28.10.2024, 22:54 ✶
W przeciwieństwie do blondynki z mysimi warkoczami, Ambroise praktycznie od razu zorientował się, że przestał być sam. Marty, rzecz jasna, nie liczył. Nie próbowała go przeganiać z kibla, nie nawiązywała rozmowy. Raz na jakiś czas wydawała z siebie przeciągły szloch podkreślający to, jak bardzo jest nieszczęśliwa i samotna, ale dopóki zbywał to nawet bez machnięcia ręki, dopóty miał względny spokój.
Niestety nie tak długo jak mógłby tego chcieć. Ten dzień już wcześniej był niełatwy. Roise mógł spodziewać się, że w dalszym ciągu nie zostanie mu darowane. W ostatnim czasie raczej zaliczał wtopę za wtopą, upadek za upadkiem (choć już nie tak dosłowny jak w tamtym roku, kiedy zaczęła się spirala złej passy). Nie powinno go zdziwić, że kiedy znajdzie sobie względnie spokojne miejsce to nagle pojawi się ktoś kto już na starcie zacznie zachowywać się jak irytujące, stanowczo zbyt nafochane na cały świat stworzonko.
Umorusane, usmolone i jakże waleczne w kierunku wszystkich, którzy znaleźli się w polu widzenia.
Ach, ten jazgot. Ach, ta jędzowatość objawiająca się już w tak młodym wieku (zakładał, że mogła mieć jedenaście, może dwanaście lat, bo TE WARKOCZE) i w jednoznaczny sposób wskazująca na to, że panienka z powodzeniem mogła już zapomnieć o nawiązaniu zbyt wielu szkolnych przyjaźni. Ach, jak bardzo uroczo, że się tu pojawiła, szukając poklasku u drugiej, tym razem widmowej zołzy. Bez wątpienia to było na miejscu. Świetna interakcja towarzyska. Godnie reprezentowała jego dom. No, najprawdziwsza DAMA z DAMSKIEJ łazienki.
- Nie widzę tu żadnych dam - odpowiedział bez namysłu, wzruszając ramionami i taksując dziewczątko wymownym spojrzeniem.
No. W dalszym ciągu nie dostrzegał tu nikogo, kto mógłby być urażony lub zgorszony jego obecnością. Szczególnie, że nie planował ruszać się ze swojego miejsca. Nie zwykł robić tego, czego nawet nie próbowano mu jawnie dać do zrozumienia. Sugerowanie czegoś Marcie było raczej godne pożałowania, ale nawet o to się nie pokusił, tylko ponownie zaciągnął się papierosem, ostentacyjnie strzepując popiół na zewnętrzny parapet.
Jeśli młoda Gryfonka chciała go zmieszać to raczej sięgnęła po żenująco słabe metody. Jak do tej pory na tyle nieskuteczne, że nawet Warren jeszcze nie wyłoniła się ze swojej przytulnej kabinki. Może akurat zajmowała się wyciem do kolanka albo nawiedzaniem odpływu. W to również nie wnikał jakoś mocno, tym bardziej, że spodziewał się, że zgorszona koleżanka zaraz czym prędzej opuści toaletę. Może po to, żeby na niego naskarżyć, może nie. Nie wyrokował o tym, bo do czasu jej ewentualnego powrotu już go miało nie być.
- Chyba ma na ciebie wyjebane - odezwał się z lekkim rozbawieniem.
Klasyczna Marta. Pojawiała się tylko wtedy, kiedy mogła robić zamieszanie wokół siebie. W innych wypadkach była ewidentnie bezużyteczna. Młoda powinna to wiedzieć. Z drugiej strony nie wyglądała tak, jakby zbyt często kalała swoją śliczną główkę jakąkolwiek myślą. Szczególnie z tą smołą na włosach i na twarzy tam, gdzie nie dostrzegła niedomytych śladów.
Niestety nie tak długo jak mógłby tego chcieć. Ten dzień już wcześniej był niełatwy. Roise mógł spodziewać się, że w dalszym ciągu nie zostanie mu darowane. W ostatnim czasie raczej zaliczał wtopę za wtopą, upadek za upadkiem (choć już nie tak dosłowny jak w tamtym roku, kiedy zaczęła się spirala złej passy). Nie powinno go zdziwić, że kiedy znajdzie sobie względnie spokojne miejsce to nagle pojawi się ktoś kto już na starcie zacznie zachowywać się jak irytujące, stanowczo zbyt nafochane na cały świat stworzonko.
Umorusane, usmolone i jakże waleczne w kierunku wszystkich, którzy znaleźli się w polu widzenia.
Ach, ten jazgot. Ach, ta jędzowatość objawiająca się już w tak młodym wieku (zakładał, że mogła mieć jedenaście, może dwanaście lat, bo TE WARKOCZE) i w jednoznaczny sposób wskazująca na to, że panienka z powodzeniem mogła już zapomnieć o nawiązaniu zbyt wielu szkolnych przyjaźni. Ach, jak bardzo uroczo, że się tu pojawiła, szukając poklasku u drugiej, tym razem widmowej zołzy. Bez wątpienia to było na miejscu. Świetna interakcja towarzyska. Godnie reprezentowała jego dom. No, najprawdziwsza DAMA z DAMSKIEJ łazienki.
- Nie widzę tu żadnych dam - odpowiedział bez namysłu, wzruszając ramionami i taksując dziewczątko wymownym spojrzeniem.
No. W dalszym ciągu nie dostrzegał tu nikogo, kto mógłby być urażony lub zgorszony jego obecnością. Szczególnie, że nie planował ruszać się ze swojego miejsca. Nie zwykł robić tego, czego nawet nie próbowano mu jawnie dać do zrozumienia. Sugerowanie czegoś Marcie było raczej godne pożałowania, ale nawet o to się nie pokusił, tylko ponownie zaciągnął się papierosem, ostentacyjnie strzepując popiół na zewnętrzny parapet.
Jeśli młoda Gryfonka chciała go zmieszać to raczej sięgnęła po żenująco słabe metody. Jak do tej pory na tyle nieskuteczne, że nawet Warren jeszcze nie wyłoniła się ze swojej przytulnej kabinki. Może akurat zajmowała się wyciem do kolanka albo nawiedzaniem odpływu. W to również nie wnikał jakoś mocno, tym bardziej, że spodziewał się, że zgorszona koleżanka zaraz czym prędzej opuści toaletę. Może po to, żeby na niego naskarżyć, może nie. Nie wyrokował o tym, bo do czasu jej ewentualnego powrotu już go miało nie być.
- Chyba ma na ciebie wyjebane - odezwał się z lekkim rozbawieniem.
Klasyczna Marta. Pojawiała się tylko wtedy, kiedy mogła robić zamieszanie wokół siebie. W innych wypadkach była ewidentnie bezużyteczna. Młoda powinna to wiedzieć. Z drugiej strony nie wyglądała tak, jakby zbyt często kalała swoją śliczną główkę jakąkolwiek myślą. Szczególnie z tą smołą na włosach i na twarzy tam, gdzie nie dostrzegła niedomytych śladów.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down