26.10.2024, 19:54 ✶
Kowen nie był na tyle zdesperowany, aby wyciągać ostatnie sykle od każdego wiernego, który znajdował się w zasięgu wzroku. Mieli całkiem spore grono sponsorów i wolontariuszy, którzy byli gotowi poświęcić swój czas i pieniądze, aby wesprzeć instytucję, dzięki której mogli zbiorowo obchodzić regularne święta pokroju Yule, Beltane czy Samhain. Gdyby nie kowen Whitecroft, organizacja tego typu przedsięwzięć spadłaby na barki rządu lub innych organizacji, które byłyby skore wykorzystać okazję, aby przejąć kontrolę nad tymi imprezami.
A to na pewno by się dobrze nie skończyło, pomyślał przelotnie Sebastian, odbierając bellowego żołędzia i chowając go do kieszeni w ramach odebrania zapłaty za posiłek. Wprawdzie pieniądze płynące prosto z Departamentu Skarbu mogłyby bardzo pomóc w organizowaniu bardziej spektakularnych sabatów, jednak... Pieniądze szybko przelatywały przed palce. Były płynne jak woda. Jak zmieniające się co parę lat stołki na najwyższych szczeblach Ministerstwa Magii. Czy wierni naprawdę chcieliby, aby to Wizengamot lub Ministrowie Magii dyktowali warunki organizacji świąt dyktujących tempo życia ich społeczności?
— Radzę uważać — odparł gładko na tłumaczenia Felixa. — Może i my karmimy, ale nie zdziwiłbym się, gdyby w innej części ulicy już krążył butelki z mocniejszym alkoholem. Niektórzy mogą nie zaakceptować neutralności. — Skrzywił się na wizję ataków na zwykłych przechodniów w wykonaniu charłaków lub ich przeciwników. — Strzeżonego Matka strzeże.
Skinął powoli głową na kolejne zapytania ze strony młodego czarodzieja.
— Praktycznie za darmo — zaczął tłumaczyć Macmillan, błędnie dochodząc do wniosku, że Felix rozpytuje o to, jakim cudem udało im się przygotować taką ucztę, a nie o kwestie opłacenia posiłków przez protestujących. — Część składników dostaliśmy od ludzi, którzy nas wsparli podczas ostatniej zbiórki, ale inne rzeczy pokroju mięs musieliśmy wykupić z własnej kieszeni. — Westchnął cicho. — Raczej nie będziemy w stanie utrzymać stoiska do późnej nocy, ale... Chyba jeszcze trochę wytrzymamy.
Świat ewidentnie chciał pokazać Sebastianowi, że się myli. ''Fala'' jaka nadeszła z końca kolejki sprawiła, że Felix się potknął, a spora zawartość miski wylądowała prosto na szacie Macmillana. Czarodziej syknął, odskakując w bok i od razu zaczął się rozglądać za jakąś ścierką bądź ręcznikiem. Po chwili jednak podniósł wzrok na tłum.
— Drodzy państwo, naprawdę nie ma powodu do tego, żeby aż tak pchać się na przód. Na pewno wystarczy dla wszy...
Jak można się domyślać, były to płonne nadzieje; nikt nie zamierzał słuchać próśb jednego kapłana, który obecnie tkwił za ladą we względnie bezpiecznej pozycji. Słowa czarodzieja przyniosły jednak pewien efekt. Po prostu nie taki jaki się spodziewał. Nacisk na kolejkę przy stoisku zaczął się jeszcze bardziej zwiększać, jakby słowa Sebastiana tylko zachęciły go, do przepchnięcia się na przód. Mężczyzna cofnął się o kilka kroków, a wtedy od strony marszu rozległ się przedziwny łoskot, a powietrze nad głowami tłumu przeszyło kilka kolorowych magicznych pocisków.
— Matko miłosiernie nam panująca — wyszeptał, zasłaniając usta dłonią.
A to na pewno by się dobrze nie skończyło, pomyślał przelotnie Sebastian, odbierając bellowego żołędzia i chowając go do kieszeni w ramach odebrania zapłaty za posiłek. Wprawdzie pieniądze płynące prosto z Departamentu Skarbu mogłyby bardzo pomóc w organizowaniu bardziej spektakularnych sabatów, jednak... Pieniądze szybko przelatywały przed palce. Były płynne jak woda. Jak zmieniające się co parę lat stołki na najwyższych szczeblach Ministerstwa Magii. Czy wierni naprawdę chcieliby, aby to Wizengamot lub Ministrowie Magii dyktowali warunki organizacji świąt dyktujących tempo życia ich społeczności?
— Radzę uważać — odparł gładko na tłumaczenia Felixa. — Może i my karmimy, ale nie zdziwiłbym się, gdyby w innej części ulicy już krążył butelki z mocniejszym alkoholem. Niektórzy mogą nie zaakceptować neutralności. — Skrzywił się na wizję ataków na zwykłych przechodniów w wykonaniu charłaków lub ich przeciwników. — Strzeżonego Matka strzeże.
Skinął powoli głową na kolejne zapytania ze strony młodego czarodzieja.
— Praktycznie za darmo — zaczął tłumaczyć Macmillan, błędnie dochodząc do wniosku, że Felix rozpytuje o to, jakim cudem udało im się przygotować taką ucztę, a nie o kwestie opłacenia posiłków przez protestujących. — Część składników dostaliśmy od ludzi, którzy nas wsparli podczas ostatniej zbiórki, ale inne rzeczy pokroju mięs musieliśmy wykupić z własnej kieszeni. — Westchnął cicho. — Raczej nie będziemy w stanie utrzymać stoiska do późnej nocy, ale... Chyba jeszcze trochę wytrzymamy.
Świat ewidentnie chciał pokazać Sebastianowi, że się myli. ''Fala'' jaka nadeszła z końca kolejki sprawiła, że Felix się potknął, a spora zawartość miski wylądowała prosto na szacie Macmillana. Czarodziej syknął, odskakując w bok i od razu zaczął się rozglądać za jakąś ścierką bądź ręcznikiem. Po chwili jednak podniósł wzrok na tłum.
— Drodzy państwo, naprawdę nie ma powodu do tego, żeby aż tak pchać się na przód. Na pewno wystarczy dla wszy...
Jak można się domyślać, były to płonne nadzieje; nikt nie zamierzał słuchać próśb jednego kapłana, który obecnie tkwił za ladą we względnie bezpiecznej pozycji. Słowa czarodzieja przyniosły jednak pewien efekt. Po prostu nie taki jaki się spodziewał. Nacisk na kolejkę przy stoisku zaczął się jeszcze bardziej zwiększać, jakby słowa Sebastiana tylko zachęciły go, do przepchnięcia się na przód. Mężczyzna cofnął się o kilka kroków, a wtedy od strony marszu rozległ się przedziwny łoskot, a powietrze nad głowami tłumu przeszyło kilka kolorowych magicznych pocisków.
— Matko miłosiernie nam panująca — wyszeptał, zasłaniając usta dłonią.