lethe, nie tylko się z niej napić, ale zanurzyć się w bagniskach zapomnienia aż po czubek głowy. W tym swoim planie nie wziął pod uwagę jednej, najważniejszej rzeczy, że wspomnienia mógł wymazać, lecz nie emocji, które były z nimi związane.
Drzwi za nim zamknęły się z cichym klik.