24.10.2024, 21:56 ✶
Horacy uważał się za miłośnika tradycji i porządku. W rzeczywistości raczej znany w okolicy był jako surowy i nieco gburowaty starszy czarodziej. Jak sądził, od dawna miał powody, aby krzywo patrzeć na Convivium. Lokal, który w ostatnich latach wyrósł na główne miejsce spotkań młodszych czarodziejów, wydawał się być nieustannym źródłem jego irytacji. W jego opinii było zbyt… wyuzdane, jak na standardy, które (jego zdaniem ponownie!) powinna zachować każda szanująca się czarodziejska społeczność.
Nie o wygląd jednak tylko chodziło. Prince z rosnącym niepokojem obserwował, jak do Convivium napływali czarodzieje i czarownice, a po kilku godzinach opuszczali lokal, chwiejąc się na nogach, bo nie panowali nad własnym ciałem. To nie tylko ognista whiskey, mawiał sąsiadom, spoglądając zza swoich ciężkich okularów. Tam musi być coś więcej, jakieś eliksiry albo nawet zaklęcia! Z czasem jego podejrzenia przybrały konkretną formę. Plotki, że w lokalu podaje się nie tylko Veritaserum, ale także inne niebezpieczne mikstury, które mogły zostać użyte do manipulacji i przestępstw, zaczęły rozchodzić się po okolicy. Czy ktoś w ogóle kontrolował, co tam się podaje?! A więc Horacy nie był człowiekiem, który poprzestałby na zwykłych oskarżeniach. Z typową dla siebie determinacją zaczął zbierać dowody; bacznie obserwował, kto odwiedzał lokal i jak się zachowywał, a każdą niepokojącą sytuację skrupulatnie zapamiętywał. Oni myślą, że nikt nie patrzy, mówił do siebie. Był przekonany o swojej roli strażnika porządku.
Dlatego kiedy tylko wszedł dumnym krokiem do środka, zignorował wyciągniętą rękę młodszego mężczyzny.
— Aha! Więc to pan musi być właścicielem! Mieszkam tutaj od lat — zaczął z gniewnym wyrazem twarzy. — Powiem ci tak, młodzieńcze, obserwuję to co dzieje się w tej… Placówce i muszę powiedzieć… Nasza dzielnica nie zasługuje na taki upadek moralny. W mojej młodości, kiedy magia była szanowana, a wartości moralne trzymane w ryzach, takie miejsca jak to nie miały racji bytu! Niestety, dzisiaj ludzie wydają się ślepi na niebezpieczeństwo, które czai się za ich drzwiami!
Nie o wygląd jednak tylko chodziło. Prince z rosnącym niepokojem obserwował, jak do Convivium napływali czarodzieje i czarownice, a po kilku godzinach opuszczali lokal, chwiejąc się na nogach, bo nie panowali nad własnym ciałem. To nie tylko ognista whiskey, mawiał sąsiadom, spoglądając zza swoich ciężkich okularów. Tam musi być coś więcej, jakieś eliksiry albo nawet zaklęcia! Z czasem jego podejrzenia przybrały konkretną formę. Plotki, że w lokalu podaje się nie tylko Veritaserum, ale także inne niebezpieczne mikstury, które mogły zostać użyte do manipulacji i przestępstw, zaczęły rozchodzić się po okolicy. Czy ktoś w ogóle kontrolował, co tam się podaje?! A więc Horacy nie był człowiekiem, który poprzestałby na zwykłych oskarżeniach. Z typową dla siebie determinacją zaczął zbierać dowody; bacznie obserwował, kto odwiedzał lokal i jak się zachowywał, a każdą niepokojącą sytuację skrupulatnie zapamiętywał. Oni myślą, że nikt nie patrzy, mówił do siebie. Był przekonany o swojej roli strażnika porządku.
Dlatego kiedy tylko wszedł dumnym krokiem do środka, zignorował wyciągniętą rękę młodszego mężczyzny.
— Aha! Więc to pan musi być właścicielem! Mieszkam tutaj od lat — zaczął z gniewnym wyrazem twarzy. — Powiem ci tak, młodzieńcze, obserwuję to co dzieje się w tej… Placówce i muszę powiedzieć… Nasza dzielnica nie zasługuje na taki upadek moralny. W mojej młodości, kiedy magia była szanowana, a wartości moralne trzymane w ryzach, takie miejsca jak to nie miały racji bytu! Niestety, dzisiaj ludzie wydają się ślepi na niebezpieczeństwo, które czai się za ich drzwiami!