23.10.2024, 23:46 ✶
Przekora była tym ostatnim elementem, którego Greengrass nie mógł oszczędzić Geraldine. Ostatni bastion jego kawalerskich, flirciarskich skłonności, bo nim się obejrzał zmienił dla niej naprawdę wiele starych nawyków i przyzwyczajeń, za którymi wcale nie tęsknił. O dziwo, bo latami zarzekał się przed sobą i wszystkimi dookoła, że w żadnym razie nie jest w stanie wykluczyć wszystkich tych bezkompromisowych elementów, bo to one czyniły z niego tego kim jest. Otóż najwyraźniej potrzebował kilku miesięcy, pary błękitnych oczu, równie ciętego języka co ten jego i ujmująco zbieżnego charakteru, żeby zapomnieć o tym, co bajdurzył.
Nie mógł zmienić wszystkiego, ale starał się być kimś kto zachowywał się jak równorzędny partner. W tym wypadku bardziej Greengrass niż Mulciber, choć były w nim oba te wilki. Po prostu jeden przy niej spał, czując się usatysfakcjonowany i nie potrzebując szczerzyć kłów jak to zwykł robić wcześniej.
- Nie od zawsze - pokusił się o przypomnienie z wymownym krzywym uśmieszkiem w kącikach ust. - Przez lata pracowali dla Ministerstwa, pamiętaj o tym. Szczególnie, jeśli zechcesz robić z nimi interesy. To mistrzowie manipulacji. Oportuniści i mistyfikatorzy. Możesz zawierzyć mi na słowo: nawet w stosunku do siebie nawzajem nie mamy pełnego zaufania - poniekąd instynktownie zaliczał się do tego grona, nawet jeśli było właśnie tak jak mówiła Geraldine - to była wyłącznie połowa jego rodziny.
Zdecydowanie twierdził, że znacznie więcej cech odziedziczył po Greengrassach. To z nimi oficjalnie mieszkał przez całe życie. Oni go wychowywali, posyłali do szkoły, czasami spędzali wspólne święta (no, chyba że akurat był na cenzurowanym u Evelyn, co miało miejsce w ośmiu na dziesięć przypadków), wpajali mu większość zasad. Dbali o jego dobre wychowanie, godne reprezentowanie rodu i rodzinnych interesów, od których ostatnio zaczął zgrabnie uciekać. Mogłoby być naturalne, że należało go całkowicie przypisać do tych stabilnych czystokrwistych czarodziejów.
Nic bardziej mylnego, ale nigdy nie próbował zaprzeczać temu wrażeniu, jakie robił. Odpowiadało mu to, że pomijano informację, że gdzieś tam miał naprawdę wiele wspólnego z byłymi luminarzami Departamentu Tajemnic. Obecnie naczelnymi przeciwnikami Ministerstwa i mugolaka zasiadającego na jego czele. Zeszli władzy z drogi, ale wciąż dysponowali wpływami wynikającymi ze znajomości wielu wewnętrznych ministralnych sekretów, które nie powinny ujrzeć światła dziennego.
Tajemnice były cenniejsze od złota czy galeonów. Dało się nimi kupić niemalże wszystko. Rozważne dysponowanie posiadaną wiedzą mogło ustawić czarodzieja wszędzie tam, gdzie tego potrzebował. Nierozważne było w stanie go pogrążyć i zesłać na śmierć za życia. Przy ludziach pokroju tych, z którymi spędził naprawdę dużo czasu we wczesnej młodości (obecnie również pielęgnując korzystne kontakty z pieczołowitym kładzeniem nacisku na lojalność więzom krwi) należało być szczególnie przezornym.
Całe szczęście nauczono go to stosunkowo wcześnie. Nie w łagodny, troskliwy sposób. Oj nie. Raczej poprzez wepchnięcie Ambroisa na głęboką wodę i odejście bez patrzenia czy wypłynie, czy się utopi. To, że wciąż tu stał było jego własną zasługą, ale musiał oddać cześć uznania tym raczej niekonwencjonalnym metodom nauki polegającym na bezlitosnym obdzieraniu z sekretów. Dzięki temu nałapał wody w płuca, prawie wypluł je razem z nią, kiedy wyczołgał się na brzeg, ale miał się za silniejszego człowieka. Potrafił przetrwać.
Greengrassowie by mu tego nie zapewnili. To był szczególny rodzaj troski. Coś, czego jego ojciec nigdy by nie zrozumiał, bo dla Thomasa najgłębszym wyrazem uczuć było uznanie dziecka z nieudanego związku i znalezienie mu zastępczej matki wiele lat po tym jak mógł jej potrzebować a tym bardziej ją docenić. Szczególnie, że była jaka była. W efekcie miał umiarkowane zainteresowanie często wyjeżdżającego ojca (nigdy nie taty), równie umiarkowane relacje z dziadkami z tamtej strony, coraz bardziej jawną niechęć macochy.
Za to tony, naprawdę tony kuzynek ze strony Greengrassów. Co w zestawie z byciem najmłodszym przez wiele lat i z genami obdarzającymi Ambroisa gęstymi, jasnymi falami zagwarantowało mu zainteresowanie starszych krewnych - warkocze, warkoczyki, kucyki, koczki i inne takie, do których przywykł od dzieciaka, więc nigdy nie miał z tym specjalnie problemu. Z powodzeniem mógłby dorabiać sobie u Potterów, co akurat drażniło go jako docinka.
Tak czy inaczej nie wyobrażał sobie bardziej osobliwego, ale działającego połączenia skrajnie różnych stylów wychowania dwóch bardzo zdystansowanych w stosunku do siebie rodów. Całe szczęście, że nie byli to Macmillanowie. Tak jak Geraldine, Ambroise również uważał ich za nawiedzonych i zbyt mocno skupionych wokół religii. A jego religia była mieszanką, której z pewnością nie byliby w stanie przełknąć ani przetrawić.
Zaiste. Bardzo mu odpowiadał jego własny kult. Nie planował przestać wyznawać go każdą komórką ciała ogarniętego falą gorąca, przyjemnego szybszego buzowania krwi w żyłach, śliny gromadzącej się w ustach, którą przełknął z trudem tuż po tym jak bezwiednie ponownie przesunął czubkiem języka po zębach ukazanych pod podwiniętą górną wargą.
Jeśli to miało wyglądać w taki sposób, w jaki mógł to sobie wyobrazić to mógł odpuścić temat kuszy. Nie próbując dyskutować z faktycznym stanem rzeczy ani mówić, że te wszystkie celne strzały wciąż liczą się jako jeden, więc teraz mają remis: skucha wyrównana ustrzeleniem akromantuli, ale nie gwarantująca, że Ambroise przestanie przypominać o tamtych wydarzeniach. Do tego najpewniej mógłby potrzebować jeszcze kilku dowodów (z wykluczeniem jabłka na głowie), ale nie teraz.
Odsunął to na dalszy plan. Tak samo jak badanie zmodyfikowanego pająka, co wymownie mówiło samo za siebie, gdzie leżały jego priorytety. Jego religia. Jedyna będąca w stanie posłać go na kolana. Jego - człowieka bez pokory, który nigdy nie sądził, że ugnie się przed czymkolwiek. Tymczasem od miesięcy był w stanie budować sobie wokół tego całkiem nową rzeczywistość.
Przede wszystkim pełną pasji i niespodzianek. Kontrolowany chaos. Dokładnie tak jak teraz. To zdecydowanie nie pasowało do mistycznego klimatu Lithy, ale wcale nie miało zastąpić tamtego sabatu. Ambroise w żadnym razie nie żałował braku poszukiwań kwiatu paproci, bo to, co teraz robili dużo bardziej do nich pasowało. Byli całkowicie sami (no, pomijając truchło martwego pająka) w ciepłym świetle dnia. Bez konieczności pilnowania się przed kimkolwiek. Zatracenie się w chwili jeszcze nigdy nie przyszło tak gwałtownie, choć mieli za sobą wiele mniejszych i większych wyskoków, jakoś nigdy nie satysfakcjonując się standardem.
To też nie było standardowe. W żadnym wypadku. Dlatego było tak kuszące. W jednej chwili podjął decyzję, by się w tym zatracić - w wymianie gwałtownych pocałunków odbierających oddech, ale dających narastającą satysfakcję i rozgorączkowanie, z którym odpowiedział na jej dłonie przesuwające mu się pod koszulą. Wpierw pomrukiem, lekkim naciskiem zębów na wargę Geraldine, później przesunięciem dłoni odrobinę wyżej z pośladków w spodniach pod pasek i już głębiej pod materiał. W jednej chwili stojąc w miejscu, w kolejnej wymuszając na dziewczynie drobne kroczki w tył, zanim nie przycisnął jej do szorstkiej kory, jeszcze gwałtowniej wpijając się w usta, o których lekko słono-dymnym smaku myślał odkąd znaleźli się na leśnej ścieżce.
Nie mógł zmienić wszystkiego, ale starał się być kimś kto zachowywał się jak równorzędny partner. W tym wypadku bardziej Greengrass niż Mulciber, choć były w nim oba te wilki. Po prostu jeden przy niej spał, czując się usatysfakcjonowany i nie potrzebując szczerzyć kłów jak to zwykł robić wcześniej.
- Nie od zawsze - pokusił się o przypomnienie z wymownym krzywym uśmieszkiem w kącikach ust. - Przez lata pracowali dla Ministerstwa, pamiętaj o tym. Szczególnie, jeśli zechcesz robić z nimi interesy. To mistrzowie manipulacji. Oportuniści i mistyfikatorzy. Możesz zawierzyć mi na słowo: nawet w stosunku do siebie nawzajem nie mamy pełnego zaufania - poniekąd instynktownie zaliczał się do tego grona, nawet jeśli było właśnie tak jak mówiła Geraldine - to była wyłącznie połowa jego rodziny.
Zdecydowanie twierdził, że znacznie więcej cech odziedziczył po Greengrassach. To z nimi oficjalnie mieszkał przez całe życie. Oni go wychowywali, posyłali do szkoły, czasami spędzali wspólne święta (no, chyba że akurat był na cenzurowanym u Evelyn, co miało miejsce w ośmiu na dziesięć przypadków), wpajali mu większość zasad. Dbali o jego dobre wychowanie, godne reprezentowanie rodu i rodzinnych interesów, od których ostatnio zaczął zgrabnie uciekać. Mogłoby być naturalne, że należało go całkowicie przypisać do tych stabilnych czystokrwistych czarodziejów.
Nic bardziej mylnego, ale nigdy nie próbował zaprzeczać temu wrażeniu, jakie robił. Odpowiadało mu to, że pomijano informację, że gdzieś tam miał naprawdę wiele wspólnego z byłymi luminarzami Departamentu Tajemnic. Obecnie naczelnymi przeciwnikami Ministerstwa i mugolaka zasiadającego na jego czele. Zeszli władzy z drogi, ale wciąż dysponowali wpływami wynikającymi ze znajomości wielu wewnętrznych ministralnych sekretów, które nie powinny ujrzeć światła dziennego.
Tajemnice były cenniejsze od złota czy galeonów. Dało się nimi kupić niemalże wszystko. Rozważne dysponowanie posiadaną wiedzą mogło ustawić czarodzieja wszędzie tam, gdzie tego potrzebował. Nierozważne było w stanie go pogrążyć i zesłać na śmierć za życia. Przy ludziach pokroju tych, z którymi spędził naprawdę dużo czasu we wczesnej młodości (obecnie również pielęgnując korzystne kontakty z pieczołowitym kładzeniem nacisku na lojalność więzom krwi) należało być szczególnie przezornym.
Całe szczęście nauczono go to stosunkowo wcześnie. Nie w łagodny, troskliwy sposób. Oj nie. Raczej poprzez wepchnięcie Ambroisa na głęboką wodę i odejście bez patrzenia czy wypłynie, czy się utopi. To, że wciąż tu stał było jego własną zasługą, ale musiał oddać cześć uznania tym raczej niekonwencjonalnym metodom nauki polegającym na bezlitosnym obdzieraniu z sekretów. Dzięki temu nałapał wody w płuca, prawie wypluł je razem z nią, kiedy wyczołgał się na brzeg, ale miał się za silniejszego człowieka. Potrafił przetrwać.
Greengrassowie by mu tego nie zapewnili. To był szczególny rodzaj troski. Coś, czego jego ojciec nigdy by nie zrozumiał, bo dla Thomasa najgłębszym wyrazem uczuć było uznanie dziecka z nieudanego związku i znalezienie mu zastępczej matki wiele lat po tym jak mógł jej potrzebować a tym bardziej ją docenić. Szczególnie, że była jaka była. W efekcie miał umiarkowane zainteresowanie często wyjeżdżającego ojca (nigdy nie taty), równie umiarkowane relacje z dziadkami z tamtej strony, coraz bardziej jawną niechęć macochy.
Za to tony, naprawdę tony kuzynek ze strony Greengrassów. Co w zestawie z byciem najmłodszym przez wiele lat i z genami obdarzającymi Ambroisa gęstymi, jasnymi falami zagwarantowało mu zainteresowanie starszych krewnych - warkocze, warkoczyki, kucyki, koczki i inne takie, do których przywykł od dzieciaka, więc nigdy nie miał z tym specjalnie problemu. Z powodzeniem mógłby dorabiać sobie u Potterów, co akurat drażniło go jako docinka.
Tak czy inaczej nie wyobrażał sobie bardziej osobliwego, ale działającego połączenia skrajnie różnych stylów wychowania dwóch bardzo zdystansowanych w stosunku do siebie rodów. Całe szczęście, że nie byli to Macmillanowie. Tak jak Geraldine, Ambroise również uważał ich za nawiedzonych i zbyt mocno skupionych wokół religii. A jego religia była mieszanką, której z pewnością nie byliby w stanie przełknąć ani przetrawić.
Zaiste. Bardzo mu odpowiadał jego własny kult. Nie planował przestać wyznawać go każdą komórką ciała ogarniętego falą gorąca, przyjemnego szybszego buzowania krwi w żyłach, śliny gromadzącej się w ustach, którą przełknął z trudem tuż po tym jak bezwiednie ponownie przesunął czubkiem języka po zębach ukazanych pod podwiniętą górną wargą.
Jeśli to miało wyglądać w taki sposób, w jaki mógł to sobie wyobrazić to mógł odpuścić temat kuszy. Nie próbując dyskutować z faktycznym stanem rzeczy ani mówić, że te wszystkie celne strzały wciąż liczą się jako jeden, więc teraz mają remis: skucha wyrównana ustrzeleniem akromantuli, ale nie gwarantująca, że Ambroise przestanie przypominać o tamtych wydarzeniach. Do tego najpewniej mógłby potrzebować jeszcze kilku dowodów (z wykluczeniem jabłka na głowie), ale nie teraz.
Odsunął to na dalszy plan. Tak samo jak badanie zmodyfikowanego pająka, co wymownie mówiło samo za siebie, gdzie leżały jego priorytety. Jego religia. Jedyna będąca w stanie posłać go na kolana. Jego - człowieka bez pokory, który nigdy nie sądził, że ugnie się przed czymkolwiek. Tymczasem od miesięcy był w stanie budować sobie wokół tego całkiem nową rzeczywistość.
Przede wszystkim pełną pasji i niespodzianek. Kontrolowany chaos. Dokładnie tak jak teraz. To zdecydowanie nie pasowało do mistycznego klimatu Lithy, ale wcale nie miało zastąpić tamtego sabatu. Ambroise w żadnym razie nie żałował braku poszukiwań kwiatu paproci, bo to, co teraz robili dużo bardziej do nich pasowało. Byli całkowicie sami (no, pomijając truchło martwego pająka) w ciepłym świetle dnia. Bez konieczności pilnowania się przed kimkolwiek. Zatracenie się w chwili jeszcze nigdy nie przyszło tak gwałtownie, choć mieli za sobą wiele mniejszych i większych wyskoków, jakoś nigdy nie satysfakcjonując się standardem.
To też nie było standardowe. W żadnym wypadku. Dlatego było tak kuszące. W jednej chwili podjął decyzję, by się w tym zatracić - w wymianie gwałtownych pocałunków odbierających oddech, ale dających narastającą satysfakcję i rozgorączkowanie, z którym odpowiedział na jej dłonie przesuwające mu się pod koszulą. Wpierw pomrukiem, lekkim naciskiem zębów na wargę Geraldine, później przesunięciem dłoni odrobinę wyżej z pośladków w spodniach pod pasek i już głębiej pod materiał. W jednej chwili stojąc w miejscu, w kolejnej wymuszając na dziewczynie drobne kroczki w tył, zanim nie przycisnął jej do szorstkiej kory, jeszcze gwałtowniej wpijając się w usta, o których lekko słono-dymnym smaku myślał odkąd znaleźli się na leśnej ścieżce.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down