Poranek okropnie jej się dłużył. Ciężko jej było usiedzieć w miejscu, nie chciała jednak ruszać się z miejsca, musiała zaczekać, aż Ambroise wróci do domu. Nie mogła po niego pobiec, nie chciała panikować, nie zamierzała niepokoić go w pracy.
Strasznie długo nie wracał. Zazwyczaj bywał w domu wcześniej. Martwiło ją to. Jako, że sama nigdzie nie wychodziła od wczoraj nie miała pojęcia, jakie nastroje panują wśród czarodziejów. Spodziewała się, że jest źle, ale nie miała pojęcia na ile. Nie lubiła takiej bezradności. Nie znosiła siedzieć z założonymi rękoma i oczekiwać.
W końcu przestała spoglądać przez okno, bo czas mijał, czas mijał, a jego jeszcze nie było. Paliła szluga za szlugiem, w kuchni zaczął unosić się dym, który nie znikał przez to, że odpała fajkę od fajki. Nie przynosiło to jednak oczekiwanego efektu, wcale nie była dzięki temu spokojniejsza, ale przynajmniej miała czym zająć ręce.
Martwiła się, dawno nie czuła takiego lęku o niego. Nie znosiła tego uczucia, bała się, że mogło się coś stać. Zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że to raczej nie powinno się zdarzyć, ale co jeśli? Co jeśli faktycznie doszło do jakichś zamieszek, o których nie wiedziała. Było naprawdę wiele możliwości i żadne z nich nie wydawały się jej być wcale takie odległe od tego, co faktycznie mogło się wydarzyć.
Voldemort dopiero zbierał swoich popleczników, czuła jednak, że na pewno znajdzie się spora grupa czarodziejów gotowa poprzeć jego postulaty bez ani chwili zawahania.
Chodziła w kółko, wydreptywała sobie ścieżkę w tej nieszczęsnej kuchni. Nie usłyszała otwierających się drzwi, była za bardzo pochłonięta swoimi myślami, inaczej pewnie ruszyłaby mu na przeciw.
Zatrzymała się w miejscu, gdy usłyszała dźwięk torby lądującej na podłodze, uniosła spojrzenie i w końcu go dostrzegła. Stał przed nią cały i zdrowy. Nic mu się nie stało. Wypuściła głośno powietrze, jakby chciała się pozbyć tych wszystkich negatywnych emocji, które się w niej zebrały. Ulżyło jej, kurwesko jej ulżyło.
Bez słowa ruszyła w jego kierunku, potrzebowała teraz tej bliskości. Chciała poczuć, że jest tuż obok. Wtuliła się w niego, oparła głowę na barku mężczyzny, oddychała głęboko, jego zapach ją uspokajał. Nie chciała się rozpłakać, ale trudno jej było nad tym zapanować, kilka łez popłynęło po jej policzkach. Naprawdę bała się, że mogła go stracić. Wiedziała, że to było głupie, bo przecież byli czystokrwiści to nie było polowanie na nich, ale oni także pewnie zostaną wmieszani w ten konflikt. Czy tego chcieli, czy nie, to będzie dotyczyło również ich. Może mogliby uciec, schować się w ich chatce na plaży, zaszyć się tam na stałe. Udawać, że to ich nie dotyczy, że mogą żyć jakby nic się nie wydarzyło. To była jakaś metoda, ale czy słuszna, nie miała pojęcia. Właściwie to ciężko jej było określić, jak powinni się zachować.
Aktualnie jednak nie liczyło się nic, tylko to, że wrócił do domu. Miała go tutaj, nie straciła go, nic złego się nie wydarzyło, przynajmniej na razie.