25.10.2024, 12:36 ✶
Z Eden i Elą -> potem kieruje się za Lorraine do namiotu artystów.
Nigdy wcześniej Fortinibras Malfoy nie był tak podobny do swojego młodszego brata i to wystarczyło, by Baldwin poczuł jak strach zaciska się na jego szyi niczym stryczek. Powoli i nieubłaganie dopuszczając do zmęczonego pozerstwem umysłu inną emocję, tę dużo bardziej niebezpieczną - ekscytację.
Choć fizycznie nadal tkwił w miejscu, mentalnie był daleko - otoczony znajomym sobie zapachem katakumb, gdzie ciemność wpatrywała się w ciebie równie intensywnie co ty w nią.
Czy tak błyszczały oczy mitycznego Orfeusza, gdy wreszcie spojrzał w twarz swojej umiłowanej Eurydyki, wiedząc, że ta wręcz animalistyczna rządza potępi na wieczność jej duszę?
Nie dbał o to. Nie dbał, że mężczyzna ruszył potem w stronę Ministry Magii.
Wiedziony chorobliwą ciekawością i butą, odwrócił się by spojrzeć na to coś. Albo… kogoś.
Rzut na percepcję (II) - czy zobaczy co tak podnieciło zaintrygowało Fortiego:
Rzut N 1d100 - 45
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Bez względu na to czy cokolwiek zobaczył, kątem oka uchwycił coś o wiele ważniejszego. Oczy Lorraine przypominały dwie tafle szkła. Do tego momentu - nie słuchał kompletnie czarownicy, zbyt mocno skupiony na starym Malfoy’u. Może niesłusznie. Może popełnił kolejny błąd tego wieczoru.
Łzy w jej oczach łamały mu serce, a fakt, że zwyczajnie nie rozumiał co mogło je wywołać tylko pogarszał całą sytuację. Zdążył już “zapomnieć”, że z braku laku trzymał ten laur w ręce. Planował go i tak tej samej nocy złożyć u stóp Lorrienowego ojca.
A potem stała się jeszcze gorsza rzecz niż skrywana przed światem skroplona dusza. Lorraine zaczęła się powoli wycofywać. Spuściła wzrok, a on musiał powstrzymać się, by nie szarpnąć ją za podbródek. Zmusić swoją pariasową panienkę do uniesienia głowy. Złapać za dłonie mnące i rozprostowujące nieco zbyt luźną suknię. Tylko z bliska wprawne oko dostrzegło i tak potrzebne krawieckie poprawki na delikatnym materiale stroju, który miał już swoją pierwszą młodość za sobą.
A potem powiedziała coś o różdżce, która bezpiecznie tkwiła w wewnętrznej kieszeni jego szaty, namiocie artystów i… już wiedział. Uciekała.
Jesteś królową bez ziemi. Nie chowaj się przede mną.- Byłoby bardzo głębokim rozważaniem umysłu i przez sekundę nawet pozwolił jej odejść.
Chuja takiego.- Stwierdził sam do siebie, całkiem zresztą zadowolony z elokwentnej myśli.
- Przepraszam. Przepraszam.- Rzucił tylko nerwowo, kłaniając się pośpiesznie i kuzynce i jej matce. Nie czekając na odpowiedź, natychmiast ruszył żywym krokiem za Lorraine.
Dogonienie dziewczyny nie było specjalnie trudne.
- Lorraine zaczekaj… Proszę cię, zaczekaj… Delilah!- Ostatnie słowo zostało rzucone ostrzejszym, bardziej stanowczym tonem. Ostrzeżenie. Prośba. Obietnica. Złapał czarownicę za nadgarstek, starając się ją powstrzymać przed wejściem do namiotu artystów.
- Nie sprzedałem go.- Nie potrafił jej wytłumaczyć co zadziało się na wernisażu. Oddanie obrazu stało się zwykłym impulsem, gdy jego muza - ciałem i duchem - była obecna. Chciał… tak wiele. Zrobić na złość Desmondowi. Odegrać się za naszyjnik. Zawiesić portret w sypialni Severine, by ta modliła się przed obliczem Calanthe każdego wieczora aż prawda i fikcja staną się lepką breją.
Jeśli mu na to pozwoliła, uniósł powoli jej dłoń do ust, składając krótki pocałunek na jej wewnętrznej stronie. Dokładnie w miejscu, gdzie jego własną rękę szpeciła długa blizna po Incydencie z czerwca.
- Mów do mnie.- Poprosił wręcz błagalnie.