27.10.2024, 17:35 ✶
- Magiczne jedwabniki potrafią skutecznie namieszać w archiwach - przytaknął, nie komentując tego, że tym bardziej nie wątpił w chaos, jaki musiał tam zapanować, jeśli wszystko było niepoukładane i zrzucone na ściśnięte ze sobą sterty, między którymi mogły mnożyć się owady niezauważone do chwili, w której mogło być stanowczo za późno.
Cóż. Za to pochwalał pomysł Harolda ze sprzedażą składników. Był całkiem rozsądny. Pasował do znanego mu człowieka. Do jego obecnej wersji już niestety niekoniecznie. Biedny, głupi mazepa.
- Mamy bardziej wyrafinowane metody - odrzekł gładko, nie poruszając nawet najmniejszym mięśniem twarzy, choć przyrównanie ich do rodu pokroju Burke nie było dla niego szczególnie na miejscu. - Gdybyśmy mieli w zwyczaju uciekać się do lizania wszystkich roślin, znanych i nieznanych, popadalibyśmy jak billywigi przy przymrozkach - pozwolił sobie wyjaśnić pokrótce, raczej uznając, że osoba pokroju Anthony'ego Shafiqa miała jakieś pojęcie o australijskich magicznych insektach często spotykanych w transportach roślin zza dalekich wód.
Małe kobaltowe stworzonka były bardzo wytrzymałe na warunki panujące na statkach. Z powodzeniem były w stanie przeżyć w trudnych warunkach - wysokiej temperaturze, dużej wilgotności albo wręcz przeciwnie: suszy. Natomiast wykazywały wyjątkowo dużą wrażliwość na bardzo niskie temperatury, toteż zazwyczaj ginęły niemal od razu po dotarciu na Wyspy, szczególnie późną jesienią i zimą, czasami także wczesną wiosną. Cóż, warunki panujące w ojczyźnie Greengrassa nie sprzyjały rozwojowi nowych egzotycznych gatunków.
Był z tego powodu całkiem zadowolony, zwłaszcza że ugryzienie billywiga bolało jak sam skurwysyn a żywy okaz był bardzo trudny do zauważenia zanim nie użarł kogoś w kark lub w palec. Za to te martwe zazwyczaj znacząco odznaczały się na tle gleby i zieleni liści roślin. Niektórzy byli gotowi zapłacić spore sumy za dobrze zakonserwowane truchła, szczerze wierząc w to, że były cennym składnikiem eliksirów, ale dla Ambroisa byli to ludzie niespełna rozumu. Pokroju Lovegoodów lub innych oszołomów magicznego świata, choć sam przecież wierzył w liczne niecodzienne teorie. Kilka razy spróbował wykorzystać rzekome wyjątkowe właściwości billywigów w różnych konfiguracjach - same skrzydełka, całe korpusy, proszek z dosuszonych fragmentów zgnieciony w moździerzu. Za każdym razem otrzymywał ładny niebieski kolorek i nic więcej. Całkowity bezsens.
Mniej więcej tak samo patrzył na zachowania niektórych badaczy, którzy starali się pokazać na każdym kroku, że ich metody są inne, bardziej niekonwencjonalne czy (o zgrozo!) immanentne. Tym samym popisywali się, ale szczególnym kretynizmem. Zamiast wykorzystywać dobra związane z nieustannym rozwojem metod badawczych, na przykład właśnie lizali i memłali w ustach trujące liście bielunia dziędzierzawy bez uprzedniego przetworzenia rośliny w taki sposób, żeby spełniała ich oczekiwania. Wszystko, bo naczytali się, że to może być to halucynogenne cudo. A mieli tyle innych możliwości zweryfikowania działania tej bardzo przydatnej rośliny o wielu różnych użytecznych cechach i sposobach zastosowania.
- Natomiast w kwestii pełnoetatowego angażu w Ministerstwie, osobiście nie jestem tym zdziwiony - nieznacznie wzruszył ramionami. - Większość Greengrassów ma bardziej naukowe podejście. Stawiamy na praktykę, natomiast biurokracja skutecznie odstręcza większość moich krewnych - stwierdził poniekąd dając do zrozumienia, że sam nie podzielał aż takiego wstrętu do zajmowania się dokumentacją; praca w Mungu raczej również wymagała staranności pod tym względem, natomiast to nie była jego ulubiona część pracy.
Raczej wręcz przeciwnie. Stąd o ile widok różnorodnych paczek o różnych rozmiarach, kształtach i zawartościach stanowił dla Ambroisa powód do zainteresowania, o tyle na gruby plik dokumentów mężczyzna spojrzał raczej przelotnie. Tak. Zdawał sobie sprawę z tego, jak długi to będzie dzień, natomiast w dalszym ciągu zamierzał wycisnąć z tego wszelkie korzyści, które mogło przynieść jego zaangażowanie.
- Wytrawnie - odpowiedział krótko, nie mając zamiaru odmawiać poczęstunku, skoro mieli tu spędzić długie godziny. - Czy jest coś szczególnego, od czego pańskim zdaniem powinniśmy rozpocząć? - W teorii dopiero co zdążyli wejść do pomieszczenia, w praktyce zamiast zajmować czas na głupoty, wolał przejść do rzeczy.
Czy to do dokumentów, czy to do wstępnych oględzin. Nie został poinformowany jak to zazwyczaj wyglądało w tym wypadku, ale niespecjalnie go to mieszało. Oczekiwał jasnych informacji.
Cóż. Za to pochwalał pomysł Harolda ze sprzedażą składników. Był całkiem rozsądny. Pasował do znanego mu człowieka. Do jego obecnej wersji już niestety niekoniecznie. Biedny, głupi mazepa.
- Mamy bardziej wyrafinowane metody - odrzekł gładko, nie poruszając nawet najmniejszym mięśniem twarzy, choć przyrównanie ich do rodu pokroju Burke nie było dla niego szczególnie na miejscu. - Gdybyśmy mieli w zwyczaju uciekać się do lizania wszystkich roślin, znanych i nieznanych, popadalibyśmy jak billywigi przy przymrozkach - pozwolił sobie wyjaśnić pokrótce, raczej uznając, że osoba pokroju Anthony'ego Shafiqa miała jakieś pojęcie o australijskich magicznych insektach często spotykanych w transportach roślin zza dalekich wód.
Małe kobaltowe stworzonka były bardzo wytrzymałe na warunki panujące na statkach. Z powodzeniem były w stanie przeżyć w trudnych warunkach - wysokiej temperaturze, dużej wilgotności albo wręcz przeciwnie: suszy. Natomiast wykazywały wyjątkowo dużą wrażliwość na bardzo niskie temperatury, toteż zazwyczaj ginęły niemal od razu po dotarciu na Wyspy, szczególnie późną jesienią i zimą, czasami także wczesną wiosną. Cóż, warunki panujące w ojczyźnie Greengrassa nie sprzyjały rozwojowi nowych egzotycznych gatunków.
Był z tego powodu całkiem zadowolony, zwłaszcza że ugryzienie billywiga bolało jak sam skurwysyn a żywy okaz był bardzo trudny do zauważenia zanim nie użarł kogoś w kark lub w palec. Za to te martwe zazwyczaj znacząco odznaczały się na tle gleby i zieleni liści roślin. Niektórzy byli gotowi zapłacić spore sumy za dobrze zakonserwowane truchła, szczerze wierząc w to, że były cennym składnikiem eliksirów, ale dla Ambroisa byli to ludzie niespełna rozumu. Pokroju Lovegoodów lub innych oszołomów magicznego świata, choć sam przecież wierzył w liczne niecodzienne teorie. Kilka razy spróbował wykorzystać rzekome wyjątkowe właściwości billywigów w różnych konfiguracjach - same skrzydełka, całe korpusy, proszek z dosuszonych fragmentów zgnieciony w moździerzu. Za każdym razem otrzymywał ładny niebieski kolorek i nic więcej. Całkowity bezsens.
Mniej więcej tak samo patrzył na zachowania niektórych badaczy, którzy starali się pokazać na każdym kroku, że ich metody są inne, bardziej niekonwencjonalne czy (o zgrozo!) immanentne. Tym samym popisywali się, ale szczególnym kretynizmem. Zamiast wykorzystywać dobra związane z nieustannym rozwojem metod badawczych, na przykład właśnie lizali i memłali w ustach trujące liście bielunia dziędzierzawy bez uprzedniego przetworzenia rośliny w taki sposób, żeby spełniała ich oczekiwania. Wszystko, bo naczytali się, że to może być to halucynogenne cudo. A mieli tyle innych możliwości zweryfikowania działania tej bardzo przydatnej rośliny o wielu różnych użytecznych cechach i sposobach zastosowania.
- Natomiast w kwestii pełnoetatowego angażu w Ministerstwie, osobiście nie jestem tym zdziwiony - nieznacznie wzruszył ramionami. - Większość Greengrassów ma bardziej naukowe podejście. Stawiamy na praktykę, natomiast biurokracja skutecznie odstręcza większość moich krewnych - stwierdził poniekąd dając do zrozumienia, że sam nie podzielał aż takiego wstrętu do zajmowania się dokumentacją; praca w Mungu raczej również wymagała staranności pod tym względem, natomiast to nie była jego ulubiona część pracy.
Raczej wręcz przeciwnie. Stąd o ile widok różnorodnych paczek o różnych rozmiarach, kształtach i zawartościach stanowił dla Ambroisa powód do zainteresowania, o tyle na gruby plik dokumentów mężczyzna spojrzał raczej przelotnie. Tak. Zdawał sobie sprawę z tego, jak długi to będzie dzień, natomiast w dalszym ciągu zamierzał wycisnąć z tego wszelkie korzyści, które mogło przynieść jego zaangażowanie.
- Wytrawnie - odpowiedział krótko, nie mając zamiaru odmawiać poczęstunku, skoro mieli tu spędzić długie godziny. - Czy jest coś szczególnego, od czego pańskim zdaniem powinniśmy rozpocząć? - W teorii dopiero co zdążyli wejść do pomieszczenia, w praktyce zamiast zajmować czas na głupoty, wolał przejść do rzeczy.
Czy to do dokumentów, czy to do wstępnych oględzin. Nie został poinformowany jak to zazwyczaj wyglądało w tym wypadku, ale niespecjalnie go to mieszało. Oczekiwał jasnych informacji.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down