26.10.2024, 14:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.10.2024, 15:15 przez Baldwin Malfoy.)
przy namiocie artystów - rozmawia głównie z Lorraine
Widział zaschnięte, brązowiejące plamy na jej białej sukience. Nim nastąpi świt weźmie Lorraine do siebie jak Samson wpuścił niegodziwą Delilah. Ale nie po to, aby dzielić w nią łoże. Nie. Byli ponad to.
Chciał jej szkic. Takiej jaką była w tej chwili. W tej starej brudnej kiecce, tanim bukietem kwiatów w dłoniach i skrwawionymi dłońmi. Nie pytał skąd się to wzięło, bo pytać nie musiał. Widział resztki skóry pod długimi paznokciami.
Raniła się, by móc przynależeć do socjety.
Ranił się, by móc tą samą socjetę doprowadzić do konwulsji.
Miałaby czelność rozmawiać z nim o hipokryzji i prawdziwości?
- Nie sprzedałem.- Powtórzył z tą samą stanowczością, przesuwając ostrymi paznokciami po jej drobnych rankach, które zdążyły się powoli zasklepić. Jak wieszcz próbujący wyczytać z jej linii długą i szczęśliwą przyszłość. Ale nie tego szukał. Zacisnął mocniej palce na kobiecym nadgarstku, aby nie mogła go z taką łatwością wyszarpnąć. Wbił paznokieć mocniej, by z jednej ranki znów zaczęło krwawić Scałował szkarłatną juchę z namaszczeniem i niemą modlitwą.
Wyrwała się.
Zbyt szybko by był tym wszystkim jakkolwiek usatysfakcjonowany.
Wysunęła się przed niego, więc nawet przy ich całkiem sensownej różnicy wzrostu musiał się wychylić nieco zza jej pleców, by przyjrzeć się niespodziewanym gościom. W przeciwieństwie do kuzynki na jego twarzy malowało się to nonszalanckie, wytrenowane rozbawienie. Może odrobina kpiny. Nie wychodził przed szereg, bo i po co?
- Państwo wybaczą, przeszkadzamy w czymś?- Zapytał obecnych przy namiocie, pozwalając Lorraine wcześniej okazać swoje niezadowolenia. Lał słodki miód kłamliwego flirtu na jej lodowatą uprzejmość.
Nie był szczególnie zainteresowany tym co ludzie tu robią. Co mówią. Co myślą.
Kolejne bezimienne twarze uważające, że mogą zamknąć swoją osobowość w jednym złotym galeonie. Z braku laku i narastającej nudy utkwił wzrok w Jonathanie.
Metaliczny posmak jej krwi błądził na wargach Baldwina jak najsłodszy z deserów.
Och krwi najdroższa, och krwi odkupienia.
Zebrał ją opuszką kciuka, zaraz zresztą wsuwając go do ust i oblizując. Ani na ułamek sekundy nie oderwał wzroku od Jonathana. A jeśli ten zdecydował się na niego spojrzeć – nawet nie drgnął i nie przerwał kontaktu wzrokowego. Uniósł kąciki ust w jednoznacznym uśmieszku.
A potem… po prostu z tego wszystkiego zrezygnował. Szybko stracił zainteresowanie.
Dlatego korzystając z okazji, że już tu są, spróbował zajrzeć do wnętrza namiotu, odsuwając zamaszyście poły namiotu. W sumie tylko po to, żeby sprawdzić czy ostało się tu trochę wina. Albo czy nie zastanie w środku słodkiej panny Selwyn. A najlepiej – obu tych rzeczy.
Rzut na percepcję (II):
Widział zaschnięte, brązowiejące plamy na jej białej sukience. Nim nastąpi świt weźmie Lorraine do siebie jak Samson wpuścił niegodziwą Delilah. Ale nie po to, aby dzielić w nią łoże. Nie. Byli ponad to.
Chciał jej szkic. Takiej jaką była w tej chwili. W tej starej brudnej kiecce, tanim bukietem kwiatów w dłoniach i skrwawionymi dłońmi. Nie pytał skąd się to wzięło, bo pytać nie musiał. Widział resztki skóry pod długimi paznokciami.
Raniła się, by móc przynależeć do socjety.
Ranił się, by móc tą samą socjetę doprowadzić do konwulsji.
Miałaby czelność rozmawiać z nim o hipokryzji i prawdziwości?
- Nie sprzedałem.- Powtórzył z tą samą stanowczością, przesuwając ostrymi paznokciami po jej drobnych rankach, które zdążyły się powoli zasklepić. Jak wieszcz próbujący wyczytać z jej linii długą i szczęśliwą przyszłość. Ale nie tego szukał. Zacisnął mocniej palce na kobiecym nadgarstku, aby nie mogła go z taką łatwością wyszarpnąć. Wbił paznokieć mocniej, by z jednej ranki znów zaczęło krwawić Scałował szkarłatną juchę z namaszczeniem i niemą modlitwą.
Wyrwała się.
Zbyt szybko by był tym wszystkim jakkolwiek usatysfakcjonowany.
Wysunęła się przed niego, więc nawet przy ich całkiem sensownej różnicy wzrostu musiał się wychylić nieco zza jej pleców, by przyjrzeć się niespodziewanym gościom. W przeciwieństwie do kuzynki na jego twarzy malowało się to nonszalanckie, wytrenowane rozbawienie. Może odrobina kpiny. Nie wychodził przed szereg, bo i po co?
- Państwo wybaczą, przeszkadzamy w czymś?- Zapytał obecnych przy namiocie, pozwalając Lorraine wcześniej okazać swoje niezadowolenia. Lał słodki miód kłamliwego flirtu na jej lodowatą uprzejmość.
Nie był szczególnie zainteresowany tym co ludzie tu robią. Co mówią. Co myślą.
Kolejne bezimienne twarze uważające, że mogą zamknąć swoją osobowość w jednym złotym galeonie. Z braku laku i narastającej nudy utkwił wzrok w Jonathanie.
Metaliczny posmak jej krwi błądził na wargach Baldwina jak najsłodszy z deserów.
Och krwi najdroższa, och krwi odkupienia.
Zebrał ją opuszką kciuka, zaraz zresztą wsuwając go do ust i oblizując. Ani na ułamek sekundy nie oderwał wzroku od Jonathana. A jeśli ten zdecydował się na niego spojrzeć – nawet nie drgnął i nie przerwał kontaktu wzrokowego. Uniósł kąciki ust w jednoznacznym uśmieszku.
A potem… po prostu z tego wszystkiego zrezygnował. Szybko stracił zainteresowanie.
Dlatego korzystając z okazji, że już tu są, spróbował zajrzeć do wnętrza namiotu, odsuwając zamaszyście poły namiotu. W sumie tylko po to, żeby sprawdzić czy ostało się tu trochę wina. Albo czy nie zastanie w środku słodkiej panny Selwyn. A najlepiej – obu tych rzeczy.
Rzut na percepcję (II):
Rzut N 1d100 - 90
Sukces!
Sukces!