27.10.2024, 22:33 ✶
Obiecali sobie ostrożność. W głębi duszy nie wiedział jak ma traktować to, co się tu wydarzyło. Nie była z nim nieszczera. Mówiła, gdzie zamierza się wybrać. Przyjął to z aprobatą, życzył jej powodzenia, posłał szeroki uśmiech, ucałował usta na pożegnanie i wyszedł z domu na pozornie spokojny dyżur.
Tymczasem znaleźli się tu razem na skraju...
...cholera nie chciał myśleć, czego, ale nie mógł być ślepy na to, że to miało jasną przyczynę. Zamiast teleportować się w jakieś bezpieczne miejsce, Geraldine walczyła z oprawcami. Sama. Niemal przegrywając. Mało brakowało a byłoby...
NIE.
Stłumił to w sobie, zdusił. Musiał zachowywać się z należytym opanowaniem, wymyślając coś, choć nie miał niemal żadnych możliwości.
Choć może?
Mimowolnie skierował wzrok w stronę różdżki leżącej na trawie, rozważając tę jedną myśl.
Nie wiedział, w jaki sposób.
To zabolało jak rozżarzony pręt wbity między żebra wycelowany w serce.
Powinien wiedzieć jak.
Zacisnął wargi, po czym spróbował rozluźnić jeszcze bardziej zaciśniętą szczękę, żeby odpowiedzieć.
- To dobrze. Bardzo dobrze - odpowiedział szeptem, żeby podtrzymać ich rozmowę, bo dzięki temu wiedział, że nie było najgorzej i mógł dostrzec, jeśli gdzieś by mu odpłynęła.
Przede wszystkim nie mógł do tego dopuścić i był tego całkowicie świadomy. Mogłoby się wydawać, że poddanie się słabości i zawrotom głowy przyniosłoby ulgę Geraldine. Nic bardziej mylnego. Nie mogła mu tu zemdleć, toteż przez cały czas starał się ją kołysać i kilkukrotnie strzelił palcami przy jej twarzy, żeby na niego spojrzała.
Było ciężko. Nigdy nie powiedziałby, że będzie tak trudno radzić sobie z całkowitą bezradnością. Ruszył w teren przygotowany na różne okoliczności. W teorii wiedział co tu zastanie, ale nie miał przy sobie nic, co mogłoby pomóc. Jeżeli cokolwiek takiego istniało to nie było mu znane.
Musiał się dokształcić. Poznać coś więcej na ten temat, sięgnąć głębiej w kierunku informacji, których teraz nie posiadał. Uzdrowicielskie księgi nie miały mu w tym pomóc tak samo jak czcze dyskusje z magimedykami z oddziału urazów pozaklęciowych i klątw. Wiedział, co by znalazł i jaka byłaby odpowiedź.
Ministerstwo skutecznie osłabiło program OPCM już na poziomie Hogwartu a na stażu w Mungu nie uczono wiele więcej. Przynajmniej w jego oczach, bo teoretycznie mówiono, jak leczyć, ale on w tym momencie potrzebował wiedzieć znacznie więcej. Na tyle dużo, żeby już nigdy nie czuć tej bezsilności i bezradności, gdy wiedział, że mógł coś zrobić. Bardzo mgliście wiedział co, coś czego nie uczono powszechnie jako praktyk medycznych, ale nie miał pojęcia jak.
W końcu podjął najlepszą z możliwych decyzji. Widząc kolory powoli powracające na twarz Geraldine i to, że dziewczyna nie trzęsie się już aż tak bardzo, doszedł do jedynego logicznego wniosku. W dalszym ciągu obejmował ją ramieniem, jednak w pewnej chwili kątem oka zlokalizował swoją różdżkę i zabrał jedną dłoń z ciała ukochanej.
Sięgnął na trawę, po czym wyciągnął ramię w górę, posyłając strumień jednobarwnych iskier w niebo zgodnie z przyjętym systemem kategoryzowania przypadków medycznych. Ani przez chwilę nie wahał się z przypisaniem właściwego. Pozostało czekać.
Potrzebował pomocy w dalszym postępowaniu. Nie bez powodu posłano z nim Irę, który teraz był martwy. Całe szczęście, bo dzięki temu już nie mógł bardziej zaszkodzić. Świadomość bezpośredniego zetknięcia się z wężem w ludzkiej skórze nie była ani trochę szokująca. Greengrass spodziewał się takiego obrotu spraw. Prędzej niż później.
Młody uzdrowiciel był trupem udowadniającym, że nikomu nie można było dłużej ufać. Ambroise nie pracował bezpośrednio z nim. Mieli nikłą styczność podczas stażu i wykładów dawanych przez starszego mężczyznę, ale Ira zdecydowanie nie wyglądał na Śmierciożercę ani poplecznika Lorda Voldemorta. Może dlatego powinien być naturalnym pierwszym podejrzanym.
Jego panika była nienaturalna. Teatralna i przerysowana. Zwracał na siebie uwagę. Odwracał ją od otoczenia. Rozpraszał Gregory'ego i Gracjana, którzy z jakiegoś powodu w dalszym ciągu nie pojawili się w okolicy. Powinni tu być. Nie żyli? Nie wyglądali na słabeuszy. Może nie byli zbyt inteligentni, ale z pewnością potrafili walczyć.
Z drugiej strony byli tymi, którzy w większej mierze starali się pokazać martwemu uzdrowicielowi swoją siłę i to, że są odpowiednimi ludźmi do ochrony. Skoro Ira był w stanie na dłuższą chwilę zamroczyć i oszukać przeczucie Ambroisa to tamtych z pewnością tym bardziej.
Byli trupami. Nie musiał tego analizować. To było jasne.
- Zabiorę cię do szpitala. Musi cię obejrzeć ktoś kto się bardziej zna na czarnej magii i może lepiej ocenić twój stan - opuścił różdżkę, na powrót objął Geraldine drugim ramieniem i oparł podbródek o czubek jej głowy składając na nim pocałunek.
Nie do końca kontrolował swój przekaz. To, co mówił było ciche i przeznaczone wyłącznie dla uszu ukochanej, ale zamiast dać do zrozumienia, że powinien się nią zająć ktoś, kto zna się na czarnej magii i jej wpływie instynktownie użył tego drobnego słowa bardziej zlepionego z równie wymownym lepiej.
Znał się na czarnej magii. Nie był w niej ekspertem, ale miał z nią styczność nie tylko podczas leczenia obrażeń a również ich zadawania, czego dał wręcz zatrważająco wyśmienity pokaz kilka chwil wcześniej.
Swój najgłębszy epizod zaliczył cztery lata temu. Tak właściwie to nawet pięć lat wcześniej, choć nie było to po raz pierwszy. Od prawie połowy dekady nie czuł ku temu tamtych pierwotnych ciągot. Odkąd ze sobą byli trzymał się w ryzach. Miał wszystko, czego potrzebował. Był szczęśliwy i spełniony.
Do tego momentu... ...choć gdyby głębiej się zastanowił, pierwsza rysa na szkle pojawiła się podczas pamiętnego marszu charłaków, może nawet trochę wcześniej. Wtedy, kiedy przywiązał się do swojej nowej rzeczywistości tak bardzo, że zaczął reflektować się, uważać na to, żeby nie podejmować nierozsądnego ryzyka ani nie zabierać ciemnych sprawek do domu. Wtedy pojawił się podstępny lęk wślizgujący się niepostrzeżenie pod skórę i mieszający w głowie.
To on podpowiedział mu tego wieczoru jedyną możliwość zajęcia się oprawcami, teraz tymczasowo był zadowolony ujściem na zewnątrz, ale Greengrass nadal czuł go gdzieś z tyłu głowy.
Pulsował mu w niej również wtedy, kiedy wreszcie pojawił się dodatkowy uzdrowiciel do pomocy w jak najdelikatniejszym zajęciu się poszkodowaną Geraldine i przetransportowaniu jej do szpitala, w którym już panował chaos.
Tymczasem znaleźli się tu razem na skraju...
...cholera nie chciał myśleć, czego, ale nie mógł być ślepy na to, że to miało jasną przyczynę. Zamiast teleportować się w jakieś bezpieczne miejsce, Geraldine walczyła z oprawcami. Sama. Niemal przegrywając. Mało brakowało a byłoby...
NIE.
Stłumił to w sobie, zdusił. Musiał zachowywać się z należytym opanowaniem, wymyślając coś, choć nie miał niemal żadnych możliwości.
Choć może?
Mimowolnie skierował wzrok w stronę różdżki leżącej na trawie, rozważając tę jedną myśl.
Nie wiedział, w jaki sposób.
To zabolało jak rozżarzony pręt wbity między żebra wycelowany w serce.
Powinien wiedzieć jak.
Zacisnął wargi, po czym spróbował rozluźnić jeszcze bardziej zaciśniętą szczękę, żeby odpowiedzieć.
- To dobrze. Bardzo dobrze - odpowiedział szeptem, żeby podtrzymać ich rozmowę, bo dzięki temu wiedział, że nie było najgorzej i mógł dostrzec, jeśli gdzieś by mu odpłynęła.
Przede wszystkim nie mógł do tego dopuścić i był tego całkowicie świadomy. Mogłoby się wydawać, że poddanie się słabości i zawrotom głowy przyniosłoby ulgę Geraldine. Nic bardziej mylnego. Nie mogła mu tu zemdleć, toteż przez cały czas starał się ją kołysać i kilkukrotnie strzelił palcami przy jej twarzy, żeby na niego spojrzała.
Było ciężko. Nigdy nie powiedziałby, że będzie tak trudno radzić sobie z całkowitą bezradnością. Ruszył w teren przygotowany na różne okoliczności. W teorii wiedział co tu zastanie, ale nie miał przy sobie nic, co mogłoby pomóc. Jeżeli cokolwiek takiego istniało to nie było mu znane.
Musiał się dokształcić. Poznać coś więcej na ten temat, sięgnąć głębiej w kierunku informacji, których teraz nie posiadał. Uzdrowicielskie księgi nie miały mu w tym pomóc tak samo jak czcze dyskusje z magimedykami z oddziału urazów pozaklęciowych i klątw. Wiedział, co by znalazł i jaka byłaby odpowiedź.
Ministerstwo skutecznie osłabiło program OPCM już na poziomie Hogwartu a na stażu w Mungu nie uczono wiele więcej. Przynajmniej w jego oczach, bo teoretycznie mówiono, jak leczyć, ale on w tym momencie potrzebował wiedzieć znacznie więcej. Na tyle dużo, żeby już nigdy nie czuć tej bezsilności i bezradności, gdy wiedział, że mógł coś zrobić. Bardzo mgliście wiedział co, coś czego nie uczono powszechnie jako praktyk medycznych, ale nie miał pojęcia jak.
W końcu podjął najlepszą z możliwych decyzji. Widząc kolory powoli powracające na twarz Geraldine i to, że dziewczyna nie trzęsie się już aż tak bardzo, doszedł do jedynego logicznego wniosku. W dalszym ciągu obejmował ją ramieniem, jednak w pewnej chwili kątem oka zlokalizował swoją różdżkę i zabrał jedną dłoń z ciała ukochanej.
Sięgnął na trawę, po czym wyciągnął ramię w górę, posyłając strumień jednobarwnych iskier w niebo zgodnie z przyjętym systemem kategoryzowania przypadków medycznych. Ani przez chwilę nie wahał się z przypisaniem właściwego. Pozostało czekać.
Potrzebował pomocy w dalszym postępowaniu. Nie bez powodu posłano z nim Irę, który teraz był martwy. Całe szczęście, bo dzięki temu już nie mógł bardziej zaszkodzić. Świadomość bezpośredniego zetknięcia się z wężem w ludzkiej skórze nie była ani trochę szokująca. Greengrass spodziewał się takiego obrotu spraw. Prędzej niż później.
Młody uzdrowiciel był trupem udowadniającym, że nikomu nie można było dłużej ufać. Ambroise nie pracował bezpośrednio z nim. Mieli nikłą styczność podczas stażu i wykładów dawanych przez starszego mężczyznę, ale Ira zdecydowanie nie wyglądał na Śmierciożercę ani poplecznika Lorda Voldemorta. Może dlatego powinien być naturalnym pierwszym podejrzanym.
Jego panika była nienaturalna. Teatralna i przerysowana. Zwracał na siebie uwagę. Odwracał ją od otoczenia. Rozpraszał Gregory'ego i Gracjana, którzy z jakiegoś powodu w dalszym ciągu nie pojawili się w okolicy. Powinni tu być. Nie żyli? Nie wyglądali na słabeuszy. Może nie byli zbyt inteligentni, ale z pewnością potrafili walczyć.
Z drugiej strony byli tymi, którzy w większej mierze starali się pokazać martwemu uzdrowicielowi swoją siłę i to, że są odpowiednimi ludźmi do ochrony. Skoro Ira był w stanie na dłuższą chwilę zamroczyć i oszukać przeczucie Ambroisa to tamtych z pewnością tym bardziej.
Byli trupami. Nie musiał tego analizować. To było jasne.
- Zabiorę cię do szpitala. Musi cię obejrzeć ktoś kto się bardziej zna na czarnej magii i może lepiej ocenić twój stan - opuścił różdżkę, na powrót objął Geraldine drugim ramieniem i oparł podbródek o czubek jej głowy składając na nim pocałunek.
Nie do końca kontrolował swój przekaz. To, co mówił było ciche i przeznaczone wyłącznie dla uszu ukochanej, ale zamiast dać do zrozumienia, że powinien się nią zająć ktoś, kto zna się na czarnej magii i jej wpływie instynktownie użył tego drobnego słowa bardziej zlepionego z równie wymownym lepiej.
Znał się na czarnej magii. Nie był w niej ekspertem, ale miał z nią styczność nie tylko podczas leczenia obrażeń a również ich zadawania, czego dał wręcz zatrważająco wyśmienity pokaz kilka chwil wcześniej.
Swój najgłębszy epizod zaliczył cztery lata temu. Tak właściwie to nawet pięć lat wcześniej, choć nie było to po raz pierwszy. Od prawie połowy dekady nie czuł ku temu tamtych pierwotnych ciągot. Odkąd ze sobą byli trzymał się w ryzach. Miał wszystko, czego potrzebował. Był szczęśliwy i spełniony.
Do tego momentu... ...choć gdyby głębiej się zastanowił, pierwsza rysa na szkle pojawiła się podczas pamiętnego marszu charłaków, może nawet trochę wcześniej. Wtedy, kiedy przywiązał się do swojej nowej rzeczywistości tak bardzo, że zaczął reflektować się, uważać na to, żeby nie podejmować nierozsądnego ryzyka ani nie zabierać ciemnych sprawek do domu. Wtedy pojawił się podstępny lęk wślizgujący się niepostrzeżenie pod skórę i mieszający w głowie.
To on podpowiedział mu tego wieczoru jedyną możliwość zajęcia się oprawcami, teraz tymczasowo był zadowolony ujściem na zewnątrz, ale Greengrass nadal czuł go gdzieś z tyłu głowy.
Pulsował mu w niej również wtedy, kiedy wreszcie pojawił się dodatkowy uzdrowiciel do pomocy w jak najdelikatniejszym zajęciu się poszkodowaną Geraldine i przetransportowaniu jej do szpitala, w którym już panował chaos.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down