24.10.2024, 17:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2024, 17:50 przez Rodolphus Lestrange.)
Czy nie chciał tego powtórzyć? Cóż... Nie powiedział tego, lecz nie dał mu także do zrozumienia, że chciałby powtórki. Zachowywał się faktycznie tak, jakby nic się nie stało, skupiony na roślinie, która teraz była problemem. Wydawał się być skoncentrowany na celu, który przed nim jaśniał (chociaż w przypadku tej rośliny to raczej marniał) - i nic innego się dla niego nie liczyło. Działał zadaniowo.
- Zdecydowanie czuć - odpowiedział, przekręcając głowę w jego kierunku. Uniósł brew. - ... Co kupiłeś?
Twarz Rodolphusa teraz wyrażała totalne zaskoczenie. Zamrugał kilkukrotnie, bo prawdę mówiąc to nie słyszał do tej pory o tym, by taka mieszanka (iście wybuchowa) mogła cokolwiek zdziałać na rośliny. W zasadzie to jakiekolwiek. Ale trzeba było przyznać, że jeżeli chodzi o zielarstwo czy eliksiry, to Lestrange nie do końca się przykładał w Hogwarcie, o późniejszych latach nie wspominając.
- Ojciec musiał wysłać nie tego skrzata, którego chciałem - odpowiedział z cichym westchnięciem. Podejrzewał, że tak będzie, Reynard nie był zbyt... Skory do pomocy, szczególnie ostatnio. Większa niezależność od rodziny niosła za sobą konsekwencje w postaci chociażby skrzatów. Rodolphus pokręcił głową, a potem odwrócił się do Charlesa. - Przede wszystkim: oddychaj.
Podszedł do Mulcibera i delikatnie położył dłonie na jego ramionach. Obdarzył go nawet lekkim uśmiechem, a w jasnoszarych oczach pojawiło się coś na kształt rozbawienia, pomieszanego z czułością. Ujął jego policzek w dłoń.
- Zanim wyrośnie nowa roślina o takich rozmiarach, to miną lata. Victoria się zorientuje - powiedział, gładząc skórę Charlesa kciukiem. - Jeżeli nie chcesz mieszkać w kwiaciarni, musimy cofnąć jakoś efekt przelania i zgnilizny, która postępuje. Albo kupić nową. Problem w tym, że nie znam się na roślinach. Ale wiem, kto się zna.
Być może odrobinę go nastraszył tymi listami. Zdążył już zapomnieć, jak wrażliwy i nieodporny na stres był Charles. Każda inna osoba machnęłaby ręką i co najwyżej przyznała, że zjebała, a problem zostawiła Rodolphusa z problemem. To była miła odmiana, gdy ktoś chciał mu pomóc i to z własnej nieprzymuszonej woli. Aczkolwiek nigdy chyba nie będzie w stanie komukolwiek zaufać na tyle, by nie doszukiwać się podstępu w tego typu działaniach.
- Musimy jednak udać się do Palarni Changów. Dostałem kontakt od mojego znajomego do osoby, która jest ekspertem w takich beznadziejnych przypadkach. Tylko jest warunek: musimy wziąć ze sobą roślinę. Masz pomysł, jak to zrobić? Oczywistym jest, że nie chcemy paradować z nią tak po prostu przez wszystkie ulice - mogli zawsze się teleportować gdzieś blisko palarni, ale to wciąż nie rozwiązywało problemu, że jeden z nich będzie musiał tę pieprzoną doniczkę ze zgniłym, śmierdzącym (dosłownie) kwiatem nieść.
- Zdecydowanie czuć - odpowiedział, przekręcając głowę w jego kierunku. Uniósł brew. - ... Co kupiłeś?
Twarz Rodolphusa teraz wyrażała totalne zaskoczenie. Zamrugał kilkukrotnie, bo prawdę mówiąc to nie słyszał do tej pory o tym, by taka mieszanka (iście wybuchowa) mogła cokolwiek zdziałać na rośliny. W zasadzie to jakiekolwiek. Ale trzeba było przyznać, że jeżeli chodzi o zielarstwo czy eliksiry, to Lestrange nie do końca się przykładał w Hogwarcie, o późniejszych latach nie wspominając.
- Ojciec musiał wysłać nie tego skrzata, którego chciałem - odpowiedział z cichym westchnięciem. Podejrzewał, że tak będzie, Reynard nie był zbyt... Skory do pomocy, szczególnie ostatnio. Większa niezależność od rodziny niosła za sobą konsekwencje w postaci chociażby skrzatów. Rodolphus pokręcił głową, a potem odwrócił się do Charlesa. - Przede wszystkim: oddychaj.
Podszedł do Mulcibera i delikatnie położył dłonie na jego ramionach. Obdarzył go nawet lekkim uśmiechem, a w jasnoszarych oczach pojawiło się coś na kształt rozbawienia, pomieszanego z czułością. Ujął jego policzek w dłoń.
- Zanim wyrośnie nowa roślina o takich rozmiarach, to miną lata. Victoria się zorientuje - powiedział, gładząc skórę Charlesa kciukiem. - Jeżeli nie chcesz mieszkać w kwiaciarni, musimy cofnąć jakoś efekt przelania i zgnilizny, która postępuje. Albo kupić nową. Problem w tym, że nie znam się na roślinach. Ale wiem, kto się zna.
Być może odrobinę go nastraszył tymi listami. Zdążył już zapomnieć, jak wrażliwy i nieodporny na stres był Charles. Każda inna osoba machnęłaby ręką i co najwyżej przyznała, że zjebała, a problem zostawiła Rodolphusa z problemem. To była miła odmiana, gdy ktoś chciał mu pomóc i to z własnej nieprzymuszonej woli. Aczkolwiek nigdy chyba nie będzie w stanie komukolwiek zaufać na tyle, by nie doszukiwać się podstępu w tego typu działaniach.
- Musimy jednak udać się do Palarni Changów. Dostałem kontakt od mojego znajomego do osoby, która jest ekspertem w takich beznadziejnych przypadkach. Tylko jest warunek: musimy wziąć ze sobą roślinę. Masz pomysł, jak to zrobić? Oczywistym jest, że nie chcemy paradować z nią tak po prostu przez wszystkie ulice - mogli zawsze się teleportować gdzieś blisko palarni, ale to wciąż nie rozwiązywało problemu, że jeden z nich będzie musiał tę pieprzoną doniczkę ze zgniłym, śmierdzącym (dosłownie) kwiatem nieść.