Plany się zmieniały, a w zasadzie w jej przypadku ich brak. Kochała chaos, odnajdywała się w nim wyśmienicie, przez wiele lat wszystko, co działo się w jej życiu było dziełem przypadku. Pozwalała sobie płynąć i podejmować spontaniczne decyzje. To było całkiem wygodne. Lekkośc wyboru, brak zastanawiania się nad konsekwencjami swoich czynów. W końcu zawsze się jakoś wylizywała, co by się nie działo. Nie musiała przejmować się nikim, ani niczym. Robiła to na co miała ochotę.
Wszystko się odmieniło kiedy wpuściła go do swojego chaotycznego życia. Dotarło do niej, że jej czyny przestały dotyczyć tylko i wyłącznie jej. To już dawno było za nią. Musiała spoglądać szerzej, odnaleźć w tym jakąś nową drogę, znaleźć w sobie chociaż odrobinę rozumu, którego raczej jej brakowało. Przestała liczyć się tylko ona, wtedy kiedy zaczęli budować swój wspólny świat.
Nie spodziewała się nawet, że tak się jej to spodoba. Nie miała pojęcia, że to może być takie wspaniałe. Świadomość, że nie jest już pojedynczą jednostką, którą krąży po świecie bez żadnego większego celu. Teraz byli w tym razem, gotowi podpalić świat, kiedy przyjdzie taka potrzeba. Nigdy nie była niczym najważniejszym człowiekiem, zawsze był ktoś jeszcze, w tym przypadku czuła, że jest zupełnie inaczej. Ambroise traktował ją tak, jakby była dla niego najważniejsza, to wiele zmieniało. Zresztą i dla niej to, co ich łączyło było bardzo wyjątkowe, nikt nie był jej tak bliski. Nie potrafiła sobie wyobrazić swojego życia bez niego, właściwie to nie myslała już nawet o tym jako o swoim życiu, ale o ich wspólnym. Pogodziła się z tym, że tak jest, chociaż z początku była nieco przerażona taką wizją, ale teraz podobało jej się to, że ktoś na nią czekał, że mieszkanie nie było puste, że miała dla kogo żyć. To wiele zmieniało w podejściu chociażby podczas pracy, zawsze miała z tyłu głowy to, że jak nie wróci, to on będzie cierpiał, co przynosiło rozsądek, który raczej nie był dla niej typowy. Po prostu nie chciała go skrzywdzić, w żaden sposób, nie chciała go zawieść. Tym się kierowała.
Usta drgnęły jej w uśmiechu, wiedziała, że o tym wie, ale nadal zaskakiwało ją to, że w ogóle udało im się stworzyć taką relację. Pełną szacunku i wzajemnego zrozumienia. To wcale nie było łatwe, zważając na to, czym się zajmowali. Ich życia były pełne niebezpieczeństwa, do którego w sumie musieli przywyknąć. Stało się to ich codziennością. Wydawało jej się jednak, że tylko i wyłącznie dlatego, że łączyła ich również ta strefa życia to mogło działać. Nie potrafiłaby sobie wyobrazić, że jedna ze stron miałaby ryzykować, a druga siedziałaby w domu i oczekiwała. To mogło być przytłaczające, tutaj wszystko rozchodziło się między ich dwójką. Raz jedno załatwiało swoje sprawy, raz drugie. Odwdzięczali się sobie tym samym, byli swoim wsparciem w tym paskudnym świecie.
Wiadomo, że to nie było łatwe, nie można było się, aż tak oswoić z tym, że ukochana osoba może nie wrócić do domu już nigdy, że istnieje dużo dni, pożegnań, które mogą być ostatnimi, jednak nie mieli innego wyjścia, musieli chociaż trochę przyzwyczaić się do tej myśli, tego nie mogli zmienić, o czym zresztą nieraz dyskutowali. Byli nieco inni niż typowe pary, wyróżniali się na ich tle, ale też ich związek był dzięki temu odmienny.
Nie potrzebowali oficjalnych przyrzeczeń, aby trwać przy sobie przez lata. Kochali się na tyle, że nie było im to do niczego potrzebne, radzili sobie świetnie bez tradycyjnych przysiąg. Nic nie było w stanie zburzyć tego, co ich połączyło.
Wiedziała, że kiedyś nadejdzie moment, w którym będą musieli zainteresować się formalizacją swojej relacji, to spotykało każdego, prędzej, czy później, ale nie martwiło jej to. Mogłaby chociażby jutro pójść z nim do kowenu i pozwolić się zaobrączkować. Nie miała z tym problemu. Niestety w ich świecie to nie było takie proste. Powinni zorganizować wielką fetę, w której wezmą udział inni arystokraci. To nieco komplikowało sprawę, Yaxleyówna główenie przez to wolała nawet nie myśleć o ślubie, bo to nie były rzeczy do których została stworzona. Odnajdywała się na przyjęciach, czy innych spędach, ale nie znosiła być na świeczniku.
- To zrozumiałe. - Tylko, czy była w stanie powiedzieć, że nie zaryzykuje? Czy mogła mu obiecać, że jeśli przy niej ktoś postanowi skrzywdzić niewinnego na ulicy to przejdzie obojętnie? Nie. Nie mogła być tego pewna. Znała siebie i wiedziała, że łatwo było ją wprowadzić do stanu, w którym nie przejmowała się tym, co działo się obok, ani kto to widział. Nie potrafiła być obojętna na krzywdę innych. Niestety, może jej moralność była wątpliwa, ale jednak czasem się pokazywała.
Właśnie dlatego stwierdziła, że lepiej im zrobi przeniesienie się do Piaskownicy. Nie będą musieli przejmować się przypadkowymi atakami do których mogłoby dochodzić gdzieś obok. Nie widzieliby tego wszystkiego, co się działo. Znaleźliby się daleko od tych działań, w ich bezpiecznym miejscu. To było całkiem rozsądne podejście. Odcięcie się od tego, co złe, chociaż czy faktycznie na dłuższą metę służyłoby im zamykanie się w bańce? Nie miała pojęcia, w tej chwili jednak nie umiała znaleźć innych możliwości. Liczyło się to, aby we dwójkę byli względnie bezpieczni.
- Trochę na pewno. - Występowały przesłanki, które mogły prowokować do zastanawiania się, co będzie dalej, co będzie następne. Marsz charłaków, kontrmanifestacje. Widać było, że po dwóch stronach konfliktu pojawili się ludzie gotowi walczyć o swoje. Wystarczyło, aby znalazł się prowodyr, który zadecydował o rozpoczęciu wojny, a ustawiła się za nim rzesza popleczników. To można było przewidzieć, może nie jakoś dokładnie w czasie, ale pewne było, że prędzej, czy później ktoś postanowi skorzystać z okazji i będzie chciał dokońać przewrotu w magicznym świecie.
- Zrobię ci listę, tak chyba będzie prościej. - Przynajmniej nic jej nie umknie, będzie mogła faktycznie skupić się na tym, czego potrzebowała. Mieli sporo rzeczy w Whitby, ale to miejsce nie było przystosowane do tego, aby zamieszkać w nim na długo. Zaliczali raczej krótkie, czasowe wypady, podczas których mogli odpocząć. Teraz to miał być ich dom, to wymagało przygotowania.
- Spodziewałam się tego, że ludzie mogli różnie reagować. - Tak, to było do przewidzenia. Skoro nią samą ta informacja zachwiała, Ambroisem również, a miała ich za całkiem silnych psychicznie, to co dopiero musiały czuć osoby, które prowadziły względnie spokojne i ułożone życia. To głównie z nich przecież składał się świat. To musiało być dla nich wiele, nie potrafiła sobie wyobrazić w tej chwili reakcji mugolaków, oni zapewne czuli pętle zaciskającą się na szyi, bo mieli świadomość, że poplecznicy Voldemorta zamierzali ich powybijać. Ci to musieli być dopiero zestresowani, nie miała pojęcia, jak właściwie można było żyć z myśla, że jest się w ciągłym niebezpieczeństwie. Właściwie to ona i Roise zdecydowanie znajdowali się w dużo lepszej sytuacji, byli w tym wszystkim uprzywilejowani, przynajmniej w pewien sposób.
- Wydaje mi się, że raczej je spełni, na pewno długo się do tego szykował. - Nie sądziła, żeby ktoś taki rzucał słowa na wiatr w momencie, w którym nie był gotowy do spełnienia swoich gróźb. Musiał się do tego szykować od jakiegoś czasu i mieć pewność, że wreszcie ma odpowiednią ilość popleczników. Takich decyzji nie podejmowało się z dnia na dzień, raczej przeciwnie, małymi krokami podążało się do celu, żeby wszystki zaskoczyć zupełnie znienacka swoim zachowaniem. Nie ma się co oszukiwać, to akurat mu się udało. Czy ktoś w ogóle zakładał, że może dojść do takich deklaracji zupełnie z dupy? No nie.
Geraldine podeszła również podeszła do blatu, tyle, że ona nie oparła się o niego, a po prostu uniosła się na dłoniach i na nim usiadła. Wyciągnęła szluga z kieszeni i go zapaliła, zaciągnęła się dymem. Nie częstowała Greengrassa fajką, bo wiedziała, że nie znosi tych jej śmierdzacych tytoniem fajek, których nadal nie oduczyła się palić.
- Kiedy się przeniesiemy? - Dobrze by było, aby zrobili to jak najszybciej, jednak nie w pośpiechu, faktycznie wypadałoby, aby przygotowali się do tego jak najdokładniej i podeszli do całej sytuacji z rozsądkiem. Zresztą po tej nocy nie byli w najlepszym stanie, Ambroise miał za sobą całonocy dyżur, potrzebował odpoczynku. - Wydaje mi się, że lepiej załatwić to na spokojnie, to była ciężka noc, przede wszystkim dla ciebie. - Nie ma się co oszukiwać, Mung był pewnie centrum wydarzeń, jak zawsze. W końcu znajdowały się tam najróżniejsze osoby, których dotyczył ten problem. Miała tego świadomość, wiedziała, że nie było mu łatwo, dlatego zdaniem Geraldine lepiej było jeszcze zostać tutaj chociaż ten jeden dzień, a później wyruszyć do ich chatki, o której istnieniu nikt nie miał pojęcia.