29.10.2024, 00:26 ✶
Wyczekiwanie na wiadomość od Anthony’ego spłynęło na nieco dalszy plan, choć przez kilka pierwszych dni miała nadzieję, że napisze wcześniej; że może serce zabije mu nieco mocniej i pozwoli sobie na wylanie żalów trochę prędzej. Niestety pochłonęły ją zdeka inne rzeczy. Wszystko zaczynało się stopniowo — wzbierało w niej, jak fala, która powoli mogła zburzyć przybrzeżne domy, a w niej samej zakłócić skrzętnie wypracowany spokój.
Nie opowiadała nikomu za bardzo tego, co działo się na plaży w Devon, bo nie było o czym tutaj rozprawiać. Ot, serce zakuło trochę bardziej po konfrontacji z Woodym. Najzwyczajniej w świecie schowała serwetkę z błyskotliwym wierszem pomiędzy kartki Raju utraconego i co jakiś czas zaglądała tam, aby ponownie parsknąć dziwnym, wręcz dziewczęcym śmiechem.
Potem wszystko zaczęło się psuć. Nie chciała od razu mówić, że pieprzyć, bo nie leżało w jej naturze, aby od razu pluć przekleństwami i wyklinać los, który rzucał jej kłody pod nogi i pętał kostki drutem kolczastym. Bo to właśnie robił.
Od dwóch dni nie mogła spokojnie zasnąć, nie słysząc w głowie ostrzeżenia wymalowanego na czerwono, które niosło za sobą posmak metalu i ziołowej, uspokajającej herbaty. Walczyła ze sobą, żeby nie napisać do przyjaciela wcześniej. Uprosić go kulturalnie o wybranie konkretnego, lepszego terminu, który bardziej odpowiadałby jej aniżeli jemu. Przecież potrafiła — zakręcić rozmówcę na tyle dobrze, aby ostatecznie myślał, że idzie po jego myśli. Niestety nie była w stanie zrobić tego właśnie jemu.
Zatem list Shafiqa objawił się jako najzwyczajniejsze wybawienie, bo olbrzymia harpia zastukała w szybę jej kuchni zaraz przed tym, jak w jej głowie miał pojawić się zdradliwy pomysł wyjścia na spacer. Zawędrowałaby wtedy trochę za daleko, zbyt blisko Kniei, choć ta ewidentnie odpychała ją całą swoją nieprzeniknioną masą. Nakarmiła Ptolemeusza, a zaraz potem zabrała się do odpowiedniego przygotowania do jednodniowego wyjazdu.
— Czego mi nie mówisz? — powiedziała nagle, zupełnie bezpardonowo i bez jakichkolwiek ogródek.
Wyciągnęła z kieszeni garniturowych spodni srebrną papierośnicę i odłożyła ją na ten moment na stolik, tuż obok barwionego wazoniku z pojedynczą gałązką plumerii, a gdzieś pomiędzy talerzem z naleśnikami i filiżanką kawy. Nie chciała na razie palić.
— Kochany, przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale — Kawałek naleśnika wylądował w jej ustach, a gdy przełknęła i pozwoliła mężczyźnie możliwie przygotować się na dalszy ciąg jej wywodu, powoli i zgrabnie kontynuowała: tak, jak kocham słuchać twoich opowieści i niezmiernie cieszy mnie to, że wszystko z tobą w porządku, tak chciałabym usłyszeć pełną wersję wydarzeń z twoich ust. Męczy mnie to krążenie wokół tematu, błądzenie przy urojonych i plotkarskich zeznaniach innych. To wszystko brzmi tak, jakby czegoś brakowało, jakbyś kogoś pomijał. Powiedz mi więc — co się stało w tym pieprzonym teatrze?
Spojrzenie Tessy nie było ostre, choć tak mogło wynikać z jej słów, a bardziej… czułe. Zmęczone. Wyraźnie pokazywało, że czarownicy naprawdę zależało na tym, aby Shafiq pozwolił jej w końcu wejrzeć w głąb siebie. Nie chodziło jednak o wystawienie jego serca na srebrnej tacy i pozwolenie, by pani Longbottom przestudiowała je dokładnie widelczykiem, którym właśnie zajadała się naleśnikami, a bardziej…
Nie, chyba myślała dokładnie o tym. O możliwości przestudiowania wnętrza głowy Anthony’ego; o dokładnej rozpisce emocji, które targały mu włosami i wciskały paluchy w purpurowe siniaki na brzuchu. Miała tylko nadzieję, że jej potulna interwencja nie sprawi, że partner podróży zadecyduje o całkowitym wycofaniu się w cień i przedwczesnym zakończeniu spotkania.
Nie opowiadała nikomu za bardzo tego, co działo się na plaży w Devon, bo nie było o czym tutaj rozprawiać. Ot, serce zakuło trochę bardziej po konfrontacji z Woodym. Najzwyczajniej w świecie schowała serwetkę z błyskotliwym wierszem pomiędzy kartki Raju utraconego i co jakiś czas zaglądała tam, aby ponownie parsknąć dziwnym, wręcz dziewczęcym śmiechem.
Potem wszystko zaczęło się psuć. Nie chciała od razu mówić, że pieprzyć, bo nie leżało w jej naturze, aby od razu pluć przekleństwami i wyklinać los, który rzucał jej kłody pod nogi i pętał kostki drutem kolczastym. Bo to właśnie robił.
Od dwóch dni nie mogła spokojnie zasnąć, nie słysząc w głowie ostrzeżenia wymalowanego na czerwono, które niosło za sobą posmak metalu i ziołowej, uspokajającej herbaty. Walczyła ze sobą, żeby nie napisać do przyjaciela wcześniej. Uprosić go kulturalnie o wybranie konkretnego, lepszego terminu, który bardziej odpowiadałby jej aniżeli jemu. Przecież potrafiła — zakręcić rozmówcę na tyle dobrze, aby ostatecznie myślał, że idzie po jego myśli. Niestety nie była w stanie zrobić tego właśnie jemu.
Zatem list Shafiqa objawił się jako najzwyczajniejsze wybawienie, bo olbrzymia harpia zastukała w szybę jej kuchni zaraz przed tym, jak w jej głowie miał pojawić się zdradliwy pomysł wyjścia na spacer. Zawędrowałaby wtedy trochę za daleko, zbyt blisko Kniei, choć ta ewidentnie odpychała ją całą swoją nieprzeniknioną masą. Nakarmiła Ptolemeusza, a zaraz potem zabrała się do odpowiedniego przygotowania do jednodniowego wyjazdu.
— Czego mi nie mówisz? — powiedziała nagle, zupełnie bezpardonowo i bez jakichkolwiek ogródek.
Wyciągnęła z kieszeni garniturowych spodni srebrną papierośnicę i odłożyła ją na ten moment na stolik, tuż obok barwionego wazoniku z pojedynczą gałązką plumerii, a gdzieś pomiędzy talerzem z naleśnikami i filiżanką kawy. Nie chciała na razie palić.
— Kochany, przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale — Kawałek naleśnika wylądował w jej ustach, a gdy przełknęła i pozwoliła mężczyźnie możliwie przygotować się na dalszy ciąg jej wywodu, powoli i zgrabnie kontynuowała: tak, jak kocham słuchać twoich opowieści i niezmiernie cieszy mnie to, że wszystko z tobą w porządku, tak chciałabym usłyszeć pełną wersję wydarzeń z twoich ust. Męczy mnie to krążenie wokół tematu, błądzenie przy urojonych i plotkarskich zeznaniach innych. To wszystko brzmi tak, jakby czegoś brakowało, jakbyś kogoś pomijał. Powiedz mi więc — co się stało w tym pieprzonym teatrze?
Spojrzenie Tessy nie było ostre, choć tak mogło wynikać z jej słów, a bardziej… czułe. Zmęczone. Wyraźnie pokazywało, że czarownicy naprawdę zależało na tym, aby Shafiq pozwolił jej w końcu wejrzeć w głąb siebie. Nie chodziło jednak o wystawienie jego serca na srebrnej tacy i pozwolenie, by pani Longbottom przestudiowała je dokładnie widelczykiem, którym właśnie zajadała się naleśnikami, a bardziej…
Nie, chyba myślała dokładnie o tym. O możliwości przestudiowania wnętrza głowy Anthony’ego; o dokładnej rozpisce emocji, które targały mu włosami i wciskały paluchy w purpurowe siniaki na brzuchu. Miała tylko nadzieję, że jej potulna interwencja nie sprawi, że partner podróży zadecyduje o całkowitym wycofaniu się w cień i przedwczesnym zakończeniu spotkania.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you