24.10.2024, 03:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2024, 03:32 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Szybko w karierze doszedł do wniosku, że nie jest instytucją charytatywną. Nie musiał na własnej skórze przekonać się, że wyciągnięcie palca do kogoś zazwyczaj kończyło cię pożarciem całej ręki. Wystarczy powiedzieć, że zamiast tego często testowo wkładał dłoń w ogień, żeby zobaczyć czy ponownie go oparzy. W żadnym razie nie był tak rozsądną i opanowaną osobą, na którą zazwyczaj wyglądał. Jedynie potrafił sprawiać pozory na mistrzowskim poziomie.
Tak teraz z pewnością prezentował się dokładnie tak jak został odebrany. Jak zakapior i przechera. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że kobieta nie postanowi mu zaufać. Zresztą nigdy nie żywił podobnej chęci. Nie potrzebował wiary w to, że mógłby chcieć pomóc jej w trudnej sytuacji, bo w istocie - nie chciał. Zamierzał zrobić swoje względnie bez większych problemów a następnie zmyć się stąd zanim wpadnie w jakieś kłopoty, których nie brakowało w Little Hangleton i okolicach.
Nieznajomej radziłby to samo, gdyby nie fakt, że już władowała się w depresyjne bagno. Poza tym miał raczej w dupie to, co działo się z ludźmi, których nie znał i nie darzył żadnymi uczuciami. W zupełności wystarczała mu ta grupa, z którą chciał utrzymywać przyjacielskie stosunki a która samoistnie rozrosła się tak bardzo, że Ambroise miewał problemy ze zrozumieniem, jakim cudem wziął sobie na barki branie odpowiedzialności za więcej niż dwie, góra trzy osoby.
Rzecz jasna nawet tam panowała jakaś niepisana hierarchia. Jednym byłby w stanie kupić kanapkę i pożyczyć kilka galeonów, ostatecznie poklepać ich po plecach. Innych pilnował czujniejszym okiem gotów pojawić się niemal na każde wezwanie, nie zadając żadnych zbytecznych pytań tylko przynosząc wór na zwłoki i bańkę eliksiru. Tym robiąc prosty obiad i wciskając pieniądze bez zamiaru odzyskania czegoś, co nie jest pożyczką. Dla ostatnich oddałby życie, resztki jedzenia z lodówki i przepisałby im cały majątek w testamencie.
Dla swoich zachowywał się dla swój. Dla współpracowników był przyjacielski, towarzyski i zazwyczaj skory do rozmowy. Czasami dystansował się od co bardziej upierdliwych elementów społecznych zatrudnianych w szpitalu albo branych na staż, ale nie miał problemu z tym, aby zweryfikować pierwsze wrażenie i tak na przykład podjąć się prób nauczenia niepoczytalnego przyszłego uzdrowiciela (w dodatku mugolaka!) gry w czarodziejskie szachy.
Dla oficjalnych pacjentów w szpitalu był profesjonalny, uprzejmy, może trochę chłodny i oschły (szczególnie ostatnio), ale nie odmawiał pomocy. Niósł ją, kiedy była konieczna.
W przypadku pielęgnacji relacji towarzyskich pośród czystokrwistej elity z marszu stawał się swoją najbardziej czarującą, oczytaną wersją. Prawdziwym lwem salonowym. Szczególnie w stosunku do młodych panien, z którymi mógł spędzić przyjemne chwile na parkiecie czy poza nim. Dyskutował z dystyngowanymi dżentelmenami. Całował wierzchy dłoni starszych matron, ciotek i babek patrząc jak oblewają się pąsem.
Był człowiekiem o wielu twarzach. Przez ostatni czas coraz trudniej mu było stwierdzić, która właściwie jest jego własną. Kiedyś nie miał z tym najmniejszych problemów. Wracał do domu do swojej (lepszej) połówki. Zrzucał pozory, pozbywał się maski. Wydawało mu się, że jest szczęśliwy.
Aktualnie sam wątpił czy kiedykolwiek był, bo miał wrażenie, że tamten człowiek nigdy nie istniał. Nieświadomie grał go zarówno przed ukochaną jak i przed sobą. Może w rzeczywistości najbliżej mu było do wyrachowanego hucpiarza.
Właśnie taka wersja Ambroisa Greengrassa (ta mu najwłaściwsza?) stanęła przed kobietą. Brakowało mu zwyczajowej uzdrowicielskiej sympatii i wyrozumiałości. Jako człowiek z szarej strefy był raczej nieprzyjemny. Żeby nie powiedzieć - beznamiętny i bezduszny. Nie miał problemu z dochodzeniem swego. Nie zamierzał poświęcać się dla dobra idei. Patrzył nie dalej jak na własne korzyści i czubek swojego nosa. Kiedy się uśmiechał towarzyszyła temu satysfakcja z bycia wyręczonym - w tym przypadku przez naturę, która bardzo nie lubiła, gdy nacierało się na nią całym ciężarem ciała. A nieznajoma niewątpliwie miała czym to robić.
Była wysoka. Sporo wyższa od niego a on nie należał do najniższych osób. I tak jak z niektórymi roślinami - im wyższa była, tym bardziej niestabilna. W tym wypadku emocjonalnie.
- Wyśmienicie - skwitował z przekąsem skierowanym ani nie do niej, ani nie do końca do siebie; zwyczajnie zauważył pierwsze efekty działania kwiatu i momentalnie pożałował, że w ogóle się odezwał.
Nie teraz. Wcześniej.
Naprawdę nie miał chęci wspierać kogokolwiek w ataku melancholii, który z powodzeniem mógł płynnie przejść w konkretny epizod depresyjny a potem być może w próbę samobójczą, jeśli nikt nie zainterweniuje. A Ambroise nie chciał być właśnie tą osobą. Gdyby planował ścieżkę kariery magipsychiatry to zatrudniłby się w Lecznicy Dusz zamiast w Mungu. Zgarniałby całkiem niezłe pieniądze (najpewniej lepsze niż na niedofinansowanym oddziale zatruć eliksiralnych i roślinnych) za rozwiązywanie problemów innych ludzi lub udawanie, że go obchodzą.
Spoiler alert: nie obchodziły i nie miały obchodzić. Miał dostatecznie dużo własnych, żeby móc z powodzeniem macerować się we własnej szarej rzeczywistości. Niemalże tak dobrze jak jego niechętnie poznana rozmówczyni zaciągała się pyłkiem kwiatów. Tak właściwie to efekty bywały bardziej podobne niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Z tym, że kiedy ona zaczęła łamać się na zewnątrz wbrew sobie, opierając się twarzą o drzewo. Na jej szczęście tym razem nieszkodliwe. On raczej tłumił własne nieszczęście i poczucie samotności w sobie. Przez ostatni rok stopniowo osiągał rangę bycia najgorszą wersją siebie. Przelewającą wszystkie emocje w czyny. Z tym, że nie zawsze moralne i słuszne.
- Samotniczka. Krzak - znacząco przyzezował na roślinę, wzruszając ramionami. - Wpadłaś w kwitnący krzak sola maeror. Wszystko, co czujesz dzieje się w twojej głowie - wyjaśnił całkiem pomocnie i rzeczowo jak na to, że mógł obrócić się na pięcie i odejść, bo nie miał najmniejszego powodu, żeby tu pozostać.
Raczej bardzo średnio radził sobie z pocieszaniem innych ludzi. Nawet wtedy, kiedy naprawdę mu na tym zależało. Tak właściwie nigdy nie nauczył się wyczucia czy delikatności, która wielu ludziom przychodziła naturalnie i sama z siebie. Wręcz przeciwnie - wyrobił sobie nawyk dbania o pacjentów, ale nic ponadto. Wbrew pozorom praca w szpitalu wymuszała na Greengrassie panowanie nad emocjami. Nie mógł przejmować się wszystkim co widzi. Inaczej szybko skończyłby karierę.
Obecnie nie było również niczego, co sprawiałoby, że mógłby złagodnieć na widok wyrazu twarzy kobiety, jej roztrzęsienia i poruszenia. Jeśli kiedykolwiek potraktowałby ją łagodnie to byłoby to lata temu. Wtedy mógłby z wahaniem dać jej swój płaszcz, żeby spróbowała oszukać mózg, że jest już ciepło. Nadal nie byłby skory do spoufalania się, ale nie byłby także aż takim zimnym chujem.
- Dwieście - nawet nie drgnęła mu powieka. - Za tyle odstawię cię do Londynu w okolice Munga albo do Doliny nieopodal Lecznicy Dusz. Za trzysta trafisz do domu. Za trzysta pięćdziesiąt naleję ci ognistej i może nawet wysłucham, że mamusia cię nie kochała a tatuś spierdolił z obrazka. Herbatkę też ci mogę zrobić. Za rączkę potrzymam cię tylko do teleportacji - albo mogła sobie sama radzić.
Szczerze miał to w dupie. Wbrew pozorom wcale nie rzucił zaporowych stawek. Cenił się rzecz jasna, ale był skłonny negocjować. Raczej z zaznaczeniem, że potrafi to robić także w górę.
Wóz albo przewóz, droga pani. Wóz albo przewóz. Słońce już zachodzi. Nie mamy całego dnia.
Tak teraz z pewnością prezentował się dokładnie tak jak został odebrany. Jak zakapior i przechera. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że kobieta nie postanowi mu zaufać. Zresztą nigdy nie żywił podobnej chęci. Nie potrzebował wiary w to, że mógłby chcieć pomóc jej w trudnej sytuacji, bo w istocie - nie chciał. Zamierzał zrobić swoje względnie bez większych problemów a następnie zmyć się stąd zanim wpadnie w jakieś kłopoty, których nie brakowało w Little Hangleton i okolicach.
Nieznajomej radziłby to samo, gdyby nie fakt, że już władowała się w depresyjne bagno. Poza tym miał raczej w dupie to, co działo się z ludźmi, których nie znał i nie darzył żadnymi uczuciami. W zupełności wystarczała mu ta grupa, z którą chciał utrzymywać przyjacielskie stosunki a która samoistnie rozrosła się tak bardzo, że Ambroise miewał problemy ze zrozumieniem, jakim cudem wziął sobie na barki branie odpowiedzialności za więcej niż dwie, góra trzy osoby.
Rzecz jasna nawet tam panowała jakaś niepisana hierarchia. Jednym byłby w stanie kupić kanapkę i pożyczyć kilka galeonów, ostatecznie poklepać ich po plecach. Innych pilnował czujniejszym okiem gotów pojawić się niemal na każde wezwanie, nie zadając żadnych zbytecznych pytań tylko przynosząc wór na zwłoki i bańkę eliksiru. Tym robiąc prosty obiad i wciskając pieniądze bez zamiaru odzyskania czegoś, co nie jest pożyczką. Dla ostatnich oddałby życie, resztki jedzenia z lodówki i przepisałby im cały majątek w testamencie.
Dla swoich zachowywał się dla swój. Dla współpracowników był przyjacielski, towarzyski i zazwyczaj skory do rozmowy. Czasami dystansował się od co bardziej upierdliwych elementów społecznych zatrudnianych w szpitalu albo branych na staż, ale nie miał problemu z tym, aby zweryfikować pierwsze wrażenie i tak na przykład podjąć się prób nauczenia niepoczytalnego przyszłego uzdrowiciela (w dodatku mugolaka!) gry w czarodziejskie szachy.
Dla oficjalnych pacjentów w szpitalu był profesjonalny, uprzejmy, może trochę chłodny i oschły (szczególnie ostatnio), ale nie odmawiał pomocy. Niósł ją, kiedy była konieczna.
W przypadku pielęgnacji relacji towarzyskich pośród czystokrwistej elity z marszu stawał się swoją najbardziej czarującą, oczytaną wersją. Prawdziwym lwem salonowym. Szczególnie w stosunku do młodych panien, z którymi mógł spędzić przyjemne chwile na parkiecie czy poza nim. Dyskutował z dystyngowanymi dżentelmenami. Całował wierzchy dłoni starszych matron, ciotek i babek patrząc jak oblewają się pąsem.
Był człowiekiem o wielu twarzach. Przez ostatni czas coraz trudniej mu było stwierdzić, która właściwie jest jego własną. Kiedyś nie miał z tym najmniejszych problemów. Wracał do domu do swojej (lepszej) połówki. Zrzucał pozory, pozbywał się maski. Wydawało mu się, że jest szczęśliwy.
Aktualnie sam wątpił czy kiedykolwiek był, bo miał wrażenie, że tamten człowiek nigdy nie istniał. Nieświadomie grał go zarówno przed ukochaną jak i przed sobą. Może w rzeczywistości najbliżej mu było do wyrachowanego hucpiarza.
Właśnie taka wersja Ambroisa Greengrassa (ta mu najwłaściwsza?) stanęła przed kobietą. Brakowało mu zwyczajowej uzdrowicielskiej sympatii i wyrozumiałości. Jako człowiek z szarej strefy był raczej nieprzyjemny. Żeby nie powiedzieć - beznamiętny i bezduszny. Nie miał problemu z dochodzeniem swego. Nie zamierzał poświęcać się dla dobra idei. Patrzył nie dalej jak na własne korzyści i czubek swojego nosa. Kiedy się uśmiechał towarzyszyła temu satysfakcja z bycia wyręczonym - w tym przypadku przez naturę, która bardzo nie lubiła, gdy nacierało się na nią całym ciężarem ciała. A nieznajoma niewątpliwie miała czym to robić.
Była wysoka. Sporo wyższa od niego a on nie należał do najniższych osób. I tak jak z niektórymi roślinami - im wyższa była, tym bardziej niestabilna. W tym wypadku emocjonalnie.
- Wyśmienicie - skwitował z przekąsem skierowanym ani nie do niej, ani nie do końca do siebie; zwyczajnie zauważył pierwsze efekty działania kwiatu i momentalnie pożałował, że w ogóle się odezwał.
Nie teraz. Wcześniej.
Naprawdę nie miał chęci wspierać kogokolwiek w ataku melancholii, który z powodzeniem mógł płynnie przejść w konkretny epizod depresyjny a potem być może w próbę samobójczą, jeśli nikt nie zainterweniuje. A Ambroise nie chciał być właśnie tą osobą. Gdyby planował ścieżkę kariery magipsychiatry to zatrudniłby się w Lecznicy Dusz zamiast w Mungu. Zgarniałby całkiem niezłe pieniądze (najpewniej lepsze niż na niedofinansowanym oddziale zatruć eliksiralnych i roślinnych) za rozwiązywanie problemów innych ludzi lub udawanie, że go obchodzą.
Spoiler alert: nie obchodziły i nie miały obchodzić. Miał dostatecznie dużo własnych, żeby móc z powodzeniem macerować się we własnej szarej rzeczywistości. Niemalże tak dobrze jak jego niechętnie poznana rozmówczyni zaciągała się pyłkiem kwiatów. Tak właściwie to efekty bywały bardziej podobne niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Z tym, że kiedy ona zaczęła łamać się na zewnątrz wbrew sobie, opierając się twarzą o drzewo. Na jej szczęście tym razem nieszkodliwe. On raczej tłumił własne nieszczęście i poczucie samotności w sobie. Przez ostatni rok stopniowo osiągał rangę bycia najgorszą wersją siebie. Przelewającą wszystkie emocje w czyny. Z tym, że nie zawsze moralne i słuszne.
- Samotniczka. Krzak - znacząco przyzezował na roślinę, wzruszając ramionami. - Wpadłaś w kwitnący krzak sola maeror. Wszystko, co czujesz dzieje się w twojej głowie - wyjaśnił całkiem pomocnie i rzeczowo jak na to, że mógł obrócić się na pięcie i odejść, bo nie miał najmniejszego powodu, żeby tu pozostać.
Raczej bardzo średnio radził sobie z pocieszaniem innych ludzi. Nawet wtedy, kiedy naprawdę mu na tym zależało. Tak właściwie nigdy nie nauczył się wyczucia czy delikatności, która wielu ludziom przychodziła naturalnie i sama z siebie. Wręcz przeciwnie - wyrobił sobie nawyk dbania o pacjentów, ale nic ponadto. Wbrew pozorom praca w szpitalu wymuszała na Greengrassie panowanie nad emocjami. Nie mógł przejmować się wszystkim co widzi. Inaczej szybko skończyłby karierę.
Obecnie nie było również niczego, co sprawiałoby, że mógłby złagodnieć na widok wyrazu twarzy kobiety, jej roztrzęsienia i poruszenia. Jeśli kiedykolwiek potraktowałby ją łagodnie to byłoby to lata temu. Wtedy mógłby z wahaniem dać jej swój płaszcz, żeby spróbowała oszukać mózg, że jest już ciepło. Nadal nie byłby skory do spoufalania się, ale nie byłby także aż takim zimnym chujem.
- Dwieście - nawet nie drgnęła mu powieka. - Za tyle odstawię cię do Londynu w okolice Munga albo do Doliny nieopodal Lecznicy Dusz. Za trzysta trafisz do domu. Za trzysta pięćdziesiąt naleję ci ognistej i może nawet wysłucham, że mamusia cię nie kochała a tatuś spierdolił z obrazka. Herbatkę też ci mogę zrobić. Za rączkę potrzymam cię tylko do teleportacji - albo mogła sobie sama radzić.
Szczerze miał to w dupie. Wbrew pozorom wcale nie rzucił zaporowych stawek. Cenił się rzecz jasna, ale był skłonny negocjować. Raczej z zaznaczeniem, że potrafi to robić także w górę.
Wóz albo przewóz, droga pani. Wóz albo przewóz. Słońce już zachodzi. Nie mamy całego dnia.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down