25.10.2024, 18:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.10.2024, 01:13 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Zobowiązanie. Świadczenie. Usługę, jeśli posłużyć się bardziej przystępnym językiem - w głosie Greengrassa nie dało się wyczuć nic ponad oschłą neutralność, ale jego słowa w połączeniu z uniesionymi brwiami i spojrzeniem spod kaptura mogły świadczyć o postępującym braku cierpliwości wobec nowej znajomej.
W rzeczy samej - właśnie tak było. Obecnie podchodził do spraw z dużo bardziej wyrachowaną, przekalkulowaną precyzją. Chciał załatwić zbiór pyłku i móc go przerobić jeszcze tego samego wieczoru, więc nagła zmiana planów nie spotkała się z wewnętrznym entuzjazmem. Przywykł, co prawda, do konieczności modyfikowania zamiarów w zależności od tego, co spotykało go w drodze do ich wypełnienia.
Szczególnie teraz, gdy czarodziejska wojna już nie pukała do drzwi tylko wdarła się razem z nimi do środka. Tak właściwie to, gdyby był bardziej wyrozumiały to zapewne byłby w stanie dopytać, czy brak domu wynikał właśnie z czegoś, co ostatnio coraz częściej miało miejsce. Ataków popleczników Czarnego Pana, wypędzania mugolaków z magicznych siedlisk, coraz ostrzejszego łypania na ludzi półkrwi.
Oczywiście nie planował w to wnikać. Prawdopodobnie pogorszyłby sprawę, bo nie uważał się za wprawionego pocieszyciela. Nawet w stosunku do bliskich, co dopiero do obcych. Brakowało mu wrodzonej empatii. W Mungu ją mimikował, wymuszał na sobie, szczególnie ostatnio. Prócz tego był ze wszech miar dyskretny, umiał zachować się poprawnie, właściwie, jednakże nie w miejscu takim jak to. Tu należało być czujnym, zdecydowanym, twardym.
- Darmowe zlecenie wykonane bez zbędnych pytań w razie potrzeby - użył tak łowczego języka jak tylko mógł, bo choć kobieta wyglądała na taką, która mogła zrozumieć podstawowe wcześniej wymienione przez niego pojęcia to teraz wyglądało, że musi być znacznie bardziej łopatologiczny.
Nie to, żeby miał z tym jakiś znaczny problem. Nie miał kłopotu z wysławianiem się. Jedyne trudności przynosiło mu mówienie o własnych głębszych uczuciach. Niechętnie formułował wypowiedzi na temat tego, jak się czuje, jeśli nie chodziło o te podstawowe emocje takie jak wściekłość, irytacja, rozdrażnienie, obojętność ani o jego stan fizyczny (choć tu jak typowy uzdrowiciel miewał tendencję do bagatelizowania swojego zdrowia; magimedycy zwykli być albo hipochondrykami, albo mieć przekonanie o swojej niezniszczalności - Roise należał do tej drugiej grupy).
Mógł mówić pięknie, używać długich i pustych, ale czarujących frazesów. Na tej samej zasadzie skłaniał się ku suchym faktom, konkretom i uproszczeniom, gdy widział, że ktoś ma problem ze zrozumieniem. Naturalnie założył, że w obecnym stanie psychicznym kobieta miała docenić przechodzenie do rzeczy. Zachował dla siebie spostrzeżenie, że nie do końca wierzył w to, żeby na trzeźwo była w stanie zrozumieć wiele więcej niż w narastającej paranoi.
Był skłonny wydawać bardzo szybkie osądy, ale nie robił problemów z ich zmianą, jeśli nadarzyła się okazja do zweryfikowania błędnego pierwszego wrażenia. W tym konkretnym przypadku patrzył na nieznajomą również przez pryzmat własnych doświadczeń z ludźmi, do których ją przypisał. To zdecydowanie nie ociepliło jego stosunku do rozmówczyni. Wręcz przeciwnie.
Mimo to, skoro udało im się osiągnąć w miarę korzystne dla obu stron porozumienie (to było zdecydowane nadużycie słowa korzystne, ale no cóż) to nie miał zamiaru wycofywać oferty. Dotrzymywał danego słowa. Nie zwykł odzywać się wtedy, kiedy miałby je zaraz złamać. Nie rzucał ich na wiatr. Nawet w przypadku, w którym miał podstawy wątpić w to, że druga strona zachowa się zgodnie z układem.
Była niepoczytalna. Mogła próbować migać się od wypełnienia swojej części układu, gdy wróci do pełni sił psychicznych. Mimo to planował dać jej szansę. Łowcy przygód bywali słowni. Nie wszyscy, ale znajdowała się wśród nich grupa osób, które Roise cenił za etykę zawodu (tak, nawet jeśli nieetycznie polowali na zwierzynę, przemycali przedmioty, kradli i robili burdy; nikt nie jest idealny, nie?).
- Nie zostaniesz - skwitował bez zbędnych zapewnień, że wszystko będzie dobrze. - To znaczy, że mamy układ, droga...? - Potrzebował wiedzieć jak ma się do niej zwracać.
To mogło być cokolwiek. Nie oczekiwał od kobiety podania pełnego imienia i nazwiska. Szczególnie w takim miejscu jak okolice Little Hangleton, gdzie ludzie byli słusznie nieufni wobec siebie.
Odczekał znaczącą chwilę, żeby dać jej możliwość wyboru: będzie dziś Mary? Ann? Mary-Ann? Sue? Kate? Celine? Mógł sam sobie coś wybrać na konieczność nawiązania kontaktu. Najbardziej naturalne w tym wypadku byłoby, żeby była z nim szczera, bo wtedy łatwiej mógłby przemówić do jej wnętrza i trochę uspokoić atak paniki, ale nie wymagał pełnej szczerości.
- Bertrand - kiwnął głową, samemu będąc względnie szczerym - no, do pewnego stopnia, bo w tym wypadku nie wymyślał a jedynie wygodnie pomijał swoje pierwsze imię na rzecz drugiego.
Dzięki temu miał pewną anonimowość ale mógł zareagować na nazwanie go w ten sposób. No i nie zapominał jak przedstawił się konkretnej osobie. W razie późniejszego spotkania również nie było problemów z tym, żeby spokojnie stwierdzić, że nikt nie bronił zamiennego posługiwania się imionami. Na tej samej zasadzie w niektórych środowiskach był bardziej Mulciberem niż Greengrassem, bo to przynosiło dodatkowe korzyści.
Obdarzył kobietę badawczym, przeszywającym na wskroś spojrzeniem. Bez dwóch zdań dało się stwierdzić, że oceniał sytuację. Nie tylko pod kątem dostania kosą pod żebra. Również w pełni w wyniku troski (mocne słowo, ale mieli układ) zanim nie przysunął się bliżej. Ostrożnie, czujnie, ale wyciągnął ku niej ramię. Drugą rękę trzymał pod połami płaszcza w okolicach różdżki. Dyskretnie, jednak zdecydowanie mógłby po nią sięgnąć w razie potrzeby.
- W tym stanie prawdopodobieństwo udanej teleportacji spada z chwili na chwilę - odezwał się raczej z konieczności niżeli z przekonania, że powinna to wiedzieć i podjąć świadomą decyzję czy jest w stanie zaryzykować. - Możesz się rozszczepić. Mung to jednak nie najlepszy pomysł - zawyrokował i choć nie miała powodów, żeby ufać jego osądowi to jednocześnie nie miała również podstaw, aby mu nie ufać.
No. Poza tymi dwoma: wyglądem i wrażeniem, jakie sprawiał oraz tym, gdzie byli; w Little Hangleton trudno było komuś ufać, robili to wyłącznie idioci, przyszłe trupy, jak zwał tak zwał.
- Dasz radę wesprzeć się na mnie i dojść do wioski czy stacjonujemy na łąkach? - Dawał jej złudny wybór między dwiema dobrymi opcjami.
Rzecz jasna mógł spróbować wyczarować jej na poczekaniu jakieś nosze z gałęzi. Zdarzało się to konieczne w terenie, ale nie był wprawnym rzemieślnikiem. To byłyby bardzo toporne pomoce. Poza tym raczej dla niej upokarzające a wbrew pozorom Ambroise nie czerpał satysfakcji z upokarzania ludzi bez potrzeby. Średnio wyobrażał sobie ten dłuższy spacer. Najlepiej byłoby rozpalić ognisko gdzieś w osłoniętym miejscu poza zagajnikiem i nie w lesie. Może wtedy przestałaby się trząść, bo umysł uznałby ogień za dostateczną ochronę przed wewnętrznym chłodem.
Nie planował proponować swojego płaszcza - była od niego wyższa i bardziej postawna (także z tego względu nie widział zbyt długiej możliwości ciągnięcia jej za sobą do Little Hangleton). No, ale. Poza tym pozostawała jeszcze jedna kwestia.
- Mów do mnie. Cały czas. Opowiadaj o tej paskudnej matce, nieobecnym ojcu, braku miejsca na ziemi, jeśli czujesz, że musisz to z siebie wyrzucać. Albo mów cokolwiek tak właściwie - tak właściwie to opowiadanie o swoich tragediach mogło nie być pomocne dla wszystkich, niektórzy potrzebowali to robić, ale na innych działało to druzgocąco. - Wyglądasz mi na kogoś kto zna szczegółowe różnice między... ...dajmy na to... ...mantykorą a... ...powiedzmy, że gryfem - zasugerował w duchu nawet dziękując za siedem lat u boku łowczyni i kłusowniczki.
Może nadal był żenująco słaby w temacie magicznych zwierząt, ale przynajmniej próbował znaleźć coś, co jest do siebie jakkolwiek podobne i może być w zakresie zainteresowań towarzyszki.
W rzeczy samej - właśnie tak było. Obecnie podchodził do spraw z dużo bardziej wyrachowaną, przekalkulowaną precyzją. Chciał załatwić zbiór pyłku i móc go przerobić jeszcze tego samego wieczoru, więc nagła zmiana planów nie spotkała się z wewnętrznym entuzjazmem. Przywykł, co prawda, do konieczności modyfikowania zamiarów w zależności od tego, co spotykało go w drodze do ich wypełnienia.
Szczególnie teraz, gdy czarodziejska wojna już nie pukała do drzwi tylko wdarła się razem z nimi do środka. Tak właściwie to, gdyby był bardziej wyrozumiały to zapewne byłby w stanie dopytać, czy brak domu wynikał właśnie z czegoś, co ostatnio coraz częściej miało miejsce. Ataków popleczników Czarnego Pana, wypędzania mugolaków z magicznych siedlisk, coraz ostrzejszego łypania na ludzi półkrwi.
Oczywiście nie planował w to wnikać. Prawdopodobnie pogorszyłby sprawę, bo nie uważał się za wprawionego pocieszyciela. Nawet w stosunku do bliskich, co dopiero do obcych. Brakowało mu wrodzonej empatii. W Mungu ją mimikował, wymuszał na sobie, szczególnie ostatnio. Prócz tego był ze wszech miar dyskretny, umiał zachować się poprawnie, właściwie, jednakże nie w miejscu takim jak to. Tu należało być czujnym, zdecydowanym, twardym.
- Darmowe zlecenie wykonane bez zbędnych pytań w razie potrzeby - użył tak łowczego języka jak tylko mógł, bo choć kobieta wyglądała na taką, która mogła zrozumieć podstawowe wcześniej wymienione przez niego pojęcia to teraz wyglądało, że musi być znacznie bardziej łopatologiczny.
Nie to, żeby miał z tym jakiś znaczny problem. Nie miał kłopotu z wysławianiem się. Jedyne trudności przynosiło mu mówienie o własnych głębszych uczuciach. Niechętnie formułował wypowiedzi na temat tego, jak się czuje, jeśli nie chodziło o te podstawowe emocje takie jak wściekłość, irytacja, rozdrażnienie, obojętność ani o jego stan fizyczny (choć tu jak typowy uzdrowiciel miewał tendencję do bagatelizowania swojego zdrowia; magimedycy zwykli być albo hipochondrykami, albo mieć przekonanie o swojej niezniszczalności - Roise należał do tej drugiej grupy).
Mógł mówić pięknie, używać długich i pustych, ale czarujących frazesów. Na tej samej zasadzie skłaniał się ku suchym faktom, konkretom i uproszczeniom, gdy widział, że ktoś ma problem ze zrozumieniem. Naturalnie założył, że w obecnym stanie psychicznym kobieta miała docenić przechodzenie do rzeczy. Zachował dla siebie spostrzeżenie, że nie do końca wierzył w to, żeby na trzeźwo była w stanie zrozumieć wiele więcej niż w narastającej paranoi.
Był skłonny wydawać bardzo szybkie osądy, ale nie robił problemów z ich zmianą, jeśli nadarzyła się okazja do zweryfikowania błędnego pierwszego wrażenia. W tym konkretnym przypadku patrzył na nieznajomą również przez pryzmat własnych doświadczeń z ludźmi, do których ją przypisał. To zdecydowanie nie ociepliło jego stosunku do rozmówczyni. Wręcz przeciwnie.
Mimo to, skoro udało im się osiągnąć w miarę korzystne dla obu stron porozumienie (to było zdecydowane nadużycie słowa korzystne, ale no cóż) to nie miał zamiaru wycofywać oferty. Dotrzymywał danego słowa. Nie zwykł odzywać się wtedy, kiedy miałby je zaraz złamać. Nie rzucał ich na wiatr. Nawet w przypadku, w którym miał podstawy wątpić w to, że druga strona zachowa się zgodnie z układem.
Była niepoczytalna. Mogła próbować migać się od wypełnienia swojej części układu, gdy wróci do pełni sił psychicznych. Mimo to planował dać jej szansę. Łowcy przygód bywali słowni. Nie wszyscy, ale znajdowała się wśród nich grupa osób, które Roise cenił za etykę zawodu (tak, nawet jeśli nieetycznie polowali na zwierzynę, przemycali przedmioty, kradli i robili burdy; nikt nie jest idealny, nie?).
- Nie zostaniesz - skwitował bez zbędnych zapewnień, że wszystko będzie dobrze. - To znaczy, że mamy układ, droga...? - Potrzebował wiedzieć jak ma się do niej zwracać.
To mogło być cokolwiek. Nie oczekiwał od kobiety podania pełnego imienia i nazwiska. Szczególnie w takim miejscu jak okolice Little Hangleton, gdzie ludzie byli słusznie nieufni wobec siebie.
Odczekał znaczącą chwilę, żeby dać jej możliwość wyboru: będzie dziś Mary? Ann? Mary-Ann? Sue? Kate? Celine? Mógł sam sobie coś wybrać na konieczność nawiązania kontaktu. Najbardziej naturalne w tym wypadku byłoby, żeby była z nim szczera, bo wtedy łatwiej mógłby przemówić do jej wnętrza i trochę uspokoić atak paniki, ale nie wymagał pełnej szczerości.
- Bertrand - kiwnął głową, samemu będąc względnie szczerym - no, do pewnego stopnia, bo w tym wypadku nie wymyślał a jedynie wygodnie pomijał swoje pierwsze imię na rzecz drugiego.
Dzięki temu miał pewną anonimowość ale mógł zareagować na nazwanie go w ten sposób. No i nie zapominał jak przedstawił się konkretnej osobie. W razie późniejszego spotkania również nie było problemów z tym, żeby spokojnie stwierdzić, że nikt nie bronił zamiennego posługiwania się imionami. Na tej samej zasadzie w niektórych środowiskach był bardziej Mulciberem niż Greengrassem, bo to przynosiło dodatkowe korzyści.
Obdarzył kobietę badawczym, przeszywającym na wskroś spojrzeniem. Bez dwóch zdań dało się stwierdzić, że oceniał sytuację. Nie tylko pod kątem dostania kosą pod żebra. Również w pełni w wyniku troski (mocne słowo, ale mieli układ) zanim nie przysunął się bliżej. Ostrożnie, czujnie, ale wyciągnął ku niej ramię. Drugą rękę trzymał pod połami płaszcza w okolicach różdżki. Dyskretnie, jednak zdecydowanie mógłby po nią sięgnąć w razie potrzeby.
- W tym stanie prawdopodobieństwo udanej teleportacji spada z chwili na chwilę - odezwał się raczej z konieczności niżeli z przekonania, że powinna to wiedzieć i podjąć świadomą decyzję czy jest w stanie zaryzykować. - Możesz się rozszczepić. Mung to jednak nie najlepszy pomysł - zawyrokował i choć nie miała powodów, żeby ufać jego osądowi to jednocześnie nie miała również podstaw, aby mu nie ufać.
No. Poza tymi dwoma: wyglądem i wrażeniem, jakie sprawiał oraz tym, gdzie byli; w Little Hangleton trudno było komuś ufać, robili to wyłącznie idioci, przyszłe trupy, jak zwał tak zwał.
- Dasz radę wesprzeć się na mnie i dojść do wioski czy stacjonujemy na łąkach? - Dawał jej złudny wybór między dwiema dobrymi opcjami.
Rzecz jasna mógł spróbować wyczarować jej na poczekaniu jakieś nosze z gałęzi. Zdarzało się to konieczne w terenie, ale nie był wprawnym rzemieślnikiem. To byłyby bardzo toporne pomoce. Poza tym raczej dla niej upokarzające a wbrew pozorom Ambroise nie czerpał satysfakcji z upokarzania ludzi bez potrzeby. Średnio wyobrażał sobie ten dłuższy spacer. Najlepiej byłoby rozpalić ognisko gdzieś w osłoniętym miejscu poza zagajnikiem i nie w lesie. Może wtedy przestałaby się trząść, bo umysł uznałby ogień za dostateczną ochronę przed wewnętrznym chłodem.
Nie planował proponować swojego płaszcza - była od niego wyższa i bardziej postawna (także z tego względu nie widział zbyt długiej możliwości ciągnięcia jej za sobą do Little Hangleton). No, ale. Poza tym pozostawała jeszcze jedna kwestia.
- Mów do mnie. Cały czas. Opowiadaj o tej paskudnej matce, nieobecnym ojcu, braku miejsca na ziemi, jeśli czujesz, że musisz to z siebie wyrzucać. Albo mów cokolwiek tak właściwie - tak właściwie to opowiadanie o swoich tragediach mogło nie być pomocne dla wszystkich, niektórzy potrzebowali to robić, ale na innych działało to druzgocąco. - Wyglądasz mi na kogoś kto zna szczegółowe różnice między... ...dajmy na to... ...mantykorą a... ...powiedzmy, że gryfem - zasugerował w duchu nawet dziękując za siedem lat u boku łowczyni i kłusowniczki.
Może nadal był żenująco słaby w temacie magicznych zwierząt, ale przynajmniej próbował znaleźć coś, co jest do siebie jakkolwiek podobne i może być w zakresie zainteresowań towarzyszki.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down