23.10.2024, 00:18 ✶
Tak bardzo nie chciała, żeby ktokolwiek ją zobaczył, że w kuchni, jak na złość, zebrała się aż dwójka innych Longbottomów.
Tak bardzo nie chciała, tak bardzo nie mogła pokazać się z tej strony, akurat teraz.
Dla Brenny zawsze starała się pozorować na wzór niezależnej kobiety; kogoś, dzięki komu dziewczyna mogła śmiało uwierzyć, że tak, owszem, można sobie samemu poradzić bez ingerencji drugiej płci w życiu. Trzymała fason, nie okazywała zbyt wiele emocji po rozwodzie, płakała w poduszkę, w starą koszulę Clemensa, w rękaw płaszcza, w futro Piernika, w perfumowane chusteczki w—
Dla Morpheusa jawiła się jako starsza siostra — ktoś, komu szwagier mógł się teraz zwierzyć, a kiedyś ktoś, kogo męczył za dzieciaka i z kim rozwiązywał zadania z Numerologii pod jabłonią, w ogrodach Warowni.
— Nielegalnego? — wymamrotała najpierw niemrawo, jakby dopiero teraz powróciła do świata materialnego. Głosy tej dwójki pomagały, pozwalały zakotwiczyć się w jednym momencie i nie oddać się w pełni szeptu, który dobiegał z Kniei.
Przyjęła papierosa z nieukrywaną chęcią, zaciągnęła się dymem z ofiarowanego daru niczym narkoman po nieudanym odwyku. Zaraz, jednak, otworzyła okno w kuchni, nie chcąc okadzić drewna śmierdzącym dymem. Matka zawsze powtarzała jej, że…
Dlaczego teraz nagle zaczynała ją wspominać?
Drgnęła nagle, jakby tknięta niewidzialną siłą i postąpiła niepewny krok w stronę bocznego wyjścia z kuchni. Tam stał Morpheus, skutecznie zagradzający drzwi całym swoim ciałem. Nie chciała doszukiwać się tutaj postępu, ale jednak coś drapało ją nieprzyjemnie w potylicę. Przeczucie.
Szept stawał się coraz głośniejszy.
— Kochany, o czym ty pieprzysz? — wypaliła w końcu, wyczuwając niebezpiecznie tańczenie pomiędzy wybuchu nagłego śmiechu, a popadnięcia w stan czystej histerii. Przejechała palcami po czole, a zmarszczki na nim podpowiedziały jej, że marszczy się już od kilku minut. Rozluźniła się, możliwie pod wpływem papierosa.
— Przepraszam… Przepraszam, nie jestem sobą. Nie wiem, co się dzieje, ale — urwała. Wiedziała, że jeśli pójdzie w to dalej, to wpadnie w spiralę. I już z niej nie wyjdzie.
Zaciągnęła się dymem.
— Tak, proszę, chodźmy. Proszę.
Tak bardzo nie chciała, tak bardzo nie mogła pokazać się z tej strony, akurat teraz.
Dla Brenny zawsze starała się pozorować na wzór niezależnej kobiety; kogoś, dzięki komu dziewczyna mogła śmiało uwierzyć, że tak, owszem, można sobie samemu poradzić bez ingerencji drugiej płci w życiu. Trzymała fason, nie okazywała zbyt wiele emocji po rozwodzie, płakała w poduszkę, w starą koszulę Clemensa, w rękaw płaszcza, w futro Piernika, w perfumowane chusteczki w—
Dla Morpheusa jawiła się jako starsza siostra — ktoś, komu szwagier mógł się teraz zwierzyć, a kiedyś ktoś, kogo męczył za dzieciaka i z kim rozwiązywał zadania z Numerologii pod jabłonią, w ogrodach Warowni.
— Nielegalnego? — wymamrotała najpierw niemrawo, jakby dopiero teraz powróciła do świata materialnego. Głosy tej dwójki pomagały, pozwalały zakotwiczyć się w jednym momencie i nie oddać się w pełni szeptu, który dobiegał z Kniei.
Przyjęła papierosa z nieukrywaną chęcią, zaciągnęła się dymem z ofiarowanego daru niczym narkoman po nieudanym odwyku. Zaraz, jednak, otworzyła okno w kuchni, nie chcąc okadzić drewna śmierdzącym dymem. Matka zawsze powtarzała jej, że…
Dlaczego teraz nagle zaczynała ją wspominać?
Drgnęła nagle, jakby tknięta niewidzialną siłą i postąpiła niepewny krok w stronę bocznego wyjścia z kuchni. Tam stał Morpheus, skutecznie zagradzający drzwi całym swoim ciałem. Nie chciała doszukiwać się tutaj postępu, ale jednak coś drapało ją nieprzyjemnie w potylicę. Przeczucie.
Szept stawał się coraz głośniejszy.
— Kochany, o czym ty pieprzysz? — wypaliła w końcu, wyczuwając niebezpiecznie tańczenie pomiędzy wybuchu nagłego śmiechu, a popadnięcia w stan czystej histerii. Przejechała palcami po czole, a zmarszczki na nim podpowiedziały jej, że marszczy się już od kilku minut. Rozluźniła się, możliwie pod wpływem papierosa.
— Przepraszam… Przepraszam, nie jestem sobą. Nie wiem, co się dzieje, ale — urwała. Wiedziała, że jeśli pójdzie w to dalej, to wpadnie w spiralę. I już z niej nie wyjdzie.
Zaciągnęła się dymem.
— Tak, proszę, chodźmy. Proszę.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you