24.10.2024, 23:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.10.2024, 01:13 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Smuteczek. Naprawdę...
...naprawdę mu to zwisało. U Ambroisa pojęcie domu kilkukrotnie zmieniało się na przestrzeni jego dorosłego życia. Obecnie nie wiedział, co tak właściwie uznaje za swój dom. To nie był kompleks budynków w Dolinie Godryka włącznie z połaciami Kniei ani mieszkanie przy Pokątnej. Nie była to również nadmorska chatka w Whitby w Yorkshire, do której nigdy nie zbył swoich praw, ale nie chciał mieć żadnych roszczeń. Pod względem posiadanych nieruchomości stał znacznie stabilniej niż większość mu znanych czarodziejów. Zaleta wysokiego urodzenia, którą doceniał.
Zresztą z powodzeniem mógłby wejść w rolę dziedzica rodu i bawić się we właściciela ziemskiego, gdyby nie to, że nigdy nie interesowała go ta pozycja. Wymagała bycia na świeczniku i stałego zaangażowania w nudne, męczące sprawy zadufanej w sobie elity (ta, jakby on wcale nie był nadęty i butny). Jeżeli pod wieloma względami Roise był dumnym tradycjonalistą to w wypadku kwestii dziedziczenia sam postanowił odsunąć się na rzecz młodszej siostry. Przyrodniej, bo mieli inne matki - jego niesławna mamusia była z Mulciberów, matka Roselyn z Rowle'ów (gdyby wiedział, z kim mu przyszło rozmawiać pewnie byłoby to tym zabawniejsze).
Tak czy inaczej: dom nie był dla niego czterema ścianami. Nie tylko. Jednocześnie nie był też czymś bardziej metafizycznym. Nie był drugim człowiekiem. Już nie. Dach nad głową był schronieniem przed warunkami atmosferycznymi, dawał możliwość odpoczęcia od zewnętrznego świata, ale niestety nie od siebie samego. Pod tym kątem Ambroise nie miał domu. Tym bardziej, że nigdy nie kierował się w stronę wiary. Religia nie była dla niego podporą nawet w momentach, w których wielu skierowałoby się w tę stronę.
Oczywiście nie zamierzał się uzewnętrzniać. Nie robił tego przed kimkolwiek. Nawet przed najbliższymi. W rzeczywistości wzruszył ramionami, gotowy kulturalnie wyjaśnić:
- To może być hotel, motel, pensjonat - nawet pobliskie Little Hangleton miało kilka mniej albo bardziej dogodnych opcji w zależności od tego, czego potrzebowała, żeby się uspokoić, jakie warunki ją zadowalały i na co ją było...
...stać?
Miała garść galeonów. Głogowa gałązka z pewnością była wartościowa dla jakiejś sikorki albo innej wiewiórki. Na kieszonkowym zegarku mógłby sprawdzić, ile swojego cennego czasu stracił na tę czczą dyskusję a wiecznym piórem zapisać sobie na wnętrzu dłoni, że powinien jeszcze mniej interesować się przypadkowymi histerykami.
Nie była w stanie zaoferować mu godnej zapłaty za to zachowywała się tak, że w pewnej chwili kątem oka i nieznacznym obróceniem głowy w bok skontrolował linię drzew za plecami. On nic tam nie dostrzegał. Ona zdecydowanie wyglądała, jakby zobaczyła tam ducha. Jako widmowidz (dzięki, mamo) miał pewność, że żadnego tam nie było - przynajmniej takiego realnego, bo momentalnie wyczułby rozdarcie zasłony.
A więc powinien skłonić się przed nieszczęśniczką, kiwnąć głową na pożegnanie i stwierdzić...
...no...
...nie do zobaczenia; tym bardziej, że Las Wisielców zaczynał się dogodnie dwadzieścia metrów w prawo - tam za tymi dużymi krzakami i przestrzałem około piętnastu metrów łąki...
...nie miło było poznać (nie było)...
...nie żegnam ozięble, bo tak właściwie to w szaliku na twarzy zaczynało mu być gorąco...
...raczej coś...
...coś na pewno mógłby wymyślić na poczekaniu, gdyby nie postanowił być wyjątkowo pomocny. Nie tylko w poinformowaniu Panienki o nazwie rośliny, która robiła jej rozwodniony kisiel z mózgu. Nawet nie we wskazaniu dogodnego drzewa o mocnej gałęzi, na której mogłaby zawisnąć bez ryzyka, że ze swoim wzrostem i wagą tąpnie na ziemię i tylko połamie sobie kostki.
Powstrzymał westchnienie.
Niechętnie machnął ręką na jej pieniądze, bo nie był aż takim gnojem, żeby zdzierać z kogoś ostatnie knuty. To byłoby żałosne i żenujące. Szczególnie, że musiałby je przeliczyć jak jakiś goblin, składając knut do knuta, sykl do sykla, galeon do galeona. Z uwagi na to nie przyjmował drobnych. Prócz tego, jeśli teraz miała taki problem z finansami i znajdowała się w głęboko depresyjnym stanie to odebranie jej ostatnich pieniędzy wcale nie poprawiłoby sytuacji. Był oportunistą, nie człowiekiem skurwielem.
- Będziesz mi winna przysługę - stwierdził z ociąganiem, bo choć to była dla Ambroisa znacznie lepsza waluta od złota i kosztowności to powątpiewał w to, żeby miał kiedykolwiek wrócić odebrać swój dług.
Z uwagi na swoją przeszłość, raczej niechętnie sięgał po pomoc grupy czarodziejów, do których najpewniej należała. Prócz tego, gdyby musiał zwrócić się do kogoś konkretnego ze środowiska, wybrałby raczej osobę godną zaufania. Od biedy zwróciłby się do swojego niedoszłego teścia a niegdyś wieloletniego pacjenta, choć nie rozmawiał z Gerardem Yaxleyem od czasu niedoszłego spotkania, na którym planował prosić o rękę córki łowcy.
Mimo to w przypadku skrajnej desperacji (nie pasowało mu to słowo) usiadłby z nim przy lokalnej księżycówce i odwrócił uwagę od tego, że już nie było go na radarze. Raczej nie dostałby po ryju, a nawet, jeśli to potem dalej byliby w stanie razem pić. Przekierowałby rozmowę na potrzebne tory. Tak. Ewentualnie właśnie tam by się udał. Nie tyle po rzeczowe wsparcie a po jakąś informację, gdzie mógłby uderzyć, żeby znaleźć odpowiedni kontakt.
Greengrass starannie ważył przysługi, które mu oferowano. Nie szastał swoimi usługami bez pomyślunku, bo zawsze było jakieś ryzyko, że dana osoba mogła nie mieć krzty honoru (bo brak powszechnie przyjętej moralności wynikał z przebywania w Little Hangleton). Wtedy mogłoby zrobić się nieprzyjemnie zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. W przypadku nowopoznanych osób, o których nic nie wiedział, wolał błyszczące galeony, ale jak to mówią: darowanemu testralowi nie zagląda się w zęby, bo jest niewidzialny (dla Ambroisa jak najbardziej był widzialny, na jego nieszczęście, bo miał głęboką awersję do parzystokopytnych).
- Przysługa za przysługę. Bez zbędnych pytań. Podobny stopień wkładu. Nie będę oczekiwać, że kogoś dla mnie zabijesz, ale odwdzięczysz mi się, kiedy będę tego potrzebować. Mamy jasność? - Nie potrzebował wielkich deklaracji, ale musiał usłyszeć to na głos, skinięcie głową nie miało mu wystarczyć - w takich przypadkach cenił wyłącznie dane słowo.
Obyczaje półświatka stare jak sam półświatek - czyż nie były skuteczne, skoro nadal się do nich odwoływano?
Potrzebował potwierdzenia. Później mogli szybko ponownie rozważyć wszystkie opcje, bo jeśli miał ją prowadzić do Munga to musiał szczególnie zadbać o zachowanie anonimowości. Bądź co bądź był przekonany, że przyjdzie mu ją leczyć. Niestety był oddziałowym ekspertem w dziedzinie zatruć takimi substancjami. Na pewno zostałby wezwany.
...naprawdę mu to zwisało. U Ambroisa pojęcie domu kilkukrotnie zmieniało się na przestrzeni jego dorosłego życia. Obecnie nie wiedział, co tak właściwie uznaje za swój dom. To nie był kompleks budynków w Dolinie Godryka włącznie z połaciami Kniei ani mieszkanie przy Pokątnej. Nie była to również nadmorska chatka w Whitby w Yorkshire, do której nigdy nie zbył swoich praw, ale nie chciał mieć żadnych roszczeń. Pod względem posiadanych nieruchomości stał znacznie stabilniej niż większość mu znanych czarodziejów. Zaleta wysokiego urodzenia, którą doceniał.
Zresztą z powodzeniem mógłby wejść w rolę dziedzica rodu i bawić się we właściciela ziemskiego, gdyby nie to, że nigdy nie interesowała go ta pozycja. Wymagała bycia na świeczniku i stałego zaangażowania w nudne, męczące sprawy zadufanej w sobie elity (ta, jakby on wcale nie był nadęty i butny). Jeżeli pod wieloma względami Roise był dumnym tradycjonalistą to w wypadku kwestii dziedziczenia sam postanowił odsunąć się na rzecz młodszej siostry. Przyrodniej, bo mieli inne matki - jego niesławna mamusia była z Mulciberów, matka Roselyn z Rowle'ów (gdyby wiedział, z kim mu przyszło rozmawiać pewnie byłoby to tym zabawniejsze).
Tak czy inaczej: dom nie był dla niego czterema ścianami. Nie tylko. Jednocześnie nie był też czymś bardziej metafizycznym. Nie był drugim człowiekiem. Już nie. Dach nad głową był schronieniem przed warunkami atmosferycznymi, dawał możliwość odpoczęcia od zewnętrznego świata, ale niestety nie od siebie samego. Pod tym kątem Ambroise nie miał domu. Tym bardziej, że nigdy nie kierował się w stronę wiary. Religia nie była dla niego podporą nawet w momentach, w których wielu skierowałoby się w tę stronę.
Oczywiście nie zamierzał się uzewnętrzniać. Nie robił tego przed kimkolwiek. Nawet przed najbliższymi. W rzeczywistości wzruszył ramionami, gotowy kulturalnie wyjaśnić:
- To może być hotel, motel, pensjonat - nawet pobliskie Little Hangleton miało kilka mniej albo bardziej dogodnych opcji w zależności od tego, czego potrzebowała, żeby się uspokoić, jakie warunki ją zadowalały i na co ją było...
...stać?
Miała garść galeonów. Głogowa gałązka z pewnością była wartościowa dla jakiejś sikorki albo innej wiewiórki. Na kieszonkowym zegarku mógłby sprawdzić, ile swojego cennego czasu stracił na tę czczą dyskusję a wiecznym piórem zapisać sobie na wnętrzu dłoni, że powinien jeszcze mniej interesować się przypadkowymi histerykami.
Nie była w stanie zaoferować mu godnej zapłaty za to zachowywała się tak, że w pewnej chwili kątem oka i nieznacznym obróceniem głowy w bok skontrolował linię drzew za plecami. On nic tam nie dostrzegał. Ona zdecydowanie wyglądała, jakby zobaczyła tam ducha. Jako widmowidz (dzięki, mamo) miał pewność, że żadnego tam nie było - przynajmniej takiego realnego, bo momentalnie wyczułby rozdarcie zasłony.
A więc powinien skłonić się przed nieszczęśniczką, kiwnąć głową na pożegnanie i stwierdzić...
...no...
...nie do zobaczenia; tym bardziej, że Las Wisielców zaczynał się dogodnie dwadzieścia metrów w prawo - tam za tymi dużymi krzakami i przestrzałem około piętnastu metrów łąki...
...nie miło było poznać (nie było)...
...nie żegnam ozięble, bo tak właściwie to w szaliku na twarzy zaczynało mu być gorąco...
...raczej coś...
...coś na pewno mógłby wymyślić na poczekaniu, gdyby nie postanowił być wyjątkowo pomocny. Nie tylko w poinformowaniu Panienki o nazwie rośliny, która robiła jej rozwodniony kisiel z mózgu. Nawet nie we wskazaniu dogodnego drzewa o mocnej gałęzi, na której mogłaby zawisnąć bez ryzyka, że ze swoim wzrostem i wagą tąpnie na ziemię i tylko połamie sobie kostki.
Powstrzymał westchnienie.
Niechętnie machnął ręką na jej pieniądze, bo nie był aż takim gnojem, żeby zdzierać z kogoś ostatnie knuty. To byłoby żałosne i żenujące. Szczególnie, że musiałby je przeliczyć jak jakiś goblin, składając knut do knuta, sykl do sykla, galeon do galeona. Z uwagi na to nie przyjmował drobnych. Prócz tego, jeśli teraz miała taki problem z finansami i znajdowała się w głęboko depresyjnym stanie to odebranie jej ostatnich pieniędzy wcale nie poprawiłoby sytuacji. Był oportunistą, nie człowiekiem skurwielem.
- Będziesz mi winna przysługę - stwierdził z ociąganiem, bo choć to była dla Ambroisa znacznie lepsza waluta od złota i kosztowności to powątpiewał w to, żeby miał kiedykolwiek wrócić odebrać swój dług.
Z uwagi na swoją przeszłość, raczej niechętnie sięgał po pomoc grupy czarodziejów, do których najpewniej należała. Prócz tego, gdyby musiał zwrócić się do kogoś konkretnego ze środowiska, wybrałby raczej osobę godną zaufania. Od biedy zwróciłby się do swojego niedoszłego teścia a niegdyś wieloletniego pacjenta, choć nie rozmawiał z Gerardem Yaxleyem od czasu niedoszłego spotkania, na którym planował prosić o rękę córki łowcy.
Mimo to w przypadku skrajnej desperacji (nie pasowało mu to słowo) usiadłby z nim przy lokalnej księżycówce i odwrócił uwagę od tego, że już nie było go na radarze. Raczej nie dostałby po ryju, a nawet, jeśli to potem dalej byliby w stanie razem pić. Przekierowałby rozmowę na potrzebne tory. Tak. Ewentualnie właśnie tam by się udał. Nie tyle po rzeczowe wsparcie a po jakąś informację, gdzie mógłby uderzyć, żeby znaleźć odpowiedni kontakt.
Greengrass starannie ważył przysługi, które mu oferowano. Nie szastał swoimi usługami bez pomyślunku, bo zawsze było jakieś ryzyko, że dana osoba mogła nie mieć krzty honoru (bo brak powszechnie przyjętej moralności wynikał z przebywania w Little Hangleton). Wtedy mogłoby zrobić się nieprzyjemnie zarówno dla jednej, jak i drugiej strony. W przypadku nowopoznanych osób, o których nic nie wiedział, wolał błyszczące galeony, ale jak to mówią: darowanemu testralowi nie zagląda się w zęby, bo jest niewidzialny (dla Ambroisa jak najbardziej był widzialny, na jego nieszczęście, bo miał głęboką awersję do parzystokopytnych).
- Przysługa za przysługę. Bez zbędnych pytań. Podobny stopień wkładu. Nie będę oczekiwać, że kogoś dla mnie zabijesz, ale odwdzięczysz mi się, kiedy będę tego potrzebować. Mamy jasność? - Nie potrzebował wielkich deklaracji, ale musiał usłyszeć to na głos, skinięcie głową nie miało mu wystarczyć - w takich przypadkach cenił wyłącznie dane słowo.
Obyczaje półświatka stare jak sam półświatek - czyż nie były skuteczne, skoro nadal się do nich odwoływano?
Potrzebował potwierdzenia. Później mogli szybko ponownie rozważyć wszystkie opcje, bo jeśli miał ją prowadzić do Munga to musiał szczególnie zadbać o zachowanie anonimowości. Bądź co bądź był przekonany, że przyjdzie mu ją leczyć. Niestety był oddziałowym ekspertem w dziedzinie zatruć takimi substancjami. Na pewno zostałby wezwany.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down