22.10.2024, 23:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.10.2024, 23:38 przez Quintessa Longbottom.)
Nie mogła, bogowie, nie mogła zaprzeczyć temu, że serce zatrzepotało jej w piersi trochę mocniej, gdy były mąż owinął oddechem jej policzek i szyję. Miała przez to naprawdę wielką ochotę przegryźć kieliszek z mimozą, a potem połknąć szkło ze smakiem. Oby tylko nie spąsowiała jak uczennica piątego roku, bo byłby to zbyt wielki przeskok w przeszłość.
Zostało jej tylko mocniejsze zaciśnięcie palców na ramieniu Longbottoma i przyciśnięcie łokcia do piersi, jakby chciała uniknąć tego, żeby ktokolwiek zwracał uwagę na to, że nie wyglądała na zbyt zadowoloną tą wymianą zdań. Zaśmiała się zatem głośno, ale nie przesadnie, jakby Woody opowiedział jej jakiś filuternie sprośny żarcik. Tuż po tym nachyliła się do jego ucha, aby i ona sama mogła mu wbić gwoździa, ale takiego naprawdę małego. Ledwie poczuł dobicie młotka.
— Jesteś ostatnią osobą jaką chciałam zobaczyć — rzuciła beztrosko, cały czas uśmiechając się. — Nie mogli przysłać Brenny?
Pytanie było czysto retoryczne, bo i tak nie chciała słuchać jego wymówek. Nie miała jednak pojęcia, że wszyscy w Zakonie byli przecież święcie przekonani, że wypełnia to zadanie całkiem sama. Teraz nie mogło się obyć bez zakończenia spotkania i uratowania Creightona bez drugiego Longbottoma, który najwyraźniej zamierzał przez cały czas dyszeć jej nad głową i rzucać te swoje świetne żarciki, a także błyskotliwe, kąsające uwagi.
Doprawdy, nie ma co, to będzie udany wieczór.
Niczym na zawołanie, zaraz po tym wszystko zaczęło się zwyczajnie sypać. Spuściła spojrzenie z Ebenezera ledwie na chwilę, byle tylko spojrzeć byłemu mężowi prosto w oczy, a stary mugol właśnie wtedy postanowił ulotnić się niczym kamfora. Najwyraźniej skusiły go te przysłowiowe kociaki w piwnicy, które zaoferował mu przebrany w strój kelnera Śmierciożerca. Pieprzony idiota. Jakim cudem zgarnął jej wtedy ten cholerny kabinet? Że ten dała się wymanewrować takiemu kretynowi…
Już otwierała usta, żeby zaprotestować i powiedzieć, że przecież to ona była o wiele lepszą osobą do przesłuchania innych aukcjonerów, tak Woody nie pieprzył się w tańcu i zwyczajnie umknął spod jej uścisku, aby zaraz potem zniknąć w tłumie. Pozostało jej tylko przewrócić oczami, co zaraz zrobiła, ale nie zamierzała obrażać się o byle co — byli tutaj w końcu w ważnej sprawie, a nie na przyjęciu, gdzie mogli do woli dogryzać sobie i obrzucać się błotem. Nawet nie tym przysłowiowym.
— Na zaplecze? W dupę jeża i kanclerza… — To ostatnie, oczywiście, wymamrotała kulturalnie pod nosem. Przycisnęła palce do skroni, czując zbliżający się ból głowy, ale zrazu kontynuowała — Tak, to zaraz za trzecim filarem. W tamtą stronę.
Wskazała niezgrabnie, nie otwierając oczu.
Ta wcześniej wyśniona mimoza sama wślizgnęła się w jej w dłonie, a przechodzący obok kelner skinął tylko zaskoczony głową, gdy Tessa wychyliła zawartość na raz i zaraz oddała mu kieliszek. Pokierowała Woody’ego dokładnie tam, gdzie wcześniej widziano ich zbiega, na dziwnie puste tyły sali bankietowej.
— Wątpię, że jest gdzieś tutaj. Pewnie zabrali go na dół, bo tam jest najwięcej prywatności. Mała piwniczka z winem i pewnie od cholery korytarzy, gdzie można zapewnić odrobinę prywatności. Idealne miejsce do przypieprzenia komuś Avadą Kedavrą albo cudownym Cruciatusem — zauważyła z wyraźnym przekąsem.
Nie czekała na żadne jego słowa, bo nie mieli czasu. Szła przed siebie, ale cały czas rozglądała się za potencjalnym zaginionym. Albo kimś podejrzanym.
Zostało jej tylko mocniejsze zaciśnięcie palców na ramieniu Longbottoma i przyciśnięcie łokcia do piersi, jakby chciała uniknąć tego, żeby ktokolwiek zwracał uwagę na to, że nie wyglądała na zbyt zadowoloną tą wymianą zdań. Zaśmiała się zatem głośno, ale nie przesadnie, jakby Woody opowiedział jej jakiś filuternie sprośny żarcik. Tuż po tym nachyliła się do jego ucha, aby i ona sama mogła mu wbić gwoździa, ale takiego naprawdę małego. Ledwie poczuł dobicie młotka.
— Jesteś ostatnią osobą jaką chciałam zobaczyć — rzuciła beztrosko, cały czas uśmiechając się. — Nie mogli przysłać Brenny?
Pytanie było czysto retoryczne, bo i tak nie chciała słuchać jego wymówek. Nie miała jednak pojęcia, że wszyscy w Zakonie byli przecież święcie przekonani, że wypełnia to zadanie całkiem sama. Teraz nie mogło się obyć bez zakończenia spotkania i uratowania Creightona bez drugiego Longbottoma, który najwyraźniej zamierzał przez cały czas dyszeć jej nad głową i rzucać te swoje świetne żarciki, a także błyskotliwe, kąsające uwagi.
Doprawdy, nie ma co, to będzie udany wieczór.
Niczym na zawołanie, zaraz po tym wszystko zaczęło się zwyczajnie sypać. Spuściła spojrzenie z Ebenezera ledwie na chwilę, byle tylko spojrzeć byłemu mężowi prosto w oczy, a stary mugol właśnie wtedy postanowił ulotnić się niczym kamfora. Najwyraźniej skusiły go te przysłowiowe kociaki w piwnicy, które zaoferował mu przebrany w strój kelnera Śmierciożerca. Pieprzony idiota. Jakim cudem zgarnął jej wtedy ten cholerny kabinet? Że ten dała się wymanewrować takiemu kretynowi…
Już otwierała usta, żeby zaprotestować i powiedzieć, że przecież to ona była o wiele lepszą osobą do przesłuchania innych aukcjonerów, tak Woody nie pieprzył się w tańcu i zwyczajnie umknął spod jej uścisku, aby zaraz potem zniknąć w tłumie. Pozostało jej tylko przewrócić oczami, co zaraz zrobiła, ale nie zamierzała obrażać się o byle co — byli tutaj w końcu w ważnej sprawie, a nie na przyjęciu, gdzie mogli do woli dogryzać sobie i obrzucać się błotem. Nawet nie tym przysłowiowym.
— Na zaplecze? W dupę jeża i kanclerza… — To ostatnie, oczywiście, wymamrotała kulturalnie pod nosem. Przycisnęła palce do skroni, czując zbliżający się ból głowy, ale zrazu kontynuowała — Tak, to zaraz za trzecim filarem. W tamtą stronę.
Wskazała niezgrabnie, nie otwierając oczu.
Ta wcześniej wyśniona mimoza sama wślizgnęła się w jej w dłonie, a przechodzący obok kelner skinął tylko zaskoczony głową, gdy Tessa wychyliła zawartość na raz i zaraz oddała mu kieliszek. Pokierowała Woody’ego dokładnie tam, gdzie wcześniej widziano ich zbiega, na dziwnie puste tyły sali bankietowej.
— Wątpię, że jest gdzieś tutaj. Pewnie zabrali go na dół, bo tam jest najwięcej prywatności. Mała piwniczka z winem i pewnie od cholery korytarzy, gdzie można zapewnić odrobinę prywatności. Idealne miejsce do przypieprzenia komuś Avadą Kedavrą albo cudownym Cruciatusem — zauważyła z wyraźnym przekąsem.
Nie czekała na żadne jego słowa, bo nie mieli czasu. Szła przed siebie, ale cały czas rozglądała się za potencjalnym zaginionym. Albo kimś podejrzanym.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you