28.10.2024, 14:18 ✶
To była trudna noc, ale następne godziny wcale nie przyniosły ulgi. Sytuacja zaczęła się stabilizować. Stan jego dziewczyny nie był dobry, ale nie był też już tak zły jak z początku. Mogła spać spokojnie a on nie musiał dłużej obawiać się o to, że jeśli ukochana pogrąży się w niebycie to już z tego nie wyjdzie.
Nie odzywał się. Zawiesił się gdzieś na granicy między świadomością konieczności cierpliwego siedzenia na niewygodnym krześle a niespokojnym wyczekiwaniem w mentalnej próżni. Myśli, które kłębiły się w jego głowie umknęły dawno temu.
Drgnął wyrwany z zamroczenia.
- Mhm - odburknął unosząc głowę i obdarzając Geraldine ciężkim, posępnym spojrzeniem.
Wystarczyło, że otworzyła usta a on zamiast ulgi, że się nareszcie obudziła, poczuł ogarniającą go irytację, której nawet nie potrafił powstrzymać. Zresztą wcale nie chciał tego robić. Był przemęczony tym, co wydarzyło się w przeciągu wszystkich tych godzin. Najpierw ulatujących przez palce, później bezlitośnie dłużących się.
Nie miał pojęcia, czego oczekiwał, ale na pewno nie tego kurewsko heroicznego pytania, które dotarło do niego od strony łóżka. Już w pierwszym instynkcie cały się spiął, choć jeszcze kilkadziesiąt sekund wcześniej pokładał się na krześle, niemalże całkiem opierając górną połowę ciała o pościel.
Obiecali sobie, że nie będą robić takich rzeczy. Mieli nie angażować się bez potrzeby w nieswoją walkę. Oczywiście dopuszczał konieczną interwencję, ale przede wszystkim z rozsądkiem. Miała myśleć głównie o sobie tymczasem zaangażowała się w starcie ze zbyt dużą liczbą groźnych przeciwników po to, żeby ratować życie kogoś, kto nawet przez moment nie zreflektował się, że powinien dołączyć do wymiany ognia.
Nie. Cała tamta rodzina umknęła jak banda tchórzy. Włącznie z mężczyzną, po którym Ambroise spodziewałby się chronienia własnej rodziny za wszelką cenę a nie brania nóg za pas jak lękliwy pies. Znał go, wydawało mu się, że to zupełnie inny typ człowieka, ale David w momencie starcia wybrał poświęcenie kogoś kto wcale nie musiał mu pomóc. Rzucił się do ucieczki razem z żoną i dziećmi. Poddał walkę.
A ona wciąż pytała o to czy wszystko było z nim w porządku i czy przeżył. Kurwa mać.
Nawet nie miał w sobie na tyle odwagi cywilnej, żeby pojawić się na sali. Greengrass widział go w korytarzu. Wiedział, że mężczyzna wie. Wymienili spojrzenia. Mugolak odwrócił wzrok, spuścił głowę i umknął do gabinetu, w którym ktoś badał jego całkowicie bezpieczne, nienaruszone fizycznie ani mentalnie (no, może poza strachem) pociechy. Nie miał domu, ale miał dostatecznie dużo galeonów, żeby stąd wyjechać. Cały i zdrowy.
Za to właśnie Yaxleyówna chciała zginąć. Dla osoby tego pokroju. Po tym, co obiecała, gdy wojna dopiero się rozpoczynała. Złamanie danego słowa bolało tym bardziej. Dodatkowo potęgowane wrażeniem, że tym razem było naprawdę blisko. Pół minuty, może kilka. Traf losu chciał, że nie doszło do większej tragedii.
Zostawiłaby go tu samego. Tak po prostu. Mógłby nawet o tym nie wiedzieć. Mógłby ruszyć w innym kierunku nie wiedząc, że umierała gdzieś tam zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Mógłby do kurwy nędzy! natknąć się później na jej martwe, pozbawione życia ciało i puste zamglone oczy.
A ona pytała o stan kogoś kto nie potrafił nawet postawić tu stopy? Nie mówiąc nawet o słowach. Żalu, wdzięczności, wyrazie skruchy.
Roise naprawdę nie wiedział jak miałby z nią rozmawiać w tej chwili. Cała fala wcześniejszych uczuć znowu rozlała się po jego ociężałym ciele. Tym razem poczuł przede wszystkim wściekłość, bo nie rozumiał. Naprawdę nie rozumiał, czemu mu to robiła. Zacisnął dłonie na brzegu łóżka aż pobielały mu knykcie, przełknął gulę w gardle, ale wróciła niemal natychmiast. To rozgoryczenie było niepowstrzymane.
Nie odzywał się. Zawiesił się gdzieś na granicy między świadomością konieczności cierpliwego siedzenia na niewygodnym krześle a niespokojnym wyczekiwaniem w mentalnej próżni. Myśli, które kłębiły się w jego głowie umknęły dawno temu.
Drgnął wyrwany z zamroczenia.
- Mhm - odburknął unosząc głowę i obdarzając Geraldine ciężkim, posępnym spojrzeniem.
Wystarczyło, że otworzyła usta a on zamiast ulgi, że się nareszcie obudziła, poczuł ogarniającą go irytację, której nawet nie potrafił powstrzymać. Zresztą wcale nie chciał tego robić. Był przemęczony tym, co wydarzyło się w przeciągu wszystkich tych godzin. Najpierw ulatujących przez palce, później bezlitośnie dłużących się.
Nie miał pojęcia, czego oczekiwał, ale na pewno nie tego kurewsko heroicznego pytania, które dotarło do niego od strony łóżka. Już w pierwszym instynkcie cały się spiął, choć jeszcze kilkadziesiąt sekund wcześniej pokładał się na krześle, niemalże całkiem opierając górną połowę ciała o pościel.
Obiecali sobie, że nie będą robić takich rzeczy. Mieli nie angażować się bez potrzeby w nieswoją walkę. Oczywiście dopuszczał konieczną interwencję, ale przede wszystkim z rozsądkiem. Miała myśleć głównie o sobie tymczasem zaangażowała się w starcie ze zbyt dużą liczbą groźnych przeciwników po to, żeby ratować życie kogoś, kto nawet przez moment nie zreflektował się, że powinien dołączyć do wymiany ognia.
Nie. Cała tamta rodzina umknęła jak banda tchórzy. Włącznie z mężczyzną, po którym Ambroise spodziewałby się chronienia własnej rodziny za wszelką cenę a nie brania nóg za pas jak lękliwy pies. Znał go, wydawało mu się, że to zupełnie inny typ człowieka, ale David w momencie starcia wybrał poświęcenie kogoś kto wcale nie musiał mu pomóc. Rzucił się do ucieczki razem z żoną i dziećmi. Poddał walkę.
A ona wciąż pytała o to czy wszystko było z nim w porządku i czy przeżył. Kurwa mać.
Nawet nie miał w sobie na tyle odwagi cywilnej, żeby pojawić się na sali. Greengrass widział go w korytarzu. Wiedział, że mężczyzna wie. Wymienili spojrzenia. Mugolak odwrócił wzrok, spuścił głowę i umknął do gabinetu, w którym ktoś badał jego całkowicie bezpieczne, nienaruszone fizycznie ani mentalnie (no, może poza strachem) pociechy. Nie miał domu, ale miał dostatecznie dużo galeonów, żeby stąd wyjechać. Cały i zdrowy.
Za to właśnie Yaxleyówna chciała zginąć. Dla osoby tego pokroju. Po tym, co obiecała, gdy wojna dopiero się rozpoczynała. Złamanie danego słowa bolało tym bardziej. Dodatkowo potęgowane wrażeniem, że tym razem było naprawdę blisko. Pół minuty, może kilka. Traf losu chciał, że nie doszło do większej tragedii.
Zostawiłaby go tu samego. Tak po prostu. Mógłby nawet o tym nie wiedzieć. Mógłby ruszyć w innym kierunku nie wiedząc, że umierała gdzieś tam zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Mógłby do kurwy nędzy! natknąć się później na jej martwe, pozbawione życia ciało i puste zamglone oczy.
A ona pytała o stan kogoś kto nie potrafił nawet postawić tu stopy? Nie mówiąc nawet o słowach. Żalu, wdzięczności, wyrazie skruchy.
Roise naprawdę nie wiedział jak miałby z nią rozmawiać w tej chwili. Cała fala wcześniejszych uczuć znowu rozlała się po jego ociężałym ciele. Tym razem poczuł przede wszystkim wściekłość, bo nie rozumiał. Naprawdę nie rozumiał, czemu mu to robiła. Zacisnął dłonie na brzegu łóżka aż pobielały mu knykcie, przełknął gulę w gardle, ale wróciła niemal natychmiast. To rozgoryczenie było niepowstrzymane.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down