25.10.2024, 15:50 ✶
Czasy stawały się coraz bardziej trudne nie tylko dla ludzi, którzy całymi sobą starali się zaangażować w narastający konflikt. Gdyby chodziło wyłącznie o jedną bądź drugą aktywną stronę konfliktu, prawdopodobnie w dalszym ciągu mieliby problem, ale nie taką skalę.
Do Munga w dalszym ciągu trafiałyby ofiary ataków popleczników Lorda Voldemorta. Raczej nie często ci, którzy wyznawali go z niemalże religijnym fanatyzmem, choć tych również spotykał na swojej drodze z uwagi na profesję. Prawdopodobnie częściej niż zakładał, bo większość kryła się przed niepożądanymi oczami a on nie zadawał zbyt wiele pytań, gdy świadczył usługi medyczne poza szpitalem.
Wolał nie wnikać w to, w jaki sposób powstały obrażenia i jak dokładnie do nich doszło, gdy wiedział, że usłyszałby coś pokroju garnka z wrzącą wodą potrąconego łokciem. Wolał leczyć, domykać sprawę jak najszybciej i nie przytakiwać, że tak, to na pewno ten kociołek wywołał rozległe popatrzenia na twarzy podejrzanie wyglądającego czarodzieja - amatora gotowania w przykucu.
Zajmowanie się rannymi mugolakami chwilę po tym jak byli świadkami śmierci swoich bliskich a następnie wychodzenie z dyżuru i opatrywanie tych, którzy dopiero co zdążyli zmyć z siebie krew tamtych pierwszych czarodziejów było wątpliwe nie tylko moralnie, ale prawdopodobnie na każdej płaszczyźnie. Gdyby nie to, że Ambroise od wielu lat miewał do czynienia z różnymi typami, prawdopodobnie mógłby w którymś momencie poczuć się źle z tym, co robi. Wyrzuty sumienia mogły zniszczyć człowieka w mgnieniu oka.
Nie miał ich. Rzecz jasna dostrzegał złożoność sytuacji i to, że w jego uczynkach nie było tego bohaterskiego elementu przyczyniającego się do niesienia pomocy słabszym i uciemiężonym. Natomiast nie mógł nagle wycofać się z czegoś, z czego był znany w szarej strefie. Na tej samej zasadzie nie mógł odmówić świadczenia usług komuś, kto płacił, więc oczekiwał. Tym bardziej nie zamierzał bawić się w zbawcę kogokolwiek i przykładać ręki do, dajmy na to, trucia popleczników Czarnego Pana zamiast podawać im eliksiry szybko stawiające ich na nogi.
Myślał o tym. Widział elementy mogące przyprawić kogoś innego o rozgoryczenie, ale on nie był takim typem osoby. Wybierał teorię, wedle której bilans wychodził na zero. Nie był ani po jednej, ani po drugiej stronie. Prawdopodobnie dzięki sprawnemu przeniesieniu się do Whitby i spędzaniu tam większości czasu udawało im się zachowywać neutralność.
Nikt nie był jeszcze tak pochopny albo zdesperowany, żeby złapać go pośrodku korytarza albo w tłumie i zażądać opowiedzenia się za jedną lub drugą grupą. Gdy świadczył prywatną praktykę również nie wyciągano do niego ręki na tyle otwarcie, żeby nie mógł udawać, że nie rozumie dyskretnych nacisków.
Należałoby, żeby ci, którzy nazywali się Śmierciożercami przyznali, że garnek z wrzątkiem nie był garnkiem a zaklęciem rzuconym przez niedoszłą (choć może zabitą) ofiarę. Do tej pory żaden nie zrobił tego otwarcie.
Greengrass balansował na cienkiej linie jak artysta cyrkowy od Bellów. Starał się nie bujać zbyt mocno i jak najszybciej stawać na niewielkich podestach przyklejonych do drewnianych słupów, między którymi ktoś wbrew jego woli zawiesił sznur.
Wracał do bezpiecznego domu, nie podejmował zbytecznego ryzyka, stronił od sytuacji, w których koszty mogły być niewspółmiernie wysokie w stosunku do ryzyka. Nie zawsze mógł uniknąć angażu, ale starał się dotrzymywać danego słowa i zawsze wracać do domu w pierwszej możliwej chwili.
Niestety nie mógł zaszyć się na stałe w Piaskownicy. Zresztą nie zrobiłby tego nawet w tej sytuacji. Nie był tchórzem. Nie miał zamiaru zachowywać się jak spłoszony szczur, szczególnie że z Geraldine byli członkami uprzywilejowanej części społeczeństwa. Nawet, jeżeli w tym momencie miało to lekko gorzki posmak.
Mimo to nie zamierzał schylać głowy i zniżać podbródka. Pewnym krokiem pojawiał się na kolejnych dyżurach. Równie bezsprzecznie zdecydowanie zachowywał się we wszystkich innych miejscach i okolicznościach. Także takich jak tego dnia - zdecydowanie odbiegających od szpitalnej chaotycznej rzeczywistości. To był zupełnie inny wymiar zamętu.
Wyjście w teren było znacznie bardziej niebezpieczne. Szczególnie w obstawie dwóch Brygadzistów, z których obecnością czuł się znacznie mniej bezpiecznie, bo musiał pilnować się, żeby nie zrobić przy nich czegoś, co nie byłoby w charakterze opanowanego uzdrowiciela niosącego pomoc. No i była także kula u nogi w postaci przestraszonego młodego uzdrowiciela z łapanki z innego oddziału.
Ira wyglądał, jakby w każdej chwili mógł jednocześnie porzygać się, popuścić, zemdleć i przy okazji zrobić komuś krzywdę podczas niekontrolowanego upadania. Głupi i Głupszy (Gregory i Gracjan) naoglądali się mugolskich filmów o gangsterach, cały czas bujali się na nogach, wozili się już w Mungu, mieli przerost formy nad treścią opuszczającą ich usta.
Kurwa, Ambroise miał wrażenie, że jest jedynym głosem rozsądku w grupie a przy tym blokują go okoliczności, w których został wezwany w teren do ofiar potencjalnego kolejnego ataku. Na dodatek w Dolinie Godryka, co momentalnie spowodowało w nim bardzo złe wrażenie.
Słuszne, bo na miejscu zastali sytuację wymagającą angażu dwóch innych grup o zbliżonym składzie. Zarówno magimedyków jak i znaczenie większej ilości ekip interwencyjnych, które całe szczęście były w drodze. Byli zbyt wcześnie, żeby wycyrklować w ten sam moment, lecz na tyle późno, żeby nie móc pomóc części przypadków. Dwa domy płonęły tak bardzo, że miały spłonąć doszczętnie zanim ktokolwiek je ugasi. Trzeci właśnie zaczynał się palić. Ktoś wrzeszczał... ...wiele różnych osób, przeciekających się w popłochu między grupami ratunkowymi.
Nie było czasu na przygotowanie. Wraz z Irą ruszyli w kierunku grupy ludzi wyglądających na wymagających natychmiastowej interwencji, kiedy z okien w pobliskim domu posypał się grad szkła. Coś wybuchło, ktoś wystrzelił zaklęciem, Gregory albo Gracjan odpowiedzieli kontrą. Błyskawicznie zaczęło robić się gorąco. Nie tylko od ognia.
Do Munga w dalszym ciągu trafiałyby ofiary ataków popleczników Lorda Voldemorta. Raczej nie często ci, którzy wyznawali go z niemalże religijnym fanatyzmem, choć tych również spotykał na swojej drodze z uwagi na profesję. Prawdopodobnie częściej niż zakładał, bo większość kryła się przed niepożądanymi oczami a on nie zadawał zbyt wiele pytań, gdy świadczył usługi medyczne poza szpitalem.
Wolał nie wnikać w to, w jaki sposób powstały obrażenia i jak dokładnie do nich doszło, gdy wiedział, że usłyszałby coś pokroju garnka z wrzącą wodą potrąconego łokciem. Wolał leczyć, domykać sprawę jak najszybciej i nie przytakiwać, że tak, to na pewno ten kociołek wywołał rozległe popatrzenia na twarzy podejrzanie wyglądającego czarodzieja - amatora gotowania w przykucu.
Zajmowanie się rannymi mugolakami chwilę po tym jak byli świadkami śmierci swoich bliskich a następnie wychodzenie z dyżuru i opatrywanie tych, którzy dopiero co zdążyli zmyć z siebie krew tamtych pierwszych czarodziejów było wątpliwe nie tylko moralnie, ale prawdopodobnie na każdej płaszczyźnie. Gdyby nie to, że Ambroise od wielu lat miewał do czynienia z różnymi typami, prawdopodobnie mógłby w którymś momencie poczuć się źle z tym, co robi. Wyrzuty sumienia mogły zniszczyć człowieka w mgnieniu oka.
Nie miał ich. Rzecz jasna dostrzegał złożoność sytuacji i to, że w jego uczynkach nie było tego bohaterskiego elementu przyczyniającego się do niesienia pomocy słabszym i uciemiężonym. Natomiast nie mógł nagle wycofać się z czegoś, z czego był znany w szarej strefie. Na tej samej zasadzie nie mógł odmówić świadczenia usług komuś, kto płacił, więc oczekiwał. Tym bardziej nie zamierzał bawić się w zbawcę kogokolwiek i przykładać ręki do, dajmy na to, trucia popleczników Czarnego Pana zamiast podawać im eliksiry szybko stawiające ich na nogi.
Myślał o tym. Widział elementy mogące przyprawić kogoś innego o rozgoryczenie, ale on nie był takim typem osoby. Wybierał teorię, wedle której bilans wychodził na zero. Nie był ani po jednej, ani po drugiej stronie. Prawdopodobnie dzięki sprawnemu przeniesieniu się do Whitby i spędzaniu tam większości czasu udawało im się zachowywać neutralność.
Nikt nie był jeszcze tak pochopny albo zdesperowany, żeby złapać go pośrodku korytarza albo w tłumie i zażądać opowiedzenia się za jedną lub drugą grupą. Gdy świadczył prywatną praktykę również nie wyciągano do niego ręki na tyle otwarcie, żeby nie mógł udawać, że nie rozumie dyskretnych nacisków.
Należałoby, żeby ci, którzy nazywali się Śmierciożercami przyznali, że garnek z wrzątkiem nie był garnkiem a zaklęciem rzuconym przez niedoszłą (choć może zabitą) ofiarę. Do tej pory żaden nie zrobił tego otwarcie.
Greengrass balansował na cienkiej linie jak artysta cyrkowy od Bellów. Starał się nie bujać zbyt mocno i jak najszybciej stawać na niewielkich podestach przyklejonych do drewnianych słupów, między którymi ktoś wbrew jego woli zawiesił sznur.
Wracał do bezpiecznego domu, nie podejmował zbytecznego ryzyka, stronił od sytuacji, w których koszty mogły być niewspółmiernie wysokie w stosunku do ryzyka. Nie zawsze mógł uniknąć angażu, ale starał się dotrzymywać danego słowa i zawsze wracać do domu w pierwszej możliwej chwili.
Niestety nie mógł zaszyć się na stałe w Piaskownicy. Zresztą nie zrobiłby tego nawet w tej sytuacji. Nie był tchórzem. Nie miał zamiaru zachowywać się jak spłoszony szczur, szczególnie że z Geraldine byli członkami uprzywilejowanej części społeczeństwa. Nawet, jeżeli w tym momencie miało to lekko gorzki posmak.
Mimo to nie zamierzał schylać głowy i zniżać podbródka. Pewnym krokiem pojawiał się na kolejnych dyżurach. Równie bezsprzecznie zdecydowanie zachowywał się we wszystkich innych miejscach i okolicznościach. Także takich jak tego dnia - zdecydowanie odbiegających od szpitalnej chaotycznej rzeczywistości. To był zupełnie inny wymiar zamętu.
Wyjście w teren było znacznie bardziej niebezpieczne. Szczególnie w obstawie dwóch Brygadzistów, z których obecnością czuł się znacznie mniej bezpiecznie, bo musiał pilnować się, żeby nie zrobić przy nich czegoś, co nie byłoby w charakterze opanowanego uzdrowiciela niosącego pomoc. No i była także kula u nogi w postaci przestraszonego młodego uzdrowiciela z łapanki z innego oddziału.
Ira wyglądał, jakby w każdej chwili mógł jednocześnie porzygać się, popuścić, zemdleć i przy okazji zrobić komuś krzywdę podczas niekontrolowanego upadania. Głupi i Głupszy (Gregory i Gracjan) naoglądali się mugolskich filmów o gangsterach, cały czas bujali się na nogach, wozili się już w Mungu, mieli przerost formy nad treścią opuszczającą ich usta.
Kurwa, Ambroise miał wrażenie, że jest jedynym głosem rozsądku w grupie a przy tym blokują go okoliczności, w których został wezwany w teren do ofiar potencjalnego kolejnego ataku. Na dodatek w Dolinie Godryka, co momentalnie spowodowało w nim bardzo złe wrażenie.
Słuszne, bo na miejscu zastali sytuację wymagającą angażu dwóch innych grup o zbliżonym składzie. Zarówno magimedyków jak i znaczenie większej ilości ekip interwencyjnych, które całe szczęście były w drodze. Byli zbyt wcześnie, żeby wycyrklować w ten sam moment, lecz na tyle późno, żeby nie móc pomóc części przypadków. Dwa domy płonęły tak bardzo, że miały spłonąć doszczętnie zanim ktokolwiek je ugasi. Trzeci właśnie zaczynał się palić. Ktoś wrzeszczał... ...wiele różnych osób, przeciekających się w popłochu między grupami ratunkowymi.
Nie było czasu na przygotowanie. Wraz z Irą ruszyli w kierunku grupy ludzi wyglądających na wymagających natychmiastowej interwencji, kiedy z okien w pobliskim domu posypał się grad szkła. Coś wybuchło, ktoś wystrzelił zaklęciem, Gregory albo Gracjan odpowiedzieli kontrą. Błyskawicznie zaczęło robić się gorąco. Nie tylko od ognia.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down