28.10.2024, 02:57 ✶
Kurwa mać.
Światło na końcu jego różdżki zgasło niemal równocześnie z końcem zaklęcia u Yaxley. W tym momencie nie miał jak ponownie spróbować oświetlić jaskini. Musiał skoncentrować się na otoczeniu w tej bladej, rozmytej odrobinie światła jakie im zostało, co samo w sobie nie było łatwe a wrażenie wewnętrznego niepokoju, które cały czas dyszało mu w kark wcale nic nie ułatwiało. W pierwszej możliwej chwili miał podjąć próbę przywrócenia swojego źródła światła.
To było przeklęte miejsce. Cholerna pułapka, w którą dobrowolnie powędrowali. Nie to, żeby mieli jakąkolwiek inną możliwość. A jeśli nawet to teraz już nie. Resztki kontroli nad sytuacją zaczęły wyparowywać tak szybko, jakby byli pod rozgrzaną soczewką. Tyle tylko, że wokół było przejmująco chłodno i wilgotno.
Zacisnął dłoń na talii Geraldine, ściskając ją wyczuwalnie. Trzykrotnie puszczając nacisk i ponownie go intensyfikując w próbie przeniesienia na siebie chociaż części uwagi kobiety, mimo ciemności wyraźnie poszukując jej spojrzenia. Kiedy wreszcie je odnalazł, wbił spojrzenie w oczy Yaxleyówny, biorąc głęboki wdech przez nos i wypuszczając go przez dotychczas mimowolnie zaciskane usta.
Jeśli to przeżyją, kiedy to przeżyją (należało to wyraźnie zaznaczyć) będzie mógł napisać własną wersję poradnika jak nie wypierdalać prawie dwóch dekad przyjaźni do kosza. Nie bawiło go to, o nie, tylko przerażało. Jeszcze godzinę, może trochę więcej temu cieszył się z widoku przyjaciela. W tym leżała ironia losu.
Chujem był, nie przyjacielem, zdrajcą, mendą najgorszego sortu - w tym momencie nie żywił do siebie nic prócz czystej odrazy. Nawet on ze swoją skłonnością do tłumaczenia własnych uczynków przed samym sobą w taki sposób, aby nie ucierpiało na tym jego ego, teraz nie był w stanie tego zrobić.
Nie mógł znaleźć dla siebie żadnego wytłumaczenia ponad to, że nie mógł iść, nie mógł nie zostać. Jednocześnie w głębi duszy nie mógł nie iść, ale to oznaczałoby coś równie złego.
Tu nie było właściwej decyzji. Niezależnie od tego, co by zrobił. Wszystkie decyzje były złe. Nie widział żadnej trzeciej alternatywy. Sądził, że jest przygotowany na podejmowanie trudnych decyzji, jednakże w swoim zacietrzewieniu i wynikającym z niego zamroczeniu umysłowym nie wziął pod uwagę tego, że wybór miał tyczyć się nie jego losu a kogoś mu bliskiego. Innego niż Geraldine, bo tu sprawa była brutalnie jasna.
- Obiecałem, że cię nie zostawię. Idziemy w to razem - odezwał się twardo przez zaciśnięte gardło - słowa jakimś cudem przedostały się przez palącą gulę śliny i wyrzutów sumienia.
Nie brzmiały dobrze. Odbijały się echem w jego głowie. Każdą falą w bardzo przytłaczający sposób, który tylko potęgował gorzkie wrażenie zamiast je zagłuszać. To było nie do uniknięcia. Tym bardziej, że nie mogli stąd wyjść. To było jasne. Greengrass ani przez chwilę nie wątpił w to, że nie zostaną wypuszczeni. Gdyby chodziło o niego, pewnie podjąłby próbę przeciwstawienia się wpływowi, ale wiedział, że nie zasugeruje tego Geraldine. Nie chciał pogarszać sytuacji.
- Stoisz? - Musiał usłyszeć wyraźne przytaknięcie, żeby w ogóle wziąć pod uwagę odsunięcie się w gotowości ponownej interwencji. - Dasz radę iść sama czy wesprzeć cię jeszcze chwilę, póki możemy sobie na to pozwolić? - Starał się mówić miękko i cicho, przezornie, żeby nie drażnić uszu kobiety.
Choć atak przeżyła wewnątrz głowy to wszystkie mocne dzwięki rozchodzące się na zewnątrz mogły pogorszyć wrażenie mentalnego bólu. A echo mogło je niepotrzebnie podbijać. Coś o tym wiedzieli, nie? To nie było ich pierwsze mentalne rodeo.
Dopóki mieli taką możliwość, sugerował nie unoszenie się honorem i udawanie, że wszystko jest w porządku, jeśli ewidentnie nie było jeszcze moment wcześniej. Wbrew napięciom cel był jasny.
Zbyt jasny.
- Nie powinniśmy się jeszcze bardziej rozdzielać - odezwał się brzmiąc źle nawet dla siebie, nawet jeśli nadawał tym słowom stanowcze brzmienie.
To było ze wszech miar niewłaściwe, ale znaleźli się w tym miejscu z jednego powodu i jeżeli nie mogli cofnąć się razem to nie powinni cofać się wcale.
Nienawidził się za to. Jak on się za to nienawidził. Samoświadomość była przekleństwem nie do uniknięcia. Nie tym razem.
- Nie możemy się cofnąć, jeśli Geraldine nie jest w stanie. Thomas wiedział na co się pisze - czy aby na pewno? - zasłanianie się świadomością podejmowanego ryzyka było domeną Greengrassa, ale to też w tym momencie sprawiło mu trudność. - Musimy doprowadzić sprawę do końca - stwierdził.
Nie powinni zatracić świadomości, dlaczego się tu znaleźli. Nie chciał brać tego pod uwagę, ale tym bardziej, jeśli jedno z nich już poniosło koszt poświęcenia się dla sprawy. Musieli ruszyć dalej.
Mimo to decyzja należała do Crowa. On zamierzał zawrócić kolejny raz i ruszyć dalej wgłąb korytarza za Geraldine lub obok niej.
Kształtowanie (••) na ponowne oświetlenie jaskini przy użyciu różdżki - zakładam, że to ten moment, gdzie rzut może być konieczny.
Światło na końcu jego różdżki zgasło niemal równocześnie z końcem zaklęcia u Yaxley. W tym momencie nie miał jak ponownie spróbować oświetlić jaskini. Musiał skoncentrować się na otoczeniu w tej bladej, rozmytej odrobinie światła jakie im zostało, co samo w sobie nie było łatwe a wrażenie wewnętrznego niepokoju, które cały czas dyszało mu w kark wcale nic nie ułatwiało. W pierwszej możliwej chwili miał podjąć próbę przywrócenia swojego źródła światła.
To było przeklęte miejsce. Cholerna pułapka, w którą dobrowolnie powędrowali. Nie to, żeby mieli jakąkolwiek inną możliwość. A jeśli nawet to teraz już nie. Resztki kontroli nad sytuacją zaczęły wyparowywać tak szybko, jakby byli pod rozgrzaną soczewką. Tyle tylko, że wokół było przejmująco chłodno i wilgotno.
Zacisnął dłoń na talii Geraldine, ściskając ją wyczuwalnie. Trzykrotnie puszczając nacisk i ponownie go intensyfikując w próbie przeniesienia na siebie chociaż części uwagi kobiety, mimo ciemności wyraźnie poszukując jej spojrzenia. Kiedy wreszcie je odnalazł, wbił spojrzenie w oczy Yaxleyówny, biorąc głęboki wdech przez nos i wypuszczając go przez dotychczas mimowolnie zaciskane usta.
Jeśli to przeżyją, kiedy to przeżyją (należało to wyraźnie zaznaczyć) będzie mógł napisać własną wersję poradnika jak nie wypierdalać prawie dwóch dekad przyjaźni do kosza. Nie bawiło go to, o nie, tylko przerażało. Jeszcze godzinę, może trochę więcej temu cieszył się z widoku przyjaciela. W tym leżała ironia losu.
Chujem był, nie przyjacielem, zdrajcą, mendą najgorszego sortu - w tym momencie nie żywił do siebie nic prócz czystej odrazy. Nawet on ze swoją skłonnością do tłumaczenia własnych uczynków przed samym sobą w taki sposób, aby nie ucierpiało na tym jego ego, teraz nie był w stanie tego zrobić.
Nie mógł znaleźć dla siebie żadnego wytłumaczenia ponad to, że nie mógł iść, nie mógł nie zostać. Jednocześnie w głębi duszy nie mógł nie iść, ale to oznaczałoby coś równie złego.
Tu nie było właściwej decyzji. Niezależnie od tego, co by zrobił. Wszystkie decyzje były złe. Nie widział żadnej trzeciej alternatywy. Sądził, że jest przygotowany na podejmowanie trudnych decyzji, jednakże w swoim zacietrzewieniu i wynikającym z niego zamroczeniu umysłowym nie wziął pod uwagę tego, że wybór miał tyczyć się nie jego losu a kogoś mu bliskiego. Innego niż Geraldine, bo tu sprawa była brutalnie jasna.
- Obiecałem, że cię nie zostawię. Idziemy w to razem - odezwał się twardo przez zaciśnięte gardło - słowa jakimś cudem przedostały się przez palącą gulę śliny i wyrzutów sumienia.
Nie brzmiały dobrze. Odbijały się echem w jego głowie. Każdą falą w bardzo przytłaczający sposób, który tylko potęgował gorzkie wrażenie zamiast je zagłuszać. To było nie do uniknięcia. Tym bardziej, że nie mogli stąd wyjść. To było jasne. Greengrass ani przez chwilę nie wątpił w to, że nie zostaną wypuszczeni. Gdyby chodziło o niego, pewnie podjąłby próbę przeciwstawienia się wpływowi, ale wiedział, że nie zasugeruje tego Geraldine. Nie chciał pogarszać sytuacji.
- Stoisz? - Musiał usłyszeć wyraźne przytaknięcie, żeby w ogóle wziąć pod uwagę odsunięcie się w gotowości ponownej interwencji. - Dasz radę iść sama czy wesprzeć cię jeszcze chwilę, póki możemy sobie na to pozwolić? - Starał się mówić miękko i cicho, przezornie, żeby nie drażnić uszu kobiety.
Choć atak przeżyła wewnątrz głowy to wszystkie mocne dzwięki rozchodzące się na zewnątrz mogły pogorszyć wrażenie mentalnego bólu. A echo mogło je niepotrzebnie podbijać. Coś o tym wiedzieli, nie? To nie było ich pierwsze mentalne rodeo.
Dopóki mieli taką możliwość, sugerował nie unoszenie się honorem i udawanie, że wszystko jest w porządku, jeśli ewidentnie nie było jeszcze moment wcześniej. Wbrew napięciom cel był jasny.
Zbyt jasny.
- Nie powinniśmy się jeszcze bardziej rozdzielać - odezwał się brzmiąc źle nawet dla siebie, nawet jeśli nadawał tym słowom stanowcze brzmienie.
To było ze wszech miar niewłaściwe, ale znaleźli się w tym miejscu z jednego powodu i jeżeli nie mogli cofnąć się razem to nie powinni cofać się wcale.
Nienawidził się za to. Jak on się za to nienawidził. Samoświadomość była przekleństwem nie do uniknięcia. Nie tym razem.
- Nie możemy się cofnąć, jeśli Geraldine nie jest w stanie. Thomas wiedział na co się pisze - czy aby na pewno? - zasłanianie się świadomością podejmowanego ryzyka było domeną Greengrassa, ale to też w tym momencie sprawiło mu trudność. - Musimy doprowadzić sprawę do końca - stwierdził.
Nie powinni zatracić świadomości, dlaczego się tu znaleźli. Nie chciał brać tego pod uwagę, ale tym bardziej, jeśli jedno z nich już poniosło koszt poświęcenia się dla sprawy. Musieli ruszyć dalej.
Mimo to decyzja należała do Crowa. On zamierzał zawrócić kolejny raz i ruszyć dalej wgłąb korytarza za Geraldine lub obok niej.
Kształtowanie (••) na ponowne oświetlenie jaskini przy użyciu różdżki - zakładam, że to ten moment, gdzie rzut może być konieczny.
Rzut N 1d100 - 89
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down