24.10.2024, 20:29 ✶
Szczególnie w takich chwilach jak ta, kiedy byli sami we dwoje bez ciekawskich oczu i uszu, bardzo łatwo przychodziło mu bycie chyba po prostu sobą. Najszczerszą, najmniej kontrolowaną i bardzo niewymuszoną wersją siebie, wobec której spotkał się z niemal całkowitą akceptacją (nawet, jeżeli z początku go to zdziwiło to teraz nie miał oporów). Niemal, ponieważ sam doskonale wiedział, że nie da się bez słowa przyjąć całego dobra inwentarza, gdy są w nim również pająki i nietoperze wymagające specjalnego traktowania. Pokładów cierpliwości, kontrolowania uporu, którego nie brakowało żadnemu z nich. Ich główne wyzwanie nie miało być niczym innym jak sztuką kompromisów.
Do tej pory wychodziło im to nieźle. Znacznie lepiej niż można by było się spodziewać po osobach tak do siebie podobnych charakterem. Czasami chciał ją całować, wkładać w to całą swoją uwagę, rozkoszując się każdym kawałkiem ciepłego, znajomego ciała i łomotaniem serca, którego rytm wprawiał jego własne w niemal harmonijne bicie. W kolejnej chwili najchętniej przełożyłby ją przez kolano, bo irytowało go jej dziamdzianie a słowa, które z powodzeniem mogłyby opuścić jego własne usta w innych okolicznościach (wtedy uznałby je za składne i logiczne) przyprawiały go o ból głowy. Oczywiście w tym drugim przypadku też nie stroniłby od zamknięcia jej ust swoimi. Po prostu wpierw złoiłby Geraldine dupę...
...a to też raczej z wymowną intencją, bo w rzeczywistości nigdy by jej nie skrzywdził. Ani fizycznie, ani na dłuższą metę psychicznie. Była chyba jedyną osobą, przy której potrafił zreflektować się i dojść do wniosku, że niechętne przeprosiny były czymś, co powinno opuścić jego usta. Starał się hamować, nie wykorzystywać ich podobieństwa w złych celach. Ten etap mieli już za sobą. Nie powinni do tego wracać.
Zresztą nie tylko byłoby to dla Greengrassa trudne, ale najprawdopodobniej niemożliwe. Przeszli razem zbyt wiele, było im razem zbyt dobrze, żeby chcieć cofnąć czas. Nie podjąłby żadnej innej decyzji, gdyby mógł to zrobić. Nie uprzedziłby się również (mimo niewątpliwej chęci, jaką by miał), że wszystko się ułoży. Tak właściwie to wcale nie chciałby przedzierać się przez warstwy czasu i przestrzeni, gdy jego obecne życie było tak szczęśliwe.
Nie dało się nie dostrzec, że przestał być naczelnym fanatykiem szpitala spędzającym tam większość doby z okazjonalnymi epizodami zachowywania się jak uosobienie ponuraka - śmiertelnie poważnego widmowego psa towarzyszącego zwiastunem śmierci, której w Mungu nie dało się uniknąć.
Może nie był znacznie bardziej przystępny wobec tych wszystkich przypadków, które wprawiały go w ten zły nastrój. Tu niewiele uległo zmianie. Natomiast nie zabierał tego ze sobą do domu. To przestały być tylko cztery ściany, odkąd wracał tam z ochotą, nie miał problemów ze zdjęciem maski i otrzepaniem się z syfu, z którym dealował.
Nie musiał zachowywać pozorów, gdy czuł się akceptowany ze wszystkimi bagażami. Zresztą również fizycznymi, bo stopniowo coraz bardziej wynosił się z zajmowanego skrzydła domu w Dolinie Godryka i wynajmowanego mieszkania na Pokątnej. Zamieniał je na Horyzontalną i Piaskownicę. To także wywoływało mimowolny uśmiech na ustach Ambroisa. Było wielką wygraną. Szczególnie dla kogoś, kto w pewnym momencie nie wiedział, że bierze udział w loterii losu.
- Dziwisz im się? Ja niespecjalnie - wzruszył ramionami, bo w tym wypadku popierał decyzję o wycofaniu się z Ministerstwa, gdy sprawy zrobiły się zbyt niewygodne a zyski mniejsze niż koszty. - Lepiej kryć się w cieniu niż być małpą w cyrku. Nawet najlepiej karmioną - niewątpliwie na tak wysokich posadach w grę wchodziły duże wpływy i spore ilości galeonów, ale nie zawsze o to chodziło - to jeśli pańska ręka jest chora, lepiej ją ugryźć niż ignorować smród rozkładu - odrzekł gładko bez zawahania przed tym, żeby powiedzieć to, co myśli.
Lubił władzę i koneksje, ale to między innymi z uwagi na doświadczenia tej części rodziny nigdy nie miał ciągot do polityki. Wolał postępować zgodnie z tym, co dano mu do zrozumienia, że było znacznie lepszą możliwością. Jednocześnie bardziej pokątną i niebezpieczną, ale nie bez powodu Mulciberów nazywało się Władcami Umysłów. Potrafili z cienia Ścieżek mieszać się w politykę znacznie bardziej niż wtedy, gdy byli na świeczniku i wszyscy spoglądali im na ręce.
Mimowolnie starał się osiągnąć poziom, który tej części krewnych przychodził bez zastanowienia. Niektóre ich moralnie wątpliwe działania naprawdę mu imponowały. Czasami zastanawiał się nad tym, co by było, gdyby nie znaczący wpływ Greengrassów na jego charakter i instynktowne zachowania. Z Roselyn już dawno doszli do wniosku, że odziedziczyli większość charakteru po wspólnym ojcu. Ambitnym, ceniącym wolność wyboru, gnanym z miejsca na miejsce przez ciągoty do nauki a przy tym pyskatym i porywczym.
Na ich nieszczęście przeskakującym z bycia wielkim autorytetem w dziedzinie botaniki do zachowywania się jak ich starszy (a praktycznie pięćdziesięcioletni) brat. No przynajmniej dopóty, dopóki nie potrzebował postawić na swoim, bo wtedy nagle nie był Thomasem (dla Ambroisa) czy Papciem (dla Roselyn) był Panem Ojcem. Chaotyczny styl wychowania.
Z dwojga złego Mulciberowie byli jednostajnie niegodni zaufania. Można było ufać temu, że nie powinno ufać się ich poufałości, bo zawsze coś za tym stało.
- Wielu masz tych swoich ludzi - skwitował uniesieniem brwi, starając się przy tym nie uśmiechnąć, choć drżały mu kąciki ust. - Kolejny, o którego mam być zazdrosny? - Nie umiał powstrzymać się przed żartobliwym, ale zadziwiająco samoświadomym zasugerowaniem, że bez wątpienia tu także byłby w stanie posunąć się do zawiści i terytorialności.
Gdzieś tam w głębi pewnie mógłby dojść do wniosku, że tamten Ambroise sprzed kilku miesięcy byłby w stanie mu zazdrościć, nadal klucząc dookoła niej w przyjacielskich stosunkach. Jeśli linie czasowe wyglądały tak jak wedle niektórych teorii, w które był skłonny uwierzyć to nie lubił się z teraz z całą tygodniami gromadzoną antypatią. Miał do siebie wąty, wyrzuty i tak dalej. No ogólnie z wzajemnością nie przepadał za tym człowiekiem.
Natomiast z rozbawieniem podszytym zażenowaniem dochodził do wniosku, że tylko on (no i może Geraldine po tym jak zaczęli być ze sobą szczerzy i otwarci) nie lubił tamtej ugładzonej persony. W przypadku większości czarodziejów, w stosunku do których zachowywał pozory ta postawa przynosiła wiele korzyści. Przez lata mógł pozwalać sobie na więcej niż co poniektórzy, zgrabnie operując łatką czarusia i lwa salonowego zamiast dostawać po dupie za bycie manipulantem i babiarzem. W większości oczu był po prostu kulturalnym oportunistą, który nie krzywdził nikogo swoją kochliwością. Kto na jego miejscu nie skorzystałby z okazji? Mało kto. Otóż to.
Dopóki jednocześnie nie odstawał od poziomu innych czystokrwistych czarodziejów, szanował wszelkie tradycje, potrafił się zachować, dopóty wiele było mu wybaczone. Wbrew pozorom najwięcej uszczypliwości i znaczących spojrzeń pojawiło się wraz z ich wspólną stabilizacją. Jasna sprawa: ściągnęli się wzajemnie z rynku matrymonialnego, co mogło spotkać się z aprobatą co poniektórych zatroskanych rodziców. Nie dało się zaprzeczyć, że uzupełniali się zawodowo i połączenie profesji miało całkowity sens. Natomiast największe zgrzyty tyczyły się podejść obu rodów.
Co śmieszniejsze - wątpliwości i uwagi nie brały się wcale od Greengrassów czy Yaxleyów. Tu mieli pełną aprobatę. O dziwo nawet jego macochy, która nawet nie próbowała ukrywać, że wybrała swoją ulubioną część tego związku i Ambroise nią nie był. Cóż. To było do przewidzenia.
Za to co poniektórzy zupełnie niezwiązani z ich życiem ludzie ochoczo usiłowali dorzucać swoje trzy knuty, nawiązując do powszechnej opinii, że Greengrassowie znacznie bardziej szanowali roślinną część świata a Yaxleyowie zwierzęcą, więc to było zabawne. Nawet nie próbował tego komentować, gdy podczas wizyt domowych sugerowano mu coś z byciem zamotanym, zapatrzonym czy owiniętym wokół palca. Nie miał do tego żadnego sensownego komentarza ponad pełną powagę i chłodną oficjalność.
Nie czuł się podstępnie omotany. Wbrew przeciwnie - nie było tu żadnych ofiar braku rozsądku. Całkowicie świadomie i z satysfakcją odpłacał się tym samym, co mu oferowała. Szczególnie właśnie w chwilach takich jak ta. Tą samą gorączką, gwałtownością, zdecydowaniem.
Nie chciał od niej delikatności, powolności I rozwagi. Nie tyle tego teraz nie potrzebowali, co wprost byłoby to zbytecznym, niechcianym elementem nie pasującym do całej reszty. Trawił go ogień, który podsycała każdym przesunięciem paznokciami po jego plecach, pociągnięciem go zębami za wargę, zatopieniem ich w skórze na szyi wywołując przyjemny dreszcz i zadowolony pomruk. Wcale nie chciał, żeby przestawała. Dopiero zaczynali.
Nie musiał się namyślać, żeby wiedzieć, do czego zmierzali z każdym niespokojnym ruchem i że był w stanie zainicjować to między nimi a następnie gładko oddać kontrolę. Sam tego chciał. To było coś, czego podświadomie od zawsze brakowało mu do poczucia się usatysfakcjonowanym i spełnionym we wszystkich płytkich, bezwartościowych relacjach. Nie musiał tego mówić na głos, sugerować ani stwierdzać przed samym sobą (mogłoby być trudne i wadzące; w końcu był naturalnym triumfatorem), żeby bezwiednie poddać się dynamice ich relacji.
Lubił zdobywać. Każdą komórką ciała zareagował na tamtą wizję nasuwającą mu się podczas zmierzania za Geraldine w kierunku leża bestii. Z tym, że chyba nie musiał robić tego zawsze. W dalszym ciągu zamierzał spełnić każdy nawet najdrobniejszy zamysł związany z ich odroczoną wersją Lithy. Natomiast to mogło być później, nie zamiast, później.
Nie czuł się źle ze zmianą planów, bo w dalszym ciągu zmierzali do wspólnej satysfakcji. Tym razem na jej zasadach. Była w tym całkiem pasjonująca niewymuszoność. Takiej kobiecie mógł dać się zdobyć. Szczególnie po tym, co mu pokazała. Taki wyczyn zasługiwał na pełne uznanie.
Nie istniał lepszy sposób na wyrażenie tego niżeli całkowite poddanie się żądzom. Bez zastanowienia nad tym, że muszą jeszcze wrócić z tego lasu we względnym porządku i możliwie pełnej garderobie, której mieli zdecydowanie zbyt dużo, by całą upilnować. Dobrze było mieć tę świadomość. Szczególnie, że dzięki temu mogli całkiem nieracjonalnie zadecydować, co poświęcić.
Na przykład jego koszula ewidentnie nie musiała doczekać kolejnych godzin, gdy dysponował płaszczem. Bez jej bielizny również dało się obejść, szczególnie że raczej nie była zbyt dobra jakościowo, skoro rozdarła się z taką łatwością jeszcze zanim wysunął rękę ze spodni Geraldine, na ślepo sięgając do paska i cholernego guzika.
Do tej pory wychodziło im to nieźle. Znacznie lepiej niż można by było się spodziewać po osobach tak do siebie podobnych charakterem. Czasami chciał ją całować, wkładać w to całą swoją uwagę, rozkoszując się każdym kawałkiem ciepłego, znajomego ciała i łomotaniem serca, którego rytm wprawiał jego własne w niemal harmonijne bicie. W kolejnej chwili najchętniej przełożyłby ją przez kolano, bo irytowało go jej dziamdzianie a słowa, które z powodzeniem mogłyby opuścić jego własne usta w innych okolicznościach (wtedy uznałby je za składne i logiczne) przyprawiały go o ból głowy. Oczywiście w tym drugim przypadku też nie stroniłby od zamknięcia jej ust swoimi. Po prostu wpierw złoiłby Geraldine dupę...
...a to też raczej z wymowną intencją, bo w rzeczywistości nigdy by jej nie skrzywdził. Ani fizycznie, ani na dłuższą metę psychicznie. Była chyba jedyną osobą, przy której potrafił zreflektować się i dojść do wniosku, że niechętne przeprosiny były czymś, co powinno opuścić jego usta. Starał się hamować, nie wykorzystywać ich podobieństwa w złych celach. Ten etap mieli już za sobą. Nie powinni do tego wracać.
Zresztą nie tylko byłoby to dla Greengrassa trudne, ale najprawdopodobniej niemożliwe. Przeszli razem zbyt wiele, było im razem zbyt dobrze, żeby chcieć cofnąć czas. Nie podjąłby żadnej innej decyzji, gdyby mógł to zrobić. Nie uprzedziłby się również (mimo niewątpliwej chęci, jaką by miał), że wszystko się ułoży. Tak właściwie to wcale nie chciałby przedzierać się przez warstwy czasu i przestrzeni, gdy jego obecne życie było tak szczęśliwe.
Nie dało się nie dostrzec, że przestał być naczelnym fanatykiem szpitala spędzającym tam większość doby z okazjonalnymi epizodami zachowywania się jak uosobienie ponuraka - śmiertelnie poważnego widmowego psa towarzyszącego zwiastunem śmierci, której w Mungu nie dało się uniknąć.
Może nie był znacznie bardziej przystępny wobec tych wszystkich przypadków, które wprawiały go w ten zły nastrój. Tu niewiele uległo zmianie. Natomiast nie zabierał tego ze sobą do domu. To przestały być tylko cztery ściany, odkąd wracał tam z ochotą, nie miał problemów ze zdjęciem maski i otrzepaniem się z syfu, z którym dealował.
Nie musiał zachowywać pozorów, gdy czuł się akceptowany ze wszystkimi bagażami. Zresztą również fizycznymi, bo stopniowo coraz bardziej wynosił się z zajmowanego skrzydła domu w Dolinie Godryka i wynajmowanego mieszkania na Pokątnej. Zamieniał je na Horyzontalną i Piaskownicę. To także wywoływało mimowolny uśmiech na ustach Ambroisa. Było wielką wygraną. Szczególnie dla kogoś, kto w pewnym momencie nie wiedział, że bierze udział w loterii losu.
- Dziwisz im się? Ja niespecjalnie - wzruszył ramionami, bo w tym wypadku popierał decyzję o wycofaniu się z Ministerstwa, gdy sprawy zrobiły się zbyt niewygodne a zyski mniejsze niż koszty. - Lepiej kryć się w cieniu niż być małpą w cyrku. Nawet najlepiej karmioną - niewątpliwie na tak wysokich posadach w grę wchodziły duże wpływy i spore ilości galeonów, ale nie zawsze o to chodziło - to jeśli pańska ręka jest chora, lepiej ją ugryźć niż ignorować smród rozkładu - odrzekł gładko bez zawahania przed tym, żeby powiedzieć to, co myśli.
Lubił władzę i koneksje, ale to między innymi z uwagi na doświadczenia tej części rodziny nigdy nie miał ciągot do polityki. Wolał postępować zgodnie z tym, co dano mu do zrozumienia, że było znacznie lepszą możliwością. Jednocześnie bardziej pokątną i niebezpieczną, ale nie bez powodu Mulciberów nazywało się Władcami Umysłów. Potrafili z cienia Ścieżek mieszać się w politykę znacznie bardziej niż wtedy, gdy byli na świeczniku i wszyscy spoglądali im na ręce.
Mimowolnie starał się osiągnąć poziom, który tej części krewnych przychodził bez zastanowienia. Niektóre ich moralnie wątpliwe działania naprawdę mu imponowały. Czasami zastanawiał się nad tym, co by było, gdyby nie znaczący wpływ Greengrassów na jego charakter i instynktowne zachowania. Z Roselyn już dawno doszli do wniosku, że odziedziczyli większość charakteru po wspólnym ojcu. Ambitnym, ceniącym wolność wyboru, gnanym z miejsca na miejsce przez ciągoty do nauki a przy tym pyskatym i porywczym.
Na ich nieszczęście przeskakującym z bycia wielkim autorytetem w dziedzinie botaniki do zachowywania się jak ich starszy (a praktycznie pięćdziesięcioletni) brat. No przynajmniej dopóty, dopóki nie potrzebował postawić na swoim, bo wtedy nagle nie był Thomasem (dla Ambroisa) czy Papciem (dla Roselyn) był Panem Ojcem. Chaotyczny styl wychowania.
Z dwojga złego Mulciberowie byli jednostajnie niegodni zaufania. Można było ufać temu, że nie powinno ufać się ich poufałości, bo zawsze coś za tym stało.
- Wielu masz tych swoich ludzi - skwitował uniesieniem brwi, starając się przy tym nie uśmiechnąć, choć drżały mu kąciki ust. - Kolejny, o którego mam być zazdrosny? - Nie umiał powstrzymać się przed żartobliwym, ale zadziwiająco samoświadomym zasugerowaniem, że bez wątpienia tu także byłby w stanie posunąć się do zawiści i terytorialności.
Gdzieś tam w głębi pewnie mógłby dojść do wniosku, że tamten Ambroise sprzed kilku miesięcy byłby w stanie mu zazdrościć, nadal klucząc dookoła niej w przyjacielskich stosunkach. Jeśli linie czasowe wyglądały tak jak wedle niektórych teorii, w które był skłonny uwierzyć to nie lubił się z teraz z całą tygodniami gromadzoną antypatią. Miał do siebie wąty, wyrzuty i tak dalej. No ogólnie z wzajemnością nie przepadał za tym człowiekiem.
Natomiast z rozbawieniem podszytym zażenowaniem dochodził do wniosku, że tylko on (no i może Geraldine po tym jak zaczęli być ze sobą szczerzy i otwarci) nie lubił tamtej ugładzonej persony. W przypadku większości czarodziejów, w stosunku do których zachowywał pozory ta postawa przynosiła wiele korzyści. Przez lata mógł pozwalać sobie na więcej niż co poniektórzy, zgrabnie operując łatką czarusia i lwa salonowego zamiast dostawać po dupie za bycie manipulantem i babiarzem. W większości oczu był po prostu kulturalnym oportunistą, który nie krzywdził nikogo swoją kochliwością. Kto na jego miejscu nie skorzystałby z okazji? Mało kto. Otóż to.
Dopóki jednocześnie nie odstawał od poziomu innych czystokrwistych czarodziejów, szanował wszelkie tradycje, potrafił się zachować, dopóty wiele było mu wybaczone. Wbrew pozorom najwięcej uszczypliwości i znaczących spojrzeń pojawiło się wraz z ich wspólną stabilizacją. Jasna sprawa: ściągnęli się wzajemnie z rynku matrymonialnego, co mogło spotkać się z aprobatą co poniektórych zatroskanych rodziców. Nie dało się zaprzeczyć, że uzupełniali się zawodowo i połączenie profesji miało całkowity sens. Natomiast największe zgrzyty tyczyły się podejść obu rodów.
Co śmieszniejsze - wątpliwości i uwagi nie brały się wcale od Greengrassów czy Yaxleyów. Tu mieli pełną aprobatę. O dziwo nawet jego macochy, która nawet nie próbowała ukrywać, że wybrała swoją ulubioną część tego związku i Ambroise nią nie był. Cóż. To było do przewidzenia.
Za to co poniektórzy zupełnie niezwiązani z ich życiem ludzie ochoczo usiłowali dorzucać swoje trzy knuty, nawiązując do powszechnej opinii, że Greengrassowie znacznie bardziej szanowali roślinną część świata a Yaxleyowie zwierzęcą, więc to było zabawne. Nawet nie próbował tego komentować, gdy podczas wizyt domowych sugerowano mu coś z byciem zamotanym, zapatrzonym czy owiniętym wokół palca. Nie miał do tego żadnego sensownego komentarza ponad pełną powagę i chłodną oficjalność.
Nie czuł się podstępnie omotany. Wbrew przeciwnie - nie było tu żadnych ofiar braku rozsądku. Całkowicie świadomie i z satysfakcją odpłacał się tym samym, co mu oferowała. Szczególnie właśnie w chwilach takich jak ta. Tą samą gorączką, gwałtownością, zdecydowaniem.
Nie chciał od niej delikatności, powolności I rozwagi. Nie tyle tego teraz nie potrzebowali, co wprost byłoby to zbytecznym, niechcianym elementem nie pasującym do całej reszty. Trawił go ogień, który podsycała każdym przesunięciem paznokciami po jego plecach, pociągnięciem go zębami za wargę, zatopieniem ich w skórze na szyi wywołując przyjemny dreszcz i zadowolony pomruk. Wcale nie chciał, żeby przestawała. Dopiero zaczynali.
Nie musiał się namyślać, żeby wiedzieć, do czego zmierzali z każdym niespokojnym ruchem i że był w stanie zainicjować to między nimi a następnie gładko oddać kontrolę. Sam tego chciał. To było coś, czego podświadomie od zawsze brakowało mu do poczucia się usatysfakcjonowanym i spełnionym we wszystkich płytkich, bezwartościowych relacjach. Nie musiał tego mówić na głos, sugerować ani stwierdzać przed samym sobą (mogłoby być trudne i wadzące; w końcu był naturalnym triumfatorem), żeby bezwiednie poddać się dynamice ich relacji.
Lubił zdobywać. Każdą komórką ciała zareagował na tamtą wizję nasuwającą mu się podczas zmierzania za Geraldine w kierunku leża bestii. Z tym, że chyba nie musiał robić tego zawsze. W dalszym ciągu zamierzał spełnić każdy nawet najdrobniejszy zamysł związany z ich odroczoną wersją Lithy. Natomiast to mogło być później, nie zamiast, później.
Nie czuł się źle ze zmianą planów, bo w dalszym ciągu zmierzali do wspólnej satysfakcji. Tym razem na jej zasadach. Była w tym całkiem pasjonująca niewymuszoność. Takiej kobiecie mógł dać się zdobyć. Szczególnie po tym, co mu pokazała. Taki wyczyn zasługiwał na pełne uznanie.
Nie istniał lepszy sposób na wyrażenie tego niżeli całkowite poddanie się żądzom. Bez zastanowienia nad tym, że muszą jeszcze wrócić z tego lasu we względnym porządku i możliwie pełnej garderobie, której mieli zdecydowanie zbyt dużo, by całą upilnować. Dobrze było mieć tę świadomość. Szczególnie, że dzięki temu mogli całkiem nieracjonalnie zadecydować, co poświęcić.
Na przykład jego koszula ewidentnie nie musiała doczekać kolejnych godzin, gdy dysponował płaszczem. Bez jej bielizny również dało się obejść, szczególnie że raczej nie była zbyt dobra jakościowo, skoro rozdarła się z taką łatwością jeszcze zanim wysunął rękę ze spodni Geraldine, na ślepo sięgając do paska i cholernego guzika.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down