25.10.2024, 19:25 ✶
Uniósł górną wargę w całkiem pewnym siebie, prowokacyjnym uśmiechu. Z błyskiem oczu wzruszył ramionami, artykułując bezgłośnie: oczywiście, że tak. Dla niej był w stanie poradzić sobie ze wszystkim. Wiedziony wewnętrzną siłą, jakiej nie czuł przy nikim innym. Miał wrażenie, że wystarczyłoby jedno słowo z jej ust i byłby w stanie zawalczyć dla niej o wszystko. Opętała go, ale poddał się temu, bo wiedział, że w przeciwieństwie do tego, co się kiedyś wydarzyło, to było świadome i wzajemne.
Koszula była ofiarą, którą mogli ponieść. W tej chwili nie miało znaczenia to, w jakim stanie opuszczą las. Liczyła się wyłącznie ta chwila. Tu i teraz. Żar i ogień.
Jej wargi na jego skórze parzyły. Zostawiały palące ślady i gdyby spuścił wzrok na swoją pierś to wręcz spodziewałby się zobaczyć tam róż i czerwień. Wypalała w nim swoje znamiona a on jej na to pozwalał, nie zamierzając uciekać od świadomości, że z chwili na chwilę, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc był coraz bardziej jej tak jak ona była jego. W tym momencie przyjmował to z wręcz pierwotną satysfakcją, żądzami, o które by się nie podejrzewał.
To było inne aniżeli wszystko, co do tej pory mieli. Nigdy nie brakowało im ognia, ale w tej chwili całkowicie w nowy sposób przekraczali granice ogłady. Jeżeli to było właśnie to, za czym niektórzy młodzi czarodzieje gonili w lesie w czasie Lithy to...
...nie, nie było tym. Nie musiał się zastanawiać, żeby wiedzieć, że to było wyłącznie ich własne. Dyktowane tym, kim byli. Zarówno z osobna jak i dla siebie nawzajem. Z nikim innym nie pragnąłby tak bardzo zapaść się w paprocie tu i teraz, nie czekać ani chwili więcej. Nie miał najmniejszych oporów przed tym, żeby skopać z siebie wpierw buty a potem rozpięte spodnie, brudząc nogawki, ale nie zwracając na to żadnej uwagi.
Zamiast tego spróbował ściągnąć z niej jej własne spodnie, kolejny raz uświadamiając sobie jak cholernie były niepraktyczne. Opięte, dopasowane, pobudzające jego wyobraźnię przez cały czas odkąd opuścili dom, ale w tym momencie za ciasne, zbyt przylegające.
Musiał wysunąć obie dłonie spod materiału, żeby spróbować rozpiąć guzik, przy czym mimowolnie wydał z siebie bardzo sfrustrowane warknięcie przez zęby, gdy palce zsunęły mu się po gładkiej powierzchni zamiast trafić do celu i zająć się dalszym uwalnianiem ich od resztek garderoby.
Jakimś cudem wreszcie mu się udało, ale buciory. Ciężkie, nieporęczne buty, dla których rozpięcia musiał zdecydowanie oderwać się od dziewczyny, osuwając się praktycznie na kolana i w kilku ruchach poluźniając sznurówki.
Parę sekund później ponownie zamknął ją w ramionach, wpijając się pocałunkiem w wargi Geraldine.
- Płaszcz - wymamrotał w usta Geraldine, nie mając zamiaru się od nich odrywać, ale dłonią pociągając za jej... ...jego ciemnozielony płaszcz, dając dziewczynie do zrozumienia, że powinien wylądować czym prędzej na leśnym poszyciu.
Zaledwie bardzo krótką chwilę przed nimi, co było całkowicie zrozumiałe. Mimo chłodu bijącego od ziemi, która zdążyła już oddać znaczną część letniego ciepła, wcale nie było mu zimno, gdy pociągnął za sobą Geraldine.
Nie tak zgrabnie opadając z nią na płaszcz rzucony bezpośrednio na ściółkę. Przeciwnie. Czuł żar, który mogli ugasić wyłącznie w ten jeden sposób: wyplątując się z wadzących ubrań, zaściełając nimi runo i nie zwracając uwagi na wiele więcej ponad to, co działo się między nimi. Nie przeszkadzała mu twardość ziemi. Skupiał się na miękkości ust swojej Łowczej. Obrysie jej bioder, miękkości piersi, długiej wygiętej szyi, po której bezwolnie ją całował, tym razem rewanżując się za te wcześniejsze pieszczoty i schodząc ustami niżej.
To było coś zupełnie nowego. Pasjonującego i jednocześnie instynktownego, bo to też był ich świat. W tej chwili bezsprzecznie wspólny. Zawsze taki był. Teraz wyłącznie dbali o to, by pierwszy raz nadać mu konkretne znaczenie. Była tu jego pierwszą, miała być również ostatnią. Jedyną, z którą czuł się odurzony atmosferą lasu jak nigdy wcześniej. Jakby był tu po raz pierwszy, napawając się każdym urywanym oddechem. Wdychając rześkie powietrze i zapach piżma, papierosów, czystego pożądania.
Zdecydowanym ruchem pociągnął ją bardziej na siebie, gniotąc jagodowe krzewy pod plecami oddzielnymi od nich wyłącznie cienkim płaszczem. Zatracając się w pocałunku, jednak już nie na tyle, aby nie wyrazić niecierpliwości pomrukiem. Oddał jej kontrolę, zapewnił możliwość polowania, zdobywania, ale nie był cierpliwy. Nie w tym momencie.
Koszula była ofiarą, którą mogli ponieść. W tej chwili nie miało znaczenia to, w jakim stanie opuszczą las. Liczyła się wyłącznie ta chwila. Tu i teraz. Żar i ogień.
Jej wargi na jego skórze parzyły. Zostawiały palące ślady i gdyby spuścił wzrok na swoją pierś to wręcz spodziewałby się zobaczyć tam róż i czerwień. Wypalała w nim swoje znamiona a on jej na to pozwalał, nie zamierzając uciekać od świadomości, że z chwili na chwilę, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc był coraz bardziej jej tak jak ona była jego. W tym momencie przyjmował to z wręcz pierwotną satysfakcją, żądzami, o które by się nie podejrzewał.
To było inne aniżeli wszystko, co do tej pory mieli. Nigdy nie brakowało im ognia, ale w tej chwili całkowicie w nowy sposób przekraczali granice ogłady. Jeżeli to było właśnie to, za czym niektórzy młodzi czarodzieje gonili w lesie w czasie Lithy to...
...nie, nie było tym. Nie musiał się zastanawiać, żeby wiedzieć, że to było wyłącznie ich własne. Dyktowane tym, kim byli. Zarówno z osobna jak i dla siebie nawzajem. Z nikim innym nie pragnąłby tak bardzo zapaść się w paprocie tu i teraz, nie czekać ani chwili więcej. Nie miał najmniejszych oporów przed tym, żeby skopać z siebie wpierw buty a potem rozpięte spodnie, brudząc nogawki, ale nie zwracając na to żadnej uwagi.
Zamiast tego spróbował ściągnąć z niej jej własne spodnie, kolejny raz uświadamiając sobie jak cholernie były niepraktyczne. Opięte, dopasowane, pobudzające jego wyobraźnię przez cały czas odkąd opuścili dom, ale w tym momencie za ciasne, zbyt przylegające.
Musiał wysunąć obie dłonie spod materiału, żeby spróbować rozpiąć guzik, przy czym mimowolnie wydał z siebie bardzo sfrustrowane warknięcie przez zęby, gdy palce zsunęły mu się po gładkiej powierzchni zamiast trafić do celu i zająć się dalszym uwalnianiem ich od resztek garderoby.
Jakimś cudem wreszcie mu się udało, ale buciory. Ciężkie, nieporęczne buty, dla których rozpięcia musiał zdecydowanie oderwać się od dziewczyny, osuwając się praktycznie na kolana i w kilku ruchach poluźniając sznurówki.
Parę sekund później ponownie zamknął ją w ramionach, wpijając się pocałunkiem w wargi Geraldine.
- Płaszcz - wymamrotał w usta Geraldine, nie mając zamiaru się od nich odrywać, ale dłonią pociągając za jej... ...jego ciemnozielony płaszcz, dając dziewczynie do zrozumienia, że powinien wylądować czym prędzej na leśnym poszyciu.
Zaledwie bardzo krótką chwilę przed nimi, co było całkowicie zrozumiałe. Mimo chłodu bijącego od ziemi, która zdążyła już oddać znaczną część letniego ciepła, wcale nie było mu zimno, gdy pociągnął za sobą Geraldine.
Nie tak zgrabnie opadając z nią na płaszcz rzucony bezpośrednio na ściółkę. Przeciwnie. Czuł żar, który mogli ugasić wyłącznie w ten jeden sposób: wyplątując się z wadzących ubrań, zaściełając nimi runo i nie zwracając uwagi na wiele więcej ponad to, co działo się między nimi. Nie przeszkadzała mu twardość ziemi. Skupiał się na miękkości ust swojej Łowczej. Obrysie jej bioder, miękkości piersi, długiej wygiętej szyi, po której bezwolnie ją całował, tym razem rewanżując się za te wcześniejsze pieszczoty i schodząc ustami niżej.
To było coś zupełnie nowego. Pasjonującego i jednocześnie instynktownego, bo to też był ich świat. W tej chwili bezsprzecznie wspólny. Zawsze taki był. Teraz wyłącznie dbali o to, by pierwszy raz nadać mu konkretne znaczenie. Była tu jego pierwszą, miała być również ostatnią. Jedyną, z którą czuł się odurzony atmosferą lasu jak nigdy wcześniej. Jakby był tu po raz pierwszy, napawając się każdym urywanym oddechem. Wdychając rześkie powietrze i zapach piżma, papierosów, czystego pożądania.
Zdecydowanym ruchem pociągnął ją bardziej na siebie, gniotąc jagodowe krzewy pod plecami oddzielnymi od nich wyłącznie cienkim płaszczem. Zatracając się w pocałunku, jednak już nie na tyle, aby nie wyrazić niecierpliwości pomrukiem. Oddał jej kontrolę, zapewnił możliwość polowania, zdobywania, ale nie był cierpliwy. Nie w tym momencie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down