25.10.2024, 15:14 ✶
Drzwi uchyliły się po chwili: stał przy nich skrzat Joker, wyraźnie zaspany i wyrwany ze snu, odziany w strój z poszewki, czysty, ale w tej chwili wymięty, pewnie dlatego, że spał w swoim łóżeczku. Zmierzył Geraldine mało przychylnym spojrzeniem, nie kazał się jej jednak wynosić – zapewne przywykł, że jest parę osób, które stawały czasem na progu kamienicy Bulstrodów o dziwnych porach dnia i nocy, a państwo i tak ich przyjmowali. Byli to przede wszystkim krewni, ale znalazłoby się też paru przyjaciół Percivala, Atreusa albo dwóch Florence. Geraldine była jedną z tych osób i zazwyczaj jej pojawienie się oznaczało, że przyszła do Florence. Nie pytał nawet kogo zawołać, tylko wpuścił ją do środka i znikł z cichym trzaskiem, aby zapukać na piętrze do pokoju Florence.
Geraldine miała tyle szczęścia, że uzdrowicielka tego dnia nie miała nocnego dyżuru. Chwilę później pojawiła się na schodach, w szlafroku, z włosami związanymi w luźny warkocz – wymykały się z niego luźne kosmyki, co byłoby dla Florence niedopuszczalne w innych okolicznościach niż gdy ktoś wyrwał ją ze snu. Przez ramię kobieta przerzuciła sobie torbę z podstawowym wyposażeniem medyka, bo takie nocne pobudki zazwyczaj oznaczały, że któryś z jej krewnych, Geraldine albo Patrick potrzebowali pomocy medycznej. W dłoni trzymała różdżkę: słaby blask zaklęcia rozświetlał pogrążone w mroku pomieszczenie. W domu panowała cisza – pozostałych domowników nie było albo spali w swoich pokojach.
Przystanęła przed Geraldine, zmierzywszy ją spojrzeniem od stóp do głów, szukając śladów po krwi, nieudanej transmutacji albo kończyn sterczących w inne strony niż powinny. Wyczuła zapach alkohol, i odrzuciła możliwość ran doznanych podczas polowania – jakaś barowa bójka albo przygoda na Nokturnie?
– Gdzie jesteś ranna? – spytała rzeczowo, odruchowo ściszając głos, chociaż wątpiła, by ktoś w swojej sypialni mógł usłyszeć głosy dobiegające z dołu. Zmrużyła lekko powieki, nagle podejrzliwa, gdy dostrzegła zaczerwienione oczy Geraldine: biorąc pod uwagę, że ta nie płakała, kiedy błotoryj uszkodził jej kilka żeber, musiało być bardzo, bardzo źle.
Geraldine miała tyle szczęścia, że uzdrowicielka tego dnia nie miała nocnego dyżuru. Chwilę później pojawiła się na schodach, w szlafroku, z włosami związanymi w luźny warkocz – wymykały się z niego luźne kosmyki, co byłoby dla Florence niedopuszczalne w innych okolicznościach niż gdy ktoś wyrwał ją ze snu. Przez ramię kobieta przerzuciła sobie torbę z podstawowym wyposażeniem medyka, bo takie nocne pobudki zazwyczaj oznaczały, że któryś z jej krewnych, Geraldine albo Patrick potrzebowali pomocy medycznej. W dłoni trzymała różdżkę: słaby blask zaklęcia rozświetlał pogrążone w mroku pomieszczenie. W domu panowała cisza – pozostałych domowników nie było albo spali w swoich pokojach.
Przystanęła przed Geraldine, zmierzywszy ją spojrzeniem od stóp do głów, szukając śladów po krwi, nieudanej transmutacji albo kończyn sterczących w inne strony niż powinny. Wyczuła zapach alkohol, i odrzuciła możliwość ran doznanych podczas polowania – jakaś barowa bójka albo przygoda na Nokturnie?
– Gdzie jesteś ranna? – spytała rzeczowo, odruchowo ściszając głos, chociaż wątpiła, by ktoś w swojej sypialni mógł usłyszeć głosy dobiegające z dołu. Zmrużyła lekko powieki, nagle podejrzliwa, gdy dostrzegła zaczerwienione oczy Geraldine: biorąc pod uwagę, że ta nie płakała, kiedy błotoryj uszkodził jej kilka żeber, musiało być bardzo, bardzo źle.