Owszem, to, że słońce ponownie uraczy ludzkość swymi promieniami o brzasku, gdy księżyc zakończy swą wędrówkę po nocnym firmamencie, było jedną z niewielu kwestii, które zdawały się niezmiennie. Gdyby było inaczej, spora część społeczeństwa zapewne by oszalała z niewiedzy przed tym, że nawet tak podstawowy element najbliższej przyszłości zdaje się zamknięty w sidłach niepewności.
Lupinowi zwłaszcza w tej chwili, zależało jednak na czymś więcej niż egzystowanie ze świadomością, że co by się nie działo, świat i tak ruszy do przodu. Otóż bardzo by mu zależało na tym, aby dożyć kolejnego dnia. I powtórzyć ten proces nawet nie dziesiątki, a wręcz setki razy, dopóki nie wyląduje zniedołężniały w domu spokojnej starości, gdzieś na wsi, z dala od miasta.
Być może właśnie dlatego Śmierć, która znalazła się na jego drodze, nie wydawała się mu w tym momencie straszna, gdyż automatycznie urosła w jego oczach do rangi Wybawiciela; kogoś, kto wyciągnie go z opresji. Jeśli mężczyźnie o ciemnych oczach ten tytuł się nie podobał, to może Tymczasowy-Towarzysz-W-Drodze-Do-Bezpiecznego-Miejsca bardziej przypadnie mu do gustu.
W każdym razie Cameron nawet się ucieszył, że ktoś postanowił go zatrzymać. Gdyby nie to, tłum pociągnąłby go do samego centrum tego chaosu, a tam chyba nawet Merlin do spółki z Morganą woleliby nie wiedzieć, co się odkurwiało. Automatycznie podniósł wzrok w górę, spoglądając na twarz swojego bohatera.
— D-d-dzięki — wydusił z siebie, nie zauważając nawet, że pod wpływem jakże stresujących okoliczności, głos momentalnie zaczął mu drżeć.
Zanurzył spojrzenie w pozornie bezdennej głębi oczu Sauriela. Nie zdołał powiedzieć nic więcej, gdyż został przyciągnięty do obcego, który w tym samym czasie odepchnął innego bliżej nieokreślonego nieznajomego. Cóż, to było niefortunne. Dla tego nieznajomego oczywiście.
— T-t-trzeba s-się s-s-stąd w-w-w-wynosić. T-to jest j-jakaś w-w-wielka r-rozpierducha — zauważył całkiem logicznie, chociaż nie bardzo wiedząc, jak osiągnąć ten cel. Wzrok Lupina błądził bezmyślnie po fasadzie jednej z kamienic przy ulicy, jakby oczekiwał, że na elewacji ktoś wypisał dokładne instrukcje na temat tego typu incydentów.
Nie mógł się zbytnio poruszyć, o ile Sauriel nie zmniejszył siły uścisku, ale dalej mógł poruszać głową, toteż jego wzrok koniec końców spoczął na poznaczonych śladami krwi palcach starszego czarodzieja. Cameron wybałuszył oczy, przełykając głośno ślinę. Widok posoki nie był mu obcy, ale ciężko było porównać rany odniesione podczas zamieszek w Londynie do takich z bójki na szkolnych błoniach. Omiótł spojrzeniem tłum, chociaż pośród zawołań, zaklęć, które już na tym etapie latały w najróżniejsze strony, ciężko mu było skupić się na czymkolwiek konkretnych.
— P-potrzebujesz l-l-leczenia — dodał bez namysłu. Cóż, jeśli jego Wybawca mógł go bezpiecznie przeprowadzić przez tłum w bezpieczne miejsce, to miał pomysł, jak mu podziękować za tę odwagę i ludzką przyzwoitość. Jak tylko przestanie się jakąś, to wystarczy parę machnięć różdżką i po poranionych kłykciach nie będzie śladu.