23.10.2024, 12:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.10.2024, 12:41 przez Anthony Shafiq.)
Pochód trzech króli rozpoczął się właśnie, gdy dołączył do nich ten niosący złoto.
Choć gdyby miał możliwość poobracania tej metafory w dłoniach, może wolałby króla trefl, z winnym liściem w dłoni, czarnym jak myśli na własny temat, jak sumienia wyrzut w chwili gdy sprawy były załatwiane w sposób niegodny bohatera. W sposób najskuteczniejszy, niekoniecznie najszlachetniejszy. Król z kielichem w dłoni, król, który z pogardą patrzy na piętrzący się przed sobą szereg, rozważając jak bardzo pojemne jest serce tej, która tą karocę zebrała.
Lorraine, jej nabrzmiała megalomanią buta, egzaltowane umniejszanie sobie tylko po to, by splunąć na głowy innych - to wszystko kotłowało się w wiłowym sercu bękarciej córki Armanda niewypowiedziane. Refleksja nad tym, że w sumie mogłaby być jego własną córką, pochylenie się nad sierotą, potrzeba wniesienia w jej życie odrobiny światła i błogosławionej pokory... To były potrzeby, które zaistniały tamtego popołudnia w otulone lekko zakurzonym, ciężkim fotelem biblioteki Malfoyów shafiqowe serce. Lubił wyzwania, choć sam dusił w sobie wszelką ambicję, na złość własnemu ojcu. I mimo, że wrażliwe ego nigdy nie było dobrym materiałem do pracy, zbyt kapryśne, zbyt łatwo poddające się emocjom, to zaintrygowała go na tyle, by nie tylko zyskać jego uwagę, ale by podjął rzucone mu wyzwanie. I choć nie posiadał trzeciego oka i nie nadeszła nań wizja ich z każdym rokiem zacieśniającej się współpracy, to miał przeczucie, że nie jest to ich ostatnia rozmowa, a początek wyprawy, rejsu dużo odleglejszego w czasie i przestrzeni niż Wyspa umarłych.
Patrzył na nią z zaciekawieniem, na zmiany jakie zachodziły na młodej twarzy, na przymknięte powieki, na wibrującą ciszę, która między nimi nastała. Odczekał moment po rzuconej przez nią buńczucznie uwadze, zamykając tom i odkładając go na stoliczek.
– Doskonale – powiedział miękko, zupełnie jakby był ślepy i głuchy na wszystko co między nimi zaszło niewypowiedziane, choć nie była to prawda. Delektował się unoszącym w powietrzu gniewem młodego umysłu o wiele bardziej niż wydzielanymi przez nią potwornymi feromonami. Czym różnił się od pozostałych króli? Być może w tym, że nie wiedział w niej mięsa. Interesował się zupełnie odmiennymi aspektami panny Malfoy, które tak pięknie i życzliwie postanowiła uwydatnić w słowach i gestach, w milczeniu i nagłym dystansie.
– Jestem szalenie ciekaw... Wybierz mi. – To nie był rozkaz. Nie była też prośba. Anthony siedział swobodnie, z założoną noga na nogę, opierając podbródek o złożoną dłoń. Uśmiechał się. Igrał. Testował nową materię. Białą tylko z pozoru. Czarną tylko dla pozy. Pokaż na co Cię stać – mówił między wierszami. Zdobyłaś moje zainteresowanie.
Choć gdyby miał możliwość poobracania tej metafory w dłoniach, może wolałby króla trefl, z winnym liściem w dłoni, czarnym jak myśli na własny temat, jak sumienia wyrzut w chwili gdy sprawy były załatwiane w sposób niegodny bohatera. W sposób najskuteczniejszy, niekoniecznie najszlachetniejszy. Król z kielichem w dłoni, król, który z pogardą patrzy na piętrzący się przed sobą szereg, rozważając jak bardzo pojemne jest serce tej, która tą karocę zebrała.
Lorraine, jej nabrzmiała megalomanią buta, egzaltowane umniejszanie sobie tylko po to, by splunąć na głowy innych - to wszystko kotłowało się w wiłowym sercu bękarciej córki Armanda niewypowiedziane. Refleksja nad tym, że w sumie mogłaby być jego własną córką, pochylenie się nad sierotą, potrzeba wniesienia w jej życie odrobiny światła i błogosławionej pokory... To były potrzeby, które zaistniały tamtego popołudnia w otulone lekko zakurzonym, ciężkim fotelem biblioteki Malfoyów shafiqowe serce. Lubił wyzwania, choć sam dusił w sobie wszelką ambicję, na złość własnemu ojcu. I mimo, że wrażliwe ego nigdy nie było dobrym materiałem do pracy, zbyt kapryśne, zbyt łatwo poddające się emocjom, to zaintrygowała go na tyle, by nie tylko zyskać jego uwagę, ale by podjął rzucone mu wyzwanie. I choć nie posiadał trzeciego oka i nie nadeszła nań wizja ich z każdym rokiem zacieśniającej się współpracy, to miał przeczucie, że nie jest to ich ostatnia rozmowa, a początek wyprawy, rejsu dużo odleglejszego w czasie i przestrzeni niż Wyspa umarłych.
Patrzył na nią z zaciekawieniem, na zmiany jakie zachodziły na młodej twarzy, na przymknięte powieki, na wibrującą ciszę, która między nimi nastała. Odczekał moment po rzuconej przez nią buńczucznie uwadze, zamykając tom i odkładając go na stoliczek.
– Doskonale – powiedział miękko, zupełnie jakby był ślepy i głuchy na wszystko co między nimi zaszło niewypowiedziane, choć nie była to prawda. Delektował się unoszącym w powietrzu gniewem młodego umysłu o wiele bardziej niż wydzielanymi przez nią potwornymi feromonami. Czym różnił się od pozostałych króli? Być może w tym, że nie wiedział w niej mięsa. Interesował się zupełnie odmiennymi aspektami panny Malfoy, które tak pięknie i życzliwie postanowiła uwydatnić w słowach i gestach, w milczeniu i nagłym dystansie.
– Jestem szalenie ciekaw... Wybierz mi. – To nie był rozkaz. Nie była też prośba. Anthony siedział swobodnie, z założoną noga na nogę, opierając podbródek o złożoną dłoń. Uśmiechał się. Igrał. Testował nową materię. Białą tylko z pozoru. Czarną tylko dla pozy. Pokaż na co Cię stać – mówił między wierszami. Zdobyłaś moje zainteresowanie.
Koniec sesji