25.10.2024, 09:35 ✶
Nie miał problemu z jej zimnem. Trupim, nieprzyjemnym, wzdrygającym. Może dlatego, że we Francji miał do czynienia z hrabią, który oswajał zebranych takim stanem rzeczy. Może dlatego, że zdawał sobie sprawę jak bardzo ludzie obłożeni klątwą potrzebują normalności w swoim życiu. Nie udawania, że tego nie ma, ale po prostu - drugiego człowieka obok, który nie wgapia się w smoczą łuskę, nie punktuje obrastania futrem w okolicach pełni czy pióra więcej we włosach. Anthony miał pewną słabość do osób, które pomimo przeszkód losu wykazywały się hartem ducha i niezłomną wolą parcia do przodu. Łatwiej co prawda było mu zaakceptować klątwy niż mugolactwo, ale to nie był casus dla którego się spotkali.
Przyjął drobiazg czując ciężar wszelkich konotacji, które znajdowały się w środku. Przytulił symbol do serca, następnie symbolicznie go ucałował, na znak przyjęcia całej intencji, wchłonięcia jej, otulenia się kolejnym ochronnym płaszczem. Nie odłożył go. Pozostawił prezent w dłoni, czując nazbyt kierunek rozmowy implikowany przez niego, co być może Victoria uczyniła nieświadomie, nieintencjonalnie, ale bardzo, bardzo skutecznie.
Nalał herbaty i jej, a potem pozbył butelkę korku, aby trunek mógł oddychać. Napar był intensywny, esencjonalny i wściekle słodki, zgodnie z resztą z naturą picia go w pustyni. Anthony, mimo iście imperialistycznych zapędów, wolał ten sposób picia, niż angielskie zmiękczanie esencji mlekiem.
– Ja... żyję od miesiąca w okresie nadmiaru – przyznał po momencie zawahania, gdy zapytała go o "poruszenie", podając przy tym pięknie zdobioną, kryształową szklaneczkę z parującą herbatą. Choć to on prosił o opowieść, wychodziło na to, że miał sam zacząć. There is no time like present, a słowa przychodziły mu tak łatwo, mimo że dotyczyły stanu tak nowego w kontekście jego ponad czterdziestoletniego życia. – Miłość zapukała do moich drzwi Victorio. Miłość i śmierć. Nadzieja i rosnąca z każdym dniem bezradność. Uniesienie i bezsenność pełna utrapienia. Po miesiącach, nie! Po latach stagnacji i szarości, odkryłem nagle, że spokój, który był moim udziałem, to nie obrzeża wojny, a sam jej środek. Oko cyklonu. Gdybym miał Ci powiedzieć od czego się zaczęło, co było pierwszą kostką domina, okruchem śniegu osuwającego się alpejskiego szczuty na moment przed lawiną... nie wiem. Ale teraz... teraz moją głowę wypełnia tysiąc scenariuszy, tych najsroższych, najczarniejszych, a niemal każdą chwilę spędzam na rozpaczliwej próbie zaradzenia ich realizacji. – Westchnął ciężko choć błąkający się po twarzy uśmiech zdradzał, że ten stan podoba mu się bardziej niż marazm i bezruch.
– Miotam się. Szukam osadzania i spokoju. Szukam możliwości by złapać te rozrastające się jadowite nici w jednym punkcie, ścisnąć je mocno i odzyskać kontrolę nad sytuacją. Szukam miejsca, aby to zrobić. Ta podróż... – zmrużył oczy, przy tej nagle pozornej zmianie tematu. Jego kciuk wolno obrysowywał symbol Ankh, którego nie zamierzał wypuszczać. Który miał przyświecać ich rozmowie. – Czy ja dobrze zrozumiałem, że i Ty, podobnie do mnie, byłaś, jesteś zmuszana szukać rozwiązań na własną rękę, zamiast opierać się na ciężkim ministerialnym ramieniu, na jego biurokratycznych strukturach, które nie tylko działają wolno, ale też nieskutecznie?
Przyjął drobiazg czując ciężar wszelkich konotacji, które znajdowały się w środku. Przytulił symbol do serca, następnie symbolicznie go ucałował, na znak przyjęcia całej intencji, wchłonięcia jej, otulenia się kolejnym ochronnym płaszczem. Nie odłożył go. Pozostawił prezent w dłoni, czując nazbyt kierunek rozmowy implikowany przez niego, co być może Victoria uczyniła nieświadomie, nieintencjonalnie, ale bardzo, bardzo skutecznie.
Nalał herbaty i jej, a potem pozbył butelkę korku, aby trunek mógł oddychać. Napar był intensywny, esencjonalny i wściekle słodki, zgodnie z resztą z naturą picia go w pustyni. Anthony, mimo iście imperialistycznych zapędów, wolał ten sposób picia, niż angielskie zmiękczanie esencji mlekiem.
– Ja... żyję od miesiąca w okresie nadmiaru – przyznał po momencie zawahania, gdy zapytała go o "poruszenie", podając przy tym pięknie zdobioną, kryształową szklaneczkę z parującą herbatą. Choć to on prosił o opowieść, wychodziło na to, że miał sam zacząć. There is no time like present, a słowa przychodziły mu tak łatwo, mimo że dotyczyły stanu tak nowego w kontekście jego ponad czterdziestoletniego życia. – Miłość zapukała do moich drzwi Victorio. Miłość i śmierć. Nadzieja i rosnąca z każdym dniem bezradność. Uniesienie i bezsenność pełna utrapienia. Po miesiącach, nie! Po latach stagnacji i szarości, odkryłem nagle, że spokój, który był moim udziałem, to nie obrzeża wojny, a sam jej środek. Oko cyklonu. Gdybym miał Ci powiedzieć od czego się zaczęło, co było pierwszą kostką domina, okruchem śniegu osuwającego się alpejskiego szczuty na moment przed lawiną... nie wiem. Ale teraz... teraz moją głowę wypełnia tysiąc scenariuszy, tych najsroższych, najczarniejszych, a niemal każdą chwilę spędzam na rozpaczliwej próbie zaradzenia ich realizacji. – Westchnął ciężko choć błąkający się po twarzy uśmiech zdradzał, że ten stan podoba mu się bardziej niż marazm i bezruch.
– Miotam się. Szukam osadzania i spokoju. Szukam możliwości by złapać te rozrastające się jadowite nici w jednym punkcie, ścisnąć je mocno i odzyskać kontrolę nad sytuacją. Szukam miejsca, aby to zrobić. Ta podróż... – zmrużył oczy, przy tej nagle pozornej zmianie tematu. Jego kciuk wolno obrysowywał symbol Ankh, którego nie zamierzał wypuszczać. Który miał przyświecać ich rozmowie. – Czy ja dobrze zrozumiałem, że i Ty, podobnie do mnie, byłaś, jesteś zmuszana szukać rozwiązań na własną rękę, zamiast opierać się na ciężkim ministerialnym ramieniu, na jego biurokratycznych strukturach, które nie tylko działają wolno, ale też nieskutecznie?