26.10.2024, 00:34 ✶
Nie powinien pozwolić jej na tak szybkie opuszczenie Lecznicy, karcił się w myślach, pośpiesznie wiążąc krawat przed lustrem w półmroku przedpokoju; z rozgrzebaną jajecznicą na talerzu i przewróconą filiżanką, z której kawa wylała się na krótki list niedbale nakreślony przez jedną z pielęgniarek. Mildred Moody wróciła i nie czuje się dobrze, brzmiała enigmatyczna wiadomość. Najpierw to pierdolone Windermere, teraz to. Podciągnął węzeł pod szyję i wygładził kołnierz, nie mogąc wyzbyć się wrażenia, że to nie krawat, lecz konopna lina.
Był wściekły. Nie na Millie, nie jej chorobę, ani leki, które najwidoczniej nie zadziałały w sposób, w jaki powinny. To był ten rodzaj bezsilnego gniewu skierowanego przeciwko samemu sobie, który rozbijał lustra i tłumił krzyk w poduszkę. Nie powinien pozwolić jej na wyfrunięcie z bezpiecznego gniazda, nie mając pewności, że ta mała przeklęta wrona jest gotowa na lot. Z drugiej jednak strony, nie mógł wyzbyć się wrażenia, że Moody marnieje pośród odrapanych ścian Lecznicy, jak jej wola życia gaśnie w zamknięciu.
Zdawało mu się, że stoi na rozdrożu. I że bez względu na to, którą ścieżką podąży, wybór zawsze będzie zły.
Zdziwiło go to, że tym razem nie było przy niej Alastora. Zazwyczaj to właśnie jemu przekazywał wszystkie informacje dotyczące jej stanu zdrowia, przebiegu leczenia i wszystkich swoich zaleceń, na wypadek, gdyby Millie o czymś zapomniała. Nie dało się jej kontrolować, a jednocześnie potrzebowała kontroli. Bertie Bott, znał jego nazwisko. Miał nawet jedno opakowanie tych jego fasolek w szufladzie swojego biurka - grał w smakową ruletkę na przerwach. Powiedzieli mu, że to jej przyjaciel. Patrzył na niego podejrzliwie, doszukując się chociażby najmniejszej oznaki, że nie ma wobec Moody dobrych zamiarów. A może dlatego, że nie do końca wierzył, że ktoś taki odwiedził Lecznicę Dusz, czego westchnienia pielęgniarek nie ułatwiały.
Nie był pewien, jak dziewczyna zareaguje na nową dawkę leków. Jej ciało się poddało, uległo otępiającemu działaniu silnego eliksiru i wkrótce zapadła w głęboki sen. Ale co działo się w jej głowie? Czy jej myśli również uległy słodkiemu odrętwieniu, czy może wciąż płynęły z wartością górskiego potoku, wzbierały w zbiorniku retencyjnym świadomości i gwałtownie przedzierały się przez zaporę rozsądku?
Nie przeszkadzał jej we śnie, ale też nie zostawił jej samej; od czasu do czasu stawał w otwartych drzwiach i zaglądał do środka, upewniając się, że wszystko w porządku, po czym wracał do swoich zajęć. Był pewien, że wkrótce Bertie mógł rozpoznać kiedy się zbliża po charakterystycznym sposobie, w jaki stawiał swoje kroki. Kolejny raz - jakby wiedziony przez jakąś tajemną siłę - zjawił się akurat w momencie, w którym jej sen został brutalnie
— Już dobrze, Millie — rzekł spokojnie, stojąc w progu sali. Potem ruszył w jej stronę powoli, skupiając się na jej aurze, jakby to w niej spodziewał się odnaleźć wszystkie odpowiedzi — Jesteś bezpieczna.
Davies. Nazwisko innej pacjentki zabrzmiało kłująco, jak rozstrojone pianino; był jak element puzzli z innego zestawu, który przypadkiem znalazł się w pudełku. Nie na miejscu, ale dający się logicznie wytłumaczyć.
Rzut na percepcję, odczytanie aury Millie
Był wściekły. Nie na Millie, nie jej chorobę, ani leki, które najwidoczniej nie zadziałały w sposób, w jaki powinny. To był ten rodzaj bezsilnego gniewu skierowanego przeciwko samemu sobie, który rozbijał lustra i tłumił krzyk w poduszkę. Nie powinien pozwolić jej na wyfrunięcie z bezpiecznego gniazda, nie mając pewności, że ta mała przeklęta wrona jest gotowa na lot. Z drugiej jednak strony, nie mógł wyzbyć się wrażenia, że Moody marnieje pośród odrapanych ścian Lecznicy, jak jej wola życia gaśnie w zamknięciu.
Zdawało mu się, że stoi na rozdrożu. I że bez względu na to, którą ścieżką podąży, wybór zawsze będzie zły.
Zdziwiło go to, że tym razem nie było przy niej Alastora. Zazwyczaj to właśnie jemu przekazywał wszystkie informacje dotyczące jej stanu zdrowia, przebiegu leczenia i wszystkich swoich zaleceń, na wypadek, gdyby Millie o czymś zapomniała. Nie dało się jej kontrolować, a jednocześnie potrzebowała kontroli. Bertie Bott, znał jego nazwisko. Miał nawet jedno opakowanie tych jego fasolek w szufladzie swojego biurka - grał w smakową ruletkę na przerwach. Powiedzieli mu, że to jej przyjaciel. Patrzył na niego podejrzliwie, doszukując się chociażby najmniejszej oznaki, że nie ma wobec Moody dobrych zamiarów. A może dlatego, że nie do końca wierzył, że ktoś taki odwiedził Lecznicę Dusz, czego westchnienia pielęgniarek nie ułatwiały.
Nie był pewien, jak dziewczyna zareaguje na nową dawkę leków. Jej ciało się poddało, uległo otępiającemu działaniu silnego eliksiru i wkrótce zapadła w głęboki sen. Ale co działo się w jej głowie? Czy jej myśli również uległy słodkiemu odrętwieniu, czy może wciąż płynęły z wartością górskiego potoku, wzbierały w zbiorniku retencyjnym świadomości i gwałtownie przedzierały się przez zaporę rozsądku?
Nie przeszkadzał jej we śnie, ale też nie zostawił jej samej; od czasu do czasu stawał w otwartych drzwiach i zaglądał do środka, upewniając się, że wszystko w porządku, po czym wracał do swoich zajęć. Był pewien, że wkrótce Bertie mógł rozpoznać kiedy się zbliża po charakterystycznym sposobie, w jaki stawiał swoje kroki. Kolejny raz - jakby wiedziony przez jakąś tajemną siłę - zjawił się akurat w momencie, w którym jej sen został brutalnie
— Już dobrze, Millie — rzekł spokojnie, stojąc w progu sali. Potem ruszył w jej stronę powoli, skupiając się na jej aurze, jakby to w niej spodziewał się odnaleźć wszystkie odpowiedzi — Jesteś bezpieczna.
Davies. Nazwisko innej pacjentki zabrzmiało kłująco, jak rozstrojone pianino; był jak element puzzli z innego zestawu, który przypadkiem znalazł się w pudełku. Nie na miejscu, ale dający się logicznie wytłumaczyć.
Rzut na percepcję, odczytanie aury Millie
Rzut PO 1d100 - 26
Akcja nieudana
Akcja nieudana
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)
if i can't find peace, give me a bitter glory