26.10.2024, 19:11 ✶
Florence zmarszczyła lekko brwi, aż pojawiła się między nimi zmarszczka, na słowa Geraldine. Nie brzmiało to, jakby była ranna – a i po prawdzie Bulstrode nie dostrzegała na pierwszy rzut oka przynajmniej żadnych obrażeń. Mogło to być nieco złudne, kolejne słowa, wypowiedziane przez Yaxley, to jak ruszyła w jej stronę… wskazywały jednak na to, że nie: nie jest ranna. Żadne polowanie, żadna barowa bójka, żadne starcie z dziwacznym bratem.
Uzdrowicielka pozwoliła, by torba osunęła się na podłogę, a potem wyciągnęła po prostu bez słowa ręce, i otoczyła Geraldine ramionami. Była zasadnicza, bywała za mało wyrozumiała, bywała nawet zimna – ale zawsze przynajmniej próbowała rozumieć te parę osób, na których jej zależało i służyć im wsparciem tam, gdzie tego potrzebowali. Ciepłe gesty, wbrew pozorom, nie były Florence całkowicie obce: dla rodziny miewała czasem chłodną reprymendę, ale też były słowa pełne uczucia i były wyciągnięte ręce.
Bez wahania wyciągnęła je więc w stronę Yaxleyówny.
Stała tak przez moment, po prostu pozwalając jej zostać w uścisku, i dopiero potem odsunęła się nieco, chociaż nie zdjęła od razu dłoni z jej ramion. Czuła zapach alkoholu: nie winiła za to Geraldine, po tych rewelacjach o Thoranie pewnie pragnęła się znieczulić, nawet jeżeli nie powinna tego robić. Widziała zaczerwienione oczy.
Najwyraźniej Geraldine faktycznie była ranna, ale tym razem była to rana zupełnie nowego rodzaju.
– Chodź do kuchni, porozmawiamy przy herbacie – powiedziała spokojnie, bo przedpokój nie wydawał się jej najlepszym miejscem do dyskusji, a nie, nie było mowy, aby odesłała Geraldine za drzwi. Po prawdzie Florence pewnie niewiele osób odesłałaby za drzwi widząc, że te naprawdę potrzebują pomocy, a Yaxleyównę znała od lat… i teraz ewidentnie tej pomocy potrzebowała. – Joker, odnieść proszę moją torbę i możesz wracać do łóżka, sama wszystkim się zajmę – rzuciła do skrzata, cofając się wreszcie. – Czy chodzi o twojego brata? Dowiedziałaś się czegoś? – spytała, ruszając do kuchni jako pierwsza, i ruchem różdżki rozpalając tam światła.
Uzdrowicielka pozwoliła, by torba osunęła się na podłogę, a potem wyciągnęła po prostu bez słowa ręce, i otoczyła Geraldine ramionami. Była zasadnicza, bywała za mało wyrozumiała, bywała nawet zimna – ale zawsze przynajmniej próbowała rozumieć te parę osób, na których jej zależało i służyć im wsparciem tam, gdzie tego potrzebowali. Ciepłe gesty, wbrew pozorom, nie były Florence całkowicie obce: dla rodziny miewała czasem chłodną reprymendę, ale też były słowa pełne uczucia i były wyciągnięte ręce.
Bez wahania wyciągnęła je więc w stronę Yaxleyówny.
Stała tak przez moment, po prostu pozwalając jej zostać w uścisku, i dopiero potem odsunęła się nieco, chociaż nie zdjęła od razu dłoni z jej ramion. Czuła zapach alkoholu: nie winiła za to Geraldine, po tych rewelacjach o Thoranie pewnie pragnęła się znieczulić, nawet jeżeli nie powinna tego robić. Widziała zaczerwienione oczy.
Najwyraźniej Geraldine faktycznie była ranna, ale tym razem była to rana zupełnie nowego rodzaju.
– Chodź do kuchni, porozmawiamy przy herbacie – powiedziała spokojnie, bo przedpokój nie wydawał się jej najlepszym miejscem do dyskusji, a nie, nie było mowy, aby odesłała Geraldine za drzwi. Po prawdzie Florence pewnie niewiele osób odesłałaby za drzwi widząc, że te naprawdę potrzebują pomocy, a Yaxleyównę znała od lat… i teraz ewidentnie tej pomocy potrzebowała. – Joker, odnieść proszę moją torbę i możesz wracać do łóżka, sama wszystkim się zajmę – rzuciła do skrzata, cofając się wreszcie. – Czy chodzi o twojego brata? Dowiedziałaś się czegoś? – spytała, ruszając do kuchni jako pierwsza, i ruchem różdżki rozpalając tam światła.