26.10.2024, 23:12 ✶
- Na audiencji..? - powtórzyła za nim z rozbawieniem, ale też nutą niedowierzania w głosie, marszcząc nos oraz brwi. Najstraszniejsze dla Pandy było to, że ojciec wcale nie żartował. I to był jeden z powodów, dla których trudno byłoby jej kogokolwiek przedstawić rodzicom i zabrać do zamku — istniały tylko dwa scenariusze zakończenia takiego spotkania. Potencjalny luby uciekłby lub przestał cenić ją, tylko wpływy i pieniądze, które ich nazwisko oferowało. Westchnęła cicho, posyłając jednak te ciemne myśli gdzieś z tylu swojej głowy, posyłając za to ojcu delikatny uśmiech. Troszczył się o nią, chciał dla niej, jak najlepiej, nawet jeśli czasem podchodził do tego zupełnie inaczej, niż powinien. - Martwię się trochę, że żaden nie spełni Twoich oczekiwań, wiesz Tato?
Przekręciła głowę na bok, pytając, pozwalając, aby brązowy pukiel spłynął jej do przodu, kołysząc się leniwie. Przez chwilę zastanawiała się, czy zjadłaby jeszcze eklerkę, ale ostatecznie była pełna, przynajmniej na chwilkę.
Mierzenie się z Pandorą Prewett było wyzwaniem, a dodanie do kociołka Edwarda było przepisem na prawdziwą katastrofę i ucieczkę dalej, niż na Islandię. Skoro Hjalmar tyle czasu przyzwyczajał się i przełamywał do niej, co będzie z resztą rodziny i wszystkim tym, co ze sobą niesie? Niezależnie od tego, jak bardzo chciała pozbyć się tych myśli z głowy, nie umiała ich ot tak wypędzić. Znała ojca na tyle, aby jednym spojrzeniem móc odgadnąć przynajmniej niewielką część jego myśli. Przerażały go perspektywa związku i zaangażowania jego dzieci, zarówno jej, jak i Laurenta. Gdyby mógł, zawsze trzymałby ich bezpiecznie w złotej klatce i w luksusach. Uśmiechnęła się kolejny raz, bardziej czule niż poprzednio i przysunęła się do ojca, dając mu całusa w polik.
- Co ja bym Ciebie zrobiła? Kto by się tak o nas martwił, co? Na szczęście, dobrze nas wychowałeś. Damy sobie z Lauriem zawsze radę, jak nie sami — to ze sobą lub prosząc o pomoc Prewetta. - wyjaśniła mu z delikatnym wzruszeniem ramion, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie i miała go zwyczajnie uspokoić. Musiał godził się z myślą, że byli dorośli i mieli swoje plany, swoje marzenia. Swoją wizję przyszłości. Mógł być jednak pewien, że Pandora do naciągaczy miała nosa, a Niedźwiadek był ostatnim człowiekiem na ziemi, który pragnąłby dóbr materialnych — to była jedna z rzeczy, którą ceniła w nim najbardziej.
- Oczywiście, będę ostrożna. On po prostu.. Ma inne priorytety, nigdy nie zależało mu na zaistnieniu w śmietance towarzyskiej. Czy to nie świeże spojrzenie? Coś oryginalnego i fascynującego? Dla niego człowiek jest po prostu człowiekiem i jego czyny go reprezentują, nie sakiewka.
Przytuliła ojca, żeby chwilę później wstać i przeciągnąć się leniwie z cichym mruknięciem zadowolenia. Czy uspokoiła się po przeprowadzonej rozmowie? Trochę. Czy doszły jej nowe zmartwienia? Na pewno.
- Zostanę do wieczora, zjemy razem kolację? - zaproponowała, przeczesując dłonią włosy i lustrując go spojrzeniem ciemnych oczu, kolejny raz się uśmiechnęła. - Pójdę znaleźć mamę, widzimy się w jadalni.
Dodała prędko, nie dając mu czasu na odpowiedź i posłała mu buziaka w powietrzu, żeby zaraz wyjść z jego gabinetu i zamknąć za sobą drzwi, a także zostawić drobne westchnienie ulgi.
Przekręciła głowę na bok, pytając, pozwalając, aby brązowy pukiel spłynął jej do przodu, kołysząc się leniwie. Przez chwilę zastanawiała się, czy zjadłaby jeszcze eklerkę, ale ostatecznie była pełna, przynajmniej na chwilkę.
Mierzenie się z Pandorą Prewett było wyzwaniem, a dodanie do kociołka Edwarda było przepisem na prawdziwą katastrofę i ucieczkę dalej, niż na Islandię. Skoro Hjalmar tyle czasu przyzwyczajał się i przełamywał do niej, co będzie z resztą rodziny i wszystkim tym, co ze sobą niesie? Niezależnie od tego, jak bardzo chciała pozbyć się tych myśli z głowy, nie umiała ich ot tak wypędzić. Znała ojca na tyle, aby jednym spojrzeniem móc odgadnąć przynajmniej niewielką część jego myśli. Przerażały go perspektywa związku i zaangażowania jego dzieci, zarówno jej, jak i Laurenta. Gdyby mógł, zawsze trzymałby ich bezpiecznie w złotej klatce i w luksusach. Uśmiechnęła się kolejny raz, bardziej czule niż poprzednio i przysunęła się do ojca, dając mu całusa w polik.
- Co ja bym Ciebie zrobiła? Kto by się tak o nas martwił, co? Na szczęście, dobrze nas wychowałeś. Damy sobie z Lauriem zawsze radę, jak nie sami — to ze sobą lub prosząc o pomoc Prewetta. - wyjaśniła mu z delikatnym wzruszeniem ramion, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie i miała go zwyczajnie uspokoić. Musiał godził się z myślą, że byli dorośli i mieli swoje plany, swoje marzenia. Swoją wizję przyszłości. Mógł być jednak pewien, że Pandora do naciągaczy miała nosa, a Niedźwiadek był ostatnim człowiekiem na ziemi, który pragnąłby dóbr materialnych — to była jedna z rzeczy, którą ceniła w nim najbardziej.
- Oczywiście, będę ostrożna. On po prostu.. Ma inne priorytety, nigdy nie zależało mu na zaistnieniu w śmietance towarzyskiej. Czy to nie świeże spojrzenie? Coś oryginalnego i fascynującego? Dla niego człowiek jest po prostu człowiekiem i jego czyny go reprezentują, nie sakiewka.
Przytuliła ojca, żeby chwilę później wstać i przeciągnąć się leniwie z cichym mruknięciem zadowolenia. Czy uspokoiła się po przeprowadzonej rozmowie? Trochę. Czy doszły jej nowe zmartwienia? Na pewno.
- Zostanę do wieczora, zjemy razem kolację? - zaproponowała, przeczesując dłonią włosy i lustrując go spojrzeniem ciemnych oczu, kolejny raz się uśmiechnęła. - Pójdę znaleźć mamę, widzimy się w jadalni.
Dodała prędko, nie dając mu czasu na odpowiedź i posłała mu buziaka w powietrzu, żeby zaraz wyjść z jego gabinetu i zamknąć za sobą drzwi, a także zostawić drobne westchnienie ulgi.
Koniec sesji