23.10.2024, 11:43 ✶
Wspaniale. Oczywiście, że nie wystarczyło mu poczucie zawalenia praktycznie jedynego zadania, jakie obecnie sam sobie przypisał. Zupełnie tak, jakby miał kompletnie wywalone na to, że jeden z członków grupy dosłownie rozmył się w powietrzu. Zdecydowanie potrzebował dodatkowej porcji wyrzutów.
- Nie wiem, Gerry, może dlatego, że jest kurewsko ciemno a ja muszę jeszcze pilnować tyłów - odburknął w defensywie, rozkładając ręce z różdżką w dalszym ciągu zaciśniętą między palcami i rzucającą światło to tu, to tam przez to, że mimowolnie zatrzęsła mu się ręka. - Jakim cudem nie wyłapałaś, że nie dyszy ci w kart ani nie słychać jego kroków? - Odwdzięczył się pięknym za nadobne, bo przecież była taką zajebistą łowczynią.
Jeszcze chwilę temu chciała przewodzić grupie, którą najpewniej zdążyłaby zgubić gdzieś po drodze, mając szczerze wyjebane na to, że nie parli przed siebie gnani jakimś dzikim popędem polowania, którym ona ziała dostatecznie mocno za wszystkich.
Jasne. To była jego wina, ale ani myślał przyjąć ją na siebie w całości. Thomas był dorosłym człowiekiem, miał działającą gębę (zresztą całkiem niewyparzoną) i wypadałoby, żeby jej użył w razie zagrożenia albo chęci odłączenia się od grupy, żeby dajmy na to - dać się zabić w mniej bolesny sposób. Był klątwołamaczem. Obecnie klątwozłamasem.
- Ach. Może dlatego, że ktoś cały czas pierdoli nam nad uchem - nie musiał tego odpowiadać, wcale a wcale.
Natomiast odczuwał palącą potrzebę wciśnięcia swoich trzech knutów również w gardło ich (pożal się Merlinie) przewodnika. Wszyscy skopali sprawę. Dlaczego dostawało się tylko jemu?
Ach, jasne już to kiedyś ustalili. Nawet nie powinien być jakoś specjalnie zdziwiony. Tak właściwie to nie był. Był wściekły na każdego po kolei. W takim tempie sami skutecznie się wyeliminują zanim gdziekolwiek dotrą.
Bez dalszego słowa złapał brzeg liny, szarpiąc za nią mocniej, żeby dać do zrozumienia, że teraz to już kurwa musieli iść niemalże w stylu mrówek. Jak najbliżej siebie, niemalże dysząc sobie w karki.
Przez dłuższą chwilę udawało im się przesuwać do przodu. Powoli i mozolnie, ale gnanie na oślep nie przyniosło nic dobrego. Zresztą szybko okazało się, że najwyraźniej spacerek powrotny również nie był im pisany. Umówmy się - pracując w takim a nie innym miejscu, średnio kilka w porywach do kilkunastu razów miał nieprzyjemność kogoś łapać. Czy to pacjentów, czy innych członków personelu. Szczególnie podczas przerabiania praktycznej części stażu i eliksirów wąchanych przez niespełna rozumu stażystów (szczególne wyrazy uznania dla Leonidasa O'Dwyera oczywiście).
Odruchowo złapał osuwającą się Geraldine, puszczając linę, podtrzymując kobietę zanim oparła się o porośniętą grzybami ścianę. Niby nie zachowywały się niebezpiecznie, ale cholera je wiedziała, gdyby ktoś wpadł na nie całym ciałem z impetem. Oczywiście w efekcie przyładował rozkołysaną ciężką torbą o swój bok i o ścianę a być może również częściowo o nogi Geraldine. Nie mówiąc o różdżce, którą nadal miał w ręce, nie wbijając jej w bok kobiety, ale tracąc skupienie na tyle, żeby zgasła.
- Co jest? - Zareagował od razu, kierując zaniepokojone spojrzenie na twarz Yaxleyówny. - Crow - warknął również profilaktycznie (wyłapał wyłącznie to przezwisko? imię? nie pamiętał żadnego innego), gdyby mężczyzna jakimś cudem nie zauważył, co działo się za nim.
Raczej to było niemożliwe, ale niemożliwe było również zgubienie Thomasa. Nie zamierzał puszczać Geraldine dopóki dziewczyna nie stanie stabilnie na nogach, wtedy również w dalszym ciągu gotowy ponownie ją łapać.
- Nie wiem, Gerry, może dlatego, że jest kurewsko ciemno a ja muszę jeszcze pilnować tyłów - odburknął w defensywie, rozkładając ręce z różdżką w dalszym ciągu zaciśniętą między palcami i rzucającą światło to tu, to tam przez to, że mimowolnie zatrzęsła mu się ręka. - Jakim cudem nie wyłapałaś, że nie dyszy ci w kart ani nie słychać jego kroków? - Odwdzięczył się pięknym za nadobne, bo przecież była taką zajebistą łowczynią.
Jeszcze chwilę temu chciała przewodzić grupie, którą najpewniej zdążyłaby zgubić gdzieś po drodze, mając szczerze wyjebane na to, że nie parli przed siebie gnani jakimś dzikim popędem polowania, którym ona ziała dostatecznie mocno za wszystkich.
Jasne. To była jego wina, ale ani myślał przyjąć ją na siebie w całości. Thomas był dorosłym człowiekiem, miał działającą gębę (zresztą całkiem niewyparzoną) i wypadałoby, żeby jej użył w razie zagrożenia albo chęci odłączenia się od grupy, żeby dajmy na to - dać się zabić w mniej bolesny sposób. Był klątwołamaczem. Obecnie klątwozłamasem.
- Ach. Może dlatego, że ktoś cały czas pierdoli nam nad uchem - nie musiał tego odpowiadać, wcale a wcale.
Natomiast odczuwał palącą potrzebę wciśnięcia swoich trzech knutów również w gardło ich (pożal się Merlinie) przewodnika. Wszyscy skopali sprawę. Dlaczego dostawało się tylko jemu?
Ach, jasne już to kiedyś ustalili. Nawet nie powinien być jakoś specjalnie zdziwiony. Tak właściwie to nie był. Był wściekły na każdego po kolei. W takim tempie sami skutecznie się wyeliminują zanim gdziekolwiek dotrą.
Bez dalszego słowa złapał brzeg liny, szarpiąc za nią mocniej, żeby dać do zrozumienia, że teraz to już kurwa musieli iść niemalże w stylu mrówek. Jak najbliżej siebie, niemalże dysząc sobie w karki.
Przez dłuższą chwilę udawało im się przesuwać do przodu. Powoli i mozolnie, ale gnanie na oślep nie przyniosło nic dobrego. Zresztą szybko okazało się, że najwyraźniej spacerek powrotny również nie był im pisany. Umówmy się - pracując w takim a nie innym miejscu, średnio kilka w porywach do kilkunastu razów miał nieprzyjemność kogoś łapać. Czy to pacjentów, czy innych członków personelu. Szczególnie podczas przerabiania praktycznej części stażu i eliksirów wąchanych przez niespełna rozumu stażystów (szczególne wyrazy uznania dla Leonidasa O'Dwyera oczywiście).
Odruchowo złapał osuwającą się Geraldine, puszczając linę, podtrzymując kobietę zanim oparła się o porośniętą grzybami ścianę. Niby nie zachowywały się niebezpiecznie, ale cholera je wiedziała, gdyby ktoś wpadł na nie całym ciałem z impetem. Oczywiście w efekcie przyładował rozkołysaną ciężką torbą o swój bok i o ścianę a być może również częściowo o nogi Geraldine. Nie mówiąc o różdżce, którą nadal miał w ręce, nie wbijając jej w bok kobiety, ale tracąc skupienie na tyle, żeby zgasła.
- Co jest? - Zareagował od razu, kierując zaniepokojone spojrzenie na twarz Yaxleyówny. - Crow - warknął również profilaktycznie (wyłapał wyłącznie to przezwisko? imię? nie pamiętał żadnego innego), gdyby mężczyzna jakimś cudem nie zauważył, co działo się za nim.
Raczej to było niemożliwe, ale niemożliwe było również zgubienie Thomasa. Nie zamierzał puszczać Geraldine dopóki dziewczyna nie stanie stabilnie na nogach, wtedy również w dalszym ciągu gotowy ponownie ją łapać.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down