27.10.2024, 18:39 ✶
Ambroise czuł się zbyt wytrącony z równowagi wszystkimi wydarzeniami mającymi miejsce na przestrzeni zaledwie kilku minut. Kiedy wychodził do pracy całując swoją dziewczynę na pożegnanie i żartując o późnym powrocie z dyżuru, nie spodziewał się, że parę godzin później oboje znajdą się w takiej sytuacji.
Wszystko zapowiadało się jak niemal każdy normalny dzień. Co prawda odkąd sytuacja w czarodziejskim świecie stała się napięta nie można było już o czymkolwiek wyrokować, ale jak dotąd skutecznie udawało im się żyć mniej więcej tak jak przedtem. Co prawda w innym miejscu, unikając niepotrzebnych długich pobytów w Londynie, ale to była całkiem przyjemna odmiana.
Gdyby nie okoliczności mogliby to zaliczyć do długiego pobytu na wsi w celu sprawdzenia jak właściwie im się tam żyło na stałe. Już zdarzało mu się napomykać, że taka zmiana miała więcej zalet niż mogliby przypuszczać. Powoli przestawało mu brakować głośności dużego miasta. Szczególnie, że wychował się w znacznie spokojniejszej Dolinie Godryka a w Whitby było jeszcze ciszej. Dało się przywyknąć do wolniejszego tempa życia rekompensującego konieczność odbywania dłuższych podróży.
Londyn bez wątpienia nadal był miejscem, które Ambroise doceniał. To nie uległo zmianie. Lubił możliwość dokonania szybkich zakupów i uzupełnienia zapasów wtedy, kiedy to było wygodne. Nocne życie miasta również od czasu do czasu zachęcało do udziału w różnych wydarzeniach, wyjść ze znajomymi, wspólnych kolacji poza domem.
Jednakże widmo wojny było tam znacznie wyraźniejsze. Roztaczało się nad ulicami. Lęk ludzi spieszących po Pokątnej, Horyzontalnej czy pomniejszych uliczkach był niemalże namacalny. Pozostawiał kwaśny smak na języku. Uliczki ciemniejszej strony magicznego Londynu i głębsze warstwy rejonów bytowania ludzi półświatka zawsze były bardziej ponure i niebezpieczne a teraz stały się otwarcie groźne.
Nie było miejsca, które nie zostałoby w jakiś sposób skażone. Wszędzie dało się wyczuć powagę sytuacji. Również w bardziej obleganym Mungu oraz pośród jego pacjentów, którzy wcześniej od czasu do czasu pojawiali się w szpitalu a teraz wręcz wnioskowali o wyłączne odwiedzanie ich w domach.
Z uwagi na to, Ambroise rano planował jeszcze kilka takich wizyt domowych. W tym wypadku podchodząc do tego lżej, bo wszystkie dotyczyły jego bardziej ekscentrycznych pacjentów. Zawsze potem miał całkiem sporo do opowiedzenia. Co prawda nie łamał tajemnicy lekarskiej, ale przynosił Geraldine co nieco z zabawnych anegdotek i ploteczek towarzyskich podłapanych u tych ludzi.
Dzięki temu mogli być na bieżąco nie tylko z dramatami i spekulacjami co do przyszłości, lecz także z tymi bardziej zabawnymi informacjami z magicznego świata. Kiedy opuszczał dom, spodziewał się, że następne godziny przyniosą wiele różnych trudności, ale ostatecznie nadejdzie poranek płynnie przechodzący w spokojne przedpołudnie. Wróci do domu przed dwunastą jak to zwykł robić i wszystko będzie dobrze.
Nie był niespokojny na wieść o planach Yaxleyówny odnośnie udania się do Doliny Godryka, bo uważał tę okolicę za jedną z bezpieczniejszych. Wszystko zmieniło się w przeciągu kilku chwil. Naruszono im to, odebrano poczucie bezpieczeństwa nie tylko w Londynie, lecz w kolejnym miejscu. To nie była bezpieczna przystań tylko pole starcia. Sam środek zawieruchy, której makabryczny obraz potęgowały jęzory ognia z płonących domów i słupy iskier lecących w górę a następnie wystrzeliwujących w dół.
Można było odnieść wrażenie, że cały świat płonie. On z pewnością je miał. Przynajmniej jeszcze przed chwilą, bo teraz zupełnie nie wiedział, co powinien robić. Z jednej strony trzymał Geraldine w ramionach, kołysząc ją bardzo delikatnie i miarowo, starając się pocierać jej ramiona i chronić ją przed nocnym ziąbem samego środka mroźnej zimy.
W pewnym momencie zrzucił z siebie płaszcz, żeby ją nim opatulić niemal po czubek nosa, ignorując szczypanie igiełek mrozu. W istocie było mu gorąco a to uczucie biło raczej od środka aniżeli od ciepłej łuny płonącej rezydencji. Byli od niej zbyt daleko, żeby odczuwać żar ognia trawiącego deski z charakterystycznym głośnym trzaskiem i sykiem.
Nie zdarzyło się, żeby dotychczas nie wiedział jak powinien zareagować. Wypierając swoją wcześniejszą reakcję z umysłu, jakby nigdy do niej nie doszło i cały świat skupił się na tej chwili, od której wszystko się zaczęło. Przeszkolenie z interwencji kryzysowych nie miało tu przydatności, bo nie brał pod uwagę tego, że mogłoby dotyczyć kogoś, na komu mu zależało. Zawsze to miały być obce osoby. Wtedy nie miałby problemu z pilnowaniem procedur i reakcjami.
Obecnie nie miotał się, ale czuł bezradność. Zbyt dużą, żeby nie wytrącało go to z resztek równowagi. Szczególnie, kiedy dotarły do niego ciche pytania wypowiedziane z tą charakterystyczną nutą w głosie, którą zawsze tak bardzo podświadomie się obawiał usłyszeć. Spełniały się jego najczarniejsze scenariusze. Może nie te najbardziej brutalne, ale naprawdę niewiele brakowało, żeby do tego doszło i miał tę świadomość.
- Zaraz, Kochanie, już niedługo. Jeszcze chwila i przejdzie - wymamrotał z całkiem żałosnym brakiem pewności i wiary w swoje słowa, które brzmiały dla niego obco we własnych ustach, jakby wypowiedział je ktoś inny stojący obok.
Bezwiednie uniósł wzrok, rozglądając się dookoła, ale nikogo tam nie było. Najbliżsi im pracownicy Munga i Ministerstwa (poznawał ich po ubraniach) stali co najmniej sto metrów dalej głośno naradzając się w jakiejś sprawie i intendywnie gestykulując. Niby ich głosy miały szansę dotrzeć tutaj z wiatrem, ale nie do jego świadomości. Odbijały się od uszu wypełnionych trzaskiem pękającego drewna i szumem pożaru, którego nikt nie próbował gasić.
- Nie mogę nic ci na to podać, ale to minie. Przejdzie za chwilę. Ten człowiek już nie może... ...nie zrobi... ...nie da rady... ...obiecuję - wysławiał się raczej chaotycznie, szczególnie jak na niego i zwyczajowe opanowanie, ale nie potrafił wrócić do równowagi w mgnieniu oka, nawet jeśli to byłoby wskazane. - Przejdzie. Zawsze przechodzi - nie wyjaśniał, skąd zdaje sobie z tego sprawę, jedynie znowu obiecywał, bo nie mógł zrobić nic więcej dopóki to samo nie minie.
Nic ponad bycie dla niej oparciem. Fizycznym i mentalnym, mocniej obejmując Geraldine, kiedy się w niego wtuliła i próbując przekazać jej jak najwięcej ciepła. Nie mogli się stąd oddalić. Jeszcze nie. W takim stanie teleportacja nie wchodziła w grę bez podejmowania dodatkowego ryzyka, szczególnie że sam także nie czuł się stabilnie (co wyłącznie podkopywało jego psychikę, która powinna być silna). Przeczekanie było jedyną możliwością. Przynajmniej na teraz.
Wszystko zapowiadało się jak niemal każdy normalny dzień. Co prawda odkąd sytuacja w czarodziejskim świecie stała się napięta nie można było już o czymkolwiek wyrokować, ale jak dotąd skutecznie udawało im się żyć mniej więcej tak jak przedtem. Co prawda w innym miejscu, unikając niepotrzebnych długich pobytów w Londynie, ale to była całkiem przyjemna odmiana.
Gdyby nie okoliczności mogliby to zaliczyć do długiego pobytu na wsi w celu sprawdzenia jak właściwie im się tam żyło na stałe. Już zdarzało mu się napomykać, że taka zmiana miała więcej zalet niż mogliby przypuszczać. Powoli przestawało mu brakować głośności dużego miasta. Szczególnie, że wychował się w znacznie spokojniejszej Dolinie Godryka a w Whitby było jeszcze ciszej. Dało się przywyknąć do wolniejszego tempa życia rekompensującego konieczność odbywania dłuższych podróży.
Londyn bez wątpienia nadal był miejscem, które Ambroise doceniał. To nie uległo zmianie. Lubił możliwość dokonania szybkich zakupów i uzupełnienia zapasów wtedy, kiedy to było wygodne. Nocne życie miasta również od czasu do czasu zachęcało do udziału w różnych wydarzeniach, wyjść ze znajomymi, wspólnych kolacji poza domem.
Jednakże widmo wojny było tam znacznie wyraźniejsze. Roztaczało się nad ulicami. Lęk ludzi spieszących po Pokątnej, Horyzontalnej czy pomniejszych uliczkach był niemalże namacalny. Pozostawiał kwaśny smak na języku. Uliczki ciemniejszej strony magicznego Londynu i głębsze warstwy rejonów bytowania ludzi półświatka zawsze były bardziej ponure i niebezpieczne a teraz stały się otwarcie groźne.
Nie było miejsca, które nie zostałoby w jakiś sposób skażone. Wszędzie dało się wyczuć powagę sytuacji. Również w bardziej obleganym Mungu oraz pośród jego pacjentów, którzy wcześniej od czasu do czasu pojawiali się w szpitalu a teraz wręcz wnioskowali o wyłączne odwiedzanie ich w domach.
Z uwagi na to, Ambroise rano planował jeszcze kilka takich wizyt domowych. W tym wypadku podchodząc do tego lżej, bo wszystkie dotyczyły jego bardziej ekscentrycznych pacjentów. Zawsze potem miał całkiem sporo do opowiedzenia. Co prawda nie łamał tajemnicy lekarskiej, ale przynosił Geraldine co nieco z zabawnych anegdotek i ploteczek towarzyskich podłapanych u tych ludzi.
Dzięki temu mogli być na bieżąco nie tylko z dramatami i spekulacjami co do przyszłości, lecz także z tymi bardziej zabawnymi informacjami z magicznego świata. Kiedy opuszczał dom, spodziewał się, że następne godziny przyniosą wiele różnych trudności, ale ostatecznie nadejdzie poranek płynnie przechodzący w spokojne przedpołudnie. Wróci do domu przed dwunastą jak to zwykł robić i wszystko będzie dobrze.
Nie był niespokojny na wieść o planach Yaxleyówny odnośnie udania się do Doliny Godryka, bo uważał tę okolicę za jedną z bezpieczniejszych. Wszystko zmieniło się w przeciągu kilku chwil. Naruszono im to, odebrano poczucie bezpieczeństwa nie tylko w Londynie, lecz w kolejnym miejscu. To nie była bezpieczna przystań tylko pole starcia. Sam środek zawieruchy, której makabryczny obraz potęgowały jęzory ognia z płonących domów i słupy iskier lecących w górę a następnie wystrzeliwujących w dół.
Można było odnieść wrażenie, że cały świat płonie. On z pewnością je miał. Przynajmniej jeszcze przed chwilą, bo teraz zupełnie nie wiedział, co powinien robić. Z jednej strony trzymał Geraldine w ramionach, kołysząc ją bardzo delikatnie i miarowo, starając się pocierać jej ramiona i chronić ją przed nocnym ziąbem samego środka mroźnej zimy.
W pewnym momencie zrzucił z siebie płaszcz, żeby ją nim opatulić niemal po czubek nosa, ignorując szczypanie igiełek mrozu. W istocie było mu gorąco a to uczucie biło raczej od środka aniżeli od ciepłej łuny płonącej rezydencji. Byli od niej zbyt daleko, żeby odczuwać żar ognia trawiącego deski z charakterystycznym głośnym trzaskiem i sykiem.
Nie zdarzyło się, żeby dotychczas nie wiedział jak powinien zareagować. Wypierając swoją wcześniejszą reakcję z umysłu, jakby nigdy do niej nie doszło i cały świat skupił się na tej chwili, od której wszystko się zaczęło. Przeszkolenie z interwencji kryzysowych nie miało tu przydatności, bo nie brał pod uwagę tego, że mogłoby dotyczyć kogoś, na komu mu zależało. Zawsze to miały być obce osoby. Wtedy nie miałby problemu z pilnowaniem procedur i reakcjami.
Obecnie nie miotał się, ale czuł bezradność. Zbyt dużą, żeby nie wytrącało go to z resztek równowagi. Szczególnie, kiedy dotarły do niego ciche pytania wypowiedziane z tą charakterystyczną nutą w głosie, którą zawsze tak bardzo podświadomie się obawiał usłyszeć. Spełniały się jego najczarniejsze scenariusze. Może nie te najbardziej brutalne, ale naprawdę niewiele brakowało, żeby do tego doszło i miał tę świadomość.
- Zaraz, Kochanie, już niedługo. Jeszcze chwila i przejdzie - wymamrotał z całkiem żałosnym brakiem pewności i wiary w swoje słowa, które brzmiały dla niego obco we własnych ustach, jakby wypowiedział je ktoś inny stojący obok.
Bezwiednie uniósł wzrok, rozglądając się dookoła, ale nikogo tam nie było. Najbliżsi im pracownicy Munga i Ministerstwa (poznawał ich po ubraniach) stali co najmniej sto metrów dalej głośno naradzając się w jakiejś sprawie i intendywnie gestykulując. Niby ich głosy miały szansę dotrzeć tutaj z wiatrem, ale nie do jego świadomości. Odbijały się od uszu wypełnionych trzaskiem pękającego drewna i szumem pożaru, którego nikt nie próbował gasić.
- Nie mogę nic ci na to podać, ale to minie. Przejdzie za chwilę. Ten człowiek już nie może... ...nie zrobi... ...nie da rady... ...obiecuję - wysławiał się raczej chaotycznie, szczególnie jak na niego i zwyczajowe opanowanie, ale nie potrafił wrócić do równowagi w mgnieniu oka, nawet jeśli to byłoby wskazane. - Przejdzie. Zawsze przechodzi - nie wyjaśniał, skąd zdaje sobie z tego sprawę, jedynie znowu obiecywał, bo nie mógł zrobić nic więcej dopóki to samo nie minie.
Nic ponad bycie dla niej oparciem. Fizycznym i mentalnym, mocniej obejmując Geraldine, kiedy się w niego wtuliła i próbując przekazać jej jak najwięcej ciepła. Nie mogli się stąd oddalić. Jeszcze nie. W takim stanie teleportacja nie wchodziła w grę bez podejmowania dodatkowego ryzyka, szczególnie że sam także nie czuł się stabilnie (co wyłącznie podkopywało jego psychikę, która powinna być silna). Przeczekanie było jedyną możliwością. Przynajmniej na teraz.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down