28.10.2024, 17:16 ✶
Odkąd Geraldine się odezwała i przeniósł na nią początkowo puste spojrzenie sposępniałych zielonych oczu, nie spuszczał z niej wzroku. Miał wrażenie, że to jeden z momentów, w których minione lata odzwierciedlają się w każdej dostrzeżonej mikroekspresji. W tej chwili rzeczywiście mógł z niej czytać jak z książki. Nie obawiał się tego, że ona z niego również.
Nawet nie próbował tego komentować. Nie starał się unikać kontaktu wzrokowego, intensyfikując go, ale nie tak jak zwykle. Teraz był zły. Nie. Był wkurwiony. Wściekły, pełen napięcia, poczucia tego, że został oszukany.
Dała mu swoje słowo a rzuciła się do nierównej walki o kogoś kto nawet nie był dla nich istotny. Zupełnie tak, jakby szukała pretekstu, żeby to zrobić. Znalazła sposobność. Ambroise nie chciał wiedzieć czy chociażby przez chwilę zastanowiła się nad tym co to oznacza zanim rzuciła się między mugolaków a Śmierciożerców.
Wytłumaczenie zawsze się znajdowało. Mogła być mistrzynią wykrętów i wyjaśnień. Tak samo jak on. Zazwyczaj ufał jej osądowi i potrafił jej wybaczyć pochopne działanie. Oboje ryzykowali bardziej niż większość ludzi, ale teraz przekroczyła granicę.
Wiedziała z czym to się wiąże. Wielokrotnie rozmawiali o atakach i skutkach wojny, która zagarniała ich świat. Mówił jej o ofiarach przyjmowanych w Mungu oraz o tych, których nie dało się ratować. Ludzie ginęli coraz częściej. Niektórzy byli już zimni zanim nadeszła pomoc. Inni dogorywali na oczach uzdrowicieli. Jeśli mieli szczęście to na szpitalnym łóżku wśród bliskich.
Nie trudno byłoby domyślić się jak to dla niego wyglądało. Co z nim zrobiło. Szczególnie wtedy, kiedy dostrzegł przelotny wyraz ulgi na twarzy dziewczyny, kiedy zrozumiała, że tamci ludzie przeżyli. To było zbyt wiele. Skrzywił się, jakby trzasnęła go w twarz. Cały czas to teraz robiła.
On też czuł się torturowany.
- Jest ci źle? Z tym, co mamy? - Spytał grobowym tonem, przeszywając Geraldine prawie na wskroś świdrującym spojrzeniem ciemniejszych i bardziej matowych niż zazwyczaj oczu. - Chcesz mnie zostawić to odejdź. Potrzebujesz mojego przyzwolenia, żeby to zrobić? Wiesz, że go nie dostaniesz - kolejne słowa Ambroisa cieły powietrze z powolną, głęboką precyzją. - Ale to nie powód, żeby się zabijać - jeszcze panował nad falą gorąca i wściekłości wzbierającą w nim, trzymał to w ryzach, bo była osłabiona i nadal znajdowali się w szpitalu.
Nie to, aby mógł mieć problem z naskoczeniem na nią tu i teraz poza ich domem. Nie zostawiali prania brudów wyłącznie w czterech ścianach. Oboje dobrze zdawali sobie sprawę z tego, że potrafią to robić niemalże wszędzie i o każdej porze. Mimo to próbował się opanować.
Zacisnął dłonie na krawędzi łóżka, puszczał ją, ściskał kolejny raz. Oddychał głęboko przez nos, raz na jakiś czas zapominał się i syczał przez zaciśnięte zęby, wydychając powietrze ustami pogryzionymi z nerwów nocy.
- Planujesz dać się zabić? Brakuje ci czegoś w życiu? - Spytał z wyraźniejszą złością, mląc słowa zanim je wypowiadał. - Nie. Nie zjebałaś. Zjebać można eliksir. Ty - brakowało mu słów na to, co zrobiła - nikt mnie tak nigdy - nie zawiódł, nie przeraził, nie okłamał, nie potraktował jak człowieka trzeciej kategorii, kiedy przysięgał coś, co było łgarstwem, nie przyprawił o najgorszą noc w życiu, nie doprowadził na sam skraj, nie potraktował w taki sposób, nie wybrał nade mnie mugoli, nad nasz dom inny dom, nad naszą rodzinę inną rodzinę, nikt nigdy tego nie zrobił.
Nigdy nikomu nie dał takiej władzy. Wieloletniego kredytu zaufania, który stanął w płomieniach w jedną noc.
Ambroise wiedział, że nie chodziło o nich ani o niego. Jeszcze do wczoraj byli szczęśliwi. Tym bardziej bolały go te wybory. Czuł się tak, jakby strzaskała mu wazon na głowie. Nie zjebała. Nie spierdoliła. A powinna była zrobić to drugie. Zamiast tego byli tutaj. Całe szczęście razem. Na szczęście nie w kostnicy, nie na cmentarzu. Tej nocy zginęli ludzie. Powinni cieszyć się, że ich to ominęło, ale Greengrass czuł się tak daleki od ulgi jak tylko mógł.
- Twoi przyjaciele nie zainteresowali się czy żyjesz. Ani nie cofnęli się, żeby ci pomóc. Miej tego pełną świadomość - nie powinien tego mówić, ale to była prawda.
A przecież mówili sobie prawdę (w jego wypadku właściwsze byłoby: coraz bardziej warczeli nią na siebie, on warczał na Geraldine nawet tego nie dostrzegając). Byli ze sobą szczerzy? Nie byli. Traktowała ich gorzej od obcych.
Nawet nie próbował tego komentować. Nie starał się unikać kontaktu wzrokowego, intensyfikując go, ale nie tak jak zwykle. Teraz był zły. Nie. Był wkurwiony. Wściekły, pełen napięcia, poczucia tego, że został oszukany.
Dała mu swoje słowo a rzuciła się do nierównej walki o kogoś kto nawet nie był dla nich istotny. Zupełnie tak, jakby szukała pretekstu, żeby to zrobić. Znalazła sposobność. Ambroise nie chciał wiedzieć czy chociażby przez chwilę zastanowiła się nad tym co to oznacza zanim rzuciła się między mugolaków a Śmierciożerców.
Wytłumaczenie zawsze się znajdowało. Mogła być mistrzynią wykrętów i wyjaśnień. Tak samo jak on. Zazwyczaj ufał jej osądowi i potrafił jej wybaczyć pochopne działanie. Oboje ryzykowali bardziej niż większość ludzi, ale teraz przekroczyła granicę.
Wiedziała z czym to się wiąże. Wielokrotnie rozmawiali o atakach i skutkach wojny, która zagarniała ich świat. Mówił jej o ofiarach przyjmowanych w Mungu oraz o tych, których nie dało się ratować. Ludzie ginęli coraz częściej. Niektórzy byli już zimni zanim nadeszła pomoc. Inni dogorywali na oczach uzdrowicieli. Jeśli mieli szczęście to na szpitalnym łóżku wśród bliskich.
Nie trudno byłoby domyślić się jak to dla niego wyglądało. Co z nim zrobiło. Szczególnie wtedy, kiedy dostrzegł przelotny wyraz ulgi na twarzy dziewczyny, kiedy zrozumiała, że tamci ludzie przeżyli. To było zbyt wiele. Skrzywił się, jakby trzasnęła go w twarz. Cały czas to teraz robiła.
On też czuł się torturowany.
- Jest ci źle? Z tym, co mamy? - Spytał grobowym tonem, przeszywając Geraldine prawie na wskroś świdrującym spojrzeniem ciemniejszych i bardziej matowych niż zazwyczaj oczu. - Chcesz mnie zostawić to odejdź. Potrzebujesz mojego przyzwolenia, żeby to zrobić? Wiesz, że go nie dostaniesz - kolejne słowa Ambroisa cieły powietrze z powolną, głęboką precyzją. - Ale to nie powód, żeby się zabijać - jeszcze panował nad falą gorąca i wściekłości wzbierającą w nim, trzymał to w ryzach, bo była osłabiona i nadal znajdowali się w szpitalu.
Nie to, aby mógł mieć problem z naskoczeniem na nią tu i teraz poza ich domem. Nie zostawiali prania brudów wyłącznie w czterech ścianach. Oboje dobrze zdawali sobie sprawę z tego, że potrafią to robić niemalże wszędzie i o każdej porze. Mimo to próbował się opanować.
Zacisnął dłonie na krawędzi łóżka, puszczał ją, ściskał kolejny raz. Oddychał głęboko przez nos, raz na jakiś czas zapominał się i syczał przez zaciśnięte zęby, wydychając powietrze ustami pogryzionymi z nerwów nocy.
- Planujesz dać się zabić? Brakuje ci czegoś w życiu? - Spytał z wyraźniejszą złością, mląc słowa zanim je wypowiadał. - Nie. Nie zjebałaś. Zjebać można eliksir. Ty - brakowało mu słów na to, co zrobiła - nikt mnie tak nigdy - nie zawiódł, nie przeraził, nie okłamał, nie potraktował jak człowieka trzeciej kategorii, kiedy przysięgał coś, co było łgarstwem, nie przyprawił o najgorszą noc w życiu, nie doprowadził na sam skraj, nie potraktował w taki sposób, nie wybrał nade mnie mugoli, nad nasz dom inny dom, nad naszą rodzinę inną rodzinę, nikt nigdy tego nie zrobił.
Nigdy nikomu nie dał takiej władzy. Wieloletniego kredytu zaufania, który stanął w płomieniach w jedną noc.
Ambroise wiedział, że nie chodziło o nich ani o niego. Jeszcze do wczoraj byli szczęśliwi. Tym bardziej bolały go te wybory. Czuł się tak, jakby strzaskała mu wazon na głowie. Nie zjebała. Nie spierdoliła. A powinna była zrobić to drugie. Zamiast tego byli tutaj. Całe szczęście razem. Na szczęście nie w kostnicy, nie na cmentarzu. Tej nocy zginęli ludzie. Powinni cieszyć się, że ich to ominęło, ale Greengrass czuł się tak daleki od ulgi jak tylko mógł.
- Twoi przyjaciele nie zainteresowali się czy żyjesz. Ani nie cofnęli się, żeby ci pomóc. Miej tego pełną świadomość - nie powinien tego mówić, ale to była prawda.
A przecież mówili sobie prawdę (w jego wypadku właściwsze byłoby: coraz bardziej warczeli nią na siebie, on warczał na Geraldine nawet tego nie dostrzegając). Byli ze sobą szczerzy? Nie byli. Traktowała ich gorzej od obcych.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down