25.10.2024, 09:00 ✶
Agonalny, karykaturalny taniec otwierał zbyt wiele w jego duszy, te jedne, pilnie strzeżone drzwi ze wspomnieniami śmierci Edith. Chciała odejść, prosiła o to, jeśli minie tydzień, a ptasie ciało pozostanie ptasim, nie chcąc być więźniem w obcym, demonicznym ciele. Chciała odejść, ale gdy patrzył te dwie dekady temu na makabreskę pełną napięć i rozpaczliwej walki o ostatnie tchnienie, coś w nim pękło.
Nie odwrócił wzroku wtedy.
Dwie dekady temu... właściwie trzy. To był plan doskonały, zrodzony na dachu krukońskiej wieży, gwarantujący święty spokój opakowany doskonałą wymówką. Zrealizowany z pieczołowitością w każdym najdrobniejszym punkcie. Kobieta z dobrego domu, której nikt nie chciał ze względu na obawę przed przekazaniem dalej klątwy. Kobieta, która od lat była zaangażowana romantycznie w swoją "przyjaciółkę" i nie tylko nie przeszkadzałaby jej oziębłość małżonka w sprawach łóżkowych, czy też sypialnia na drugim końcu rezydencji - wręcz przeciwnie, byłoby to rozwiązanie przez nią preferowane. Kobieta, która była piękna, inteligentna, która była przyjaciółką w umowie cywilnej, w obietnicy, którą Anthony mógł bez trudu zrealizować.
Nie odwrócił wzroku i teraz.
Zmarnował pół roku ich życia wyjazdem. Zmarnował ostatnie lata, cietrzewiąc się wewnętrznie, unosząc dumą po tym jak powiedziała mu nie. Nie zerwali kontaktu, ale ich bliskość, została złamana tą odmową, której korzeni wciąż nie mógł zrozumieć, a ona nie chciała mu ich wytłumaczyć. Obwiniał się za to, szeroko rozwierając powieki, zapominając o oddechu, zaciskając na białym marmurze podstawy Śpiącego o palce, by nie okazać się zwierzęciem poddającym instynktowi odwrotu od tego co bolesne. Powinien patrzeć. Powinien zapamiętać to uczucie pustki, bezsilności i przerażenia, w obliczu czasu, który był i pozostawał najcenniejszą walutą.
A potem nagle miast ptasiego truchła ukazała mu się ona, wychudła, drżąca, skołowana.
Druga szansa przyobleczona w żałobny kir.
– Lorien... – wyszeptał, nim runął w jej stronę, doczołgał się i objął ją ciasno jak przed chwilą obejmował ją przecież tylko mniejszą i bardziej pierzastą. Jedną dłonią objął ciastno jej plecy, drugą zaplótł dookoła głowy i przycisnął do swojej klatki, do walącego wciąż w szoku i przerażeniu serca, które teraz bolało tym bardziej nadzieją i szczęściem, że to nie był ich ostatni raz. Że ostatnimi słowami, które wypowiedział do niej, było "do zobaczenia na śniadaniu" przed zamknięciem drzwi. Usta znalazły czubek głowy, docisnął się do niej, policzkiem barwionym czarnymi splątanymi włosami, lepiącymi się do twarzy mokrej od łez, kolejnych łez, których skład i kształt był odmienny. Ulga żywych, ulga tych, którzy mogli jeszcze zawalczyć o następny dzień i następny... i następny. Mimo piór, mimo bólu. Mimo beznadziei. W klepsydrze pojawiło się ciut więcej piasku. Ziaren umarłych gwiazd.
Nie odwrócił wzroku wtedy.
Dwie dekady temu... właściwie trzy. To był plan doskonały, zrodzony na dachu krukońskiej wieży, gwarantujący święty spokój opakowany doskonałą wymówką. Zrealizowany z pieczołowitością w każdym najdrobniejszym punkcie. Kobieta z dobrego domu, której nikt nie chciał ze względu na obawę przed przekazaniem dalej klątwy. Kobieta, która od lat była zaangażowana romantycznie w swoją "przyjaciółkę" i nie tylko nie przeszkadzałaby jej oziębłość małżonka w sprawach łóżkowych, czy też sypialnia na drugim końcu rezydencji - wręcz przeciwnie, byłoby to rozwiązanie przez nią preferowane. Kobieta, która była piękna, inteligentna, która była przyjaciółką w umowie cywilnej, w obietnicy, którą Anthony mógł bez trudu zrealizować.
Nie odwrócił wzroku i teraz.
Zmarnował pół roku ich życia wyjazdem. Zmarnował ostatnie lata, cietrzewiąc się wewnętrznie, unosząc dumą po tym jak powiedziała mu nie. Nie zerwali kontaktu, ale ich bliskość, została złamana tą odmową, której korzeni wciąż nie mógł zrozumieć, a ona nie chciała mu ich wytłumaczyć. Obwiniał się za to, szeroko rozwierając powieki, zapominając o oddechu, zaciskając na białym marmurze podstawy Śpiącego o palce, by nie okazać się zwierzęciem poddającym instynktowi odwrotu od tego co bolesne. Powinien patrzeć. Powinien zapamiętać to uczucie pustki, bezsilności i przerażenia, w obliczu czasu, który był i pozostawał najcenniejszą walutą.
A potem nagle miast ptasiego truchła ukazała mu się ona, wychudła, drżąca, skołowana.
Druga szansa przyobleczona w żałobny kir.
– Lorien... – wyszeptał, nim runął w jej stronę, doczołgał się i objął ją ciasno jak przed chwilą obejmował ją przecież tylko mniejszą i bardziej pierzastą. Jedną dłonią objął ciastno jej plecy, drugą zaplótł dookoła głowy i przycisnął do swojej klatki, do walącego wciąż w szoku i przerażeniu serca, które teraz bolało tym bardziej nadzieją i szczęściem, że to nie był ich ostatni raz. Że ostatnimi słowami, które wypowiedział do niej, było "do zobaczenia na śniadaniu" przed zamknięciem drzwi. Usta znalazły czubek głowy, docisnął się do niej, policzkiem barwionym czarnymi splątanymi włosami, lepiącymi się do twarzy mokrej od łez, kolejnych łez, których skład i kształt był odmienny. Ulga żywych, ulga tych, którzy mogli jeszcze zawalczyć o następny dzień i następny... i następny. Mimo piór, mimo bólu. Mimo beznadziei. W klepsydrze pojawiło się ciut więcej piasku. Ziaren umarłych gwiazd.