29.10.2024, 01:23 ✶
Miotłę dostał w sumie całkiem przypadkiem od jednego ze swoich prywatnych klientów, wielkiego fanatyka miotlarstwa. Miotły oczywiście absolutnie nie chciał, ale nie pomagała uprzejma odmowa, tłumaczenie mu, że Basiliusowi naprawdę nie wypada, czy też powtarzanie, że nawet nie potrafiłby dobrze na niej latać. Pacjent się uparł. I to do takiego stopnia, że po prostu wysłał ją Basiliusowi pocztą, a że akurat miał się spotkać z Vincentem, a na siostrę był dalej nieco wkurzony za próbę swatania go, uznał że już wiedział co z tym podarkiem zrobić.
Miotła była nowa. I to nie tak, że jej nie sprawdził. Oczywiście, że ją sprawdził, wciąż mając w pamięci wydarzenie sprzed kilku dni, kiedy pewna stara miotła postanowiła unieść go wysoko, co skończyło się bolesnym upadkiem i to jeszcze przy Florence, której już i tak tamtego dnia podpadł. Na tej miotle na pewno nie było też żadnych klątw. Sprawdził to dwa razy. Nie było też żadnych Innych potencjalnie złośliwych zaklęć. Co więcej, sam na nią wszedł i zawisl metr nad ziemią, aby upewnić się, czy przypadkiem nie oszaleje jak tamta. Nic się nie stało.
To znaczy, nic się nie stało, dopóki na miotłę nie wlazł Vincent, któremu jakimś cudem udało się wkurzyć naprawdę porządną miotłę. On przynajmniej miał to usprawiedliwienie, że miotła z której spadł była stara. A tutaj? Może po prostu rzeczywiście nad tą rodziną wisiała jakaś klątwa, bo to już nawet nie było kurwa śmieszne.
Zaklął, widząc jak drugi Prewett traci kontrolę nad miotłą i wyciągnął różdżkę, ruszając za nim biegiem, czy raczej bardziej szybkim krokiem, bo bieganie skończyłoby się tylko tym, że jeszcze by zasłabł.
Nie wiedząc do końca, jak bezpiecznie ściągnąć Vincenta na dół, Basilius po prostu postawił na zaklęcia, rzucając czar na miotłę, który może i nie zapanował całkowicie nad tym cholernym kijkiem ze słomą, ale Vincent przynajmniej już nie leciał przed siebie. Zmarszczył brwi w skupieniu i rzucił kolejny czar, zastanawiając się przy tym, czy zostanie zamordowanym przez Vincenta, liczyło się do robienia rzeczy, które łamały daną Florence obietnicę, że w sierpniu będzie odpoczywał.
Rzut na ściągnięcie Vincenta na miotle, translokacja (I)
Miotła była nowa. I to nie tak, że jej nie sprawdził. Oczywiście, że ją sprawdził, wciąż mając w pamięci wydarzenie sprzed kilku dni, kiedy pewna stara miotła postanowiła unieść go wysoko, co skończyło się bolesnym upadkiem i to jeszcze przy Florence, której już i tak tamtego dnia podpadł. Na tej miotle na pewno nie było też żadnych klątw. Sprawdził to dwa razy. Nie było też żadnych Innych potencjalnie złośliwych zaklęć. Co więcej, sam na nią wszedł i zawisl metr nad ziemią, aby upewnić się, czy przypadkiem nie oszaleje jak tamta. Nic się nie stało.
To znaczy, nic się nie stało, dopóki na miotłę nie wlazł Vincent, któremu jakimś cudem udało się wkurzyć naprawdę porządną miotłę. On przynajmniej miał to usprawiedliwienie, że miotła z której spadł była stara. A tutaj? Może po prostu rzeczywiście nad tą rodziną wisiała jakaś klątwa, bo to już nawet nie było kurwa śmieszne.
Zaklął, widząc jak drugi Prewett traci kontrolę nad miotłą i wyciągnął różdżkę, ruszając za nim biegiem, czy raczej bardziej szybkim krokiem, bo bieganie skończyłoby się tylko tym, że jeszcze by zasłabł.
Nie wiedząc do końca, jak bezpiecznie ściągnąć Vincenta na dół, Basilius po prostu postawił na zaklęcia, rzucając czar na miotłę, który może i nie zapanował całkowicie nad tym cholernym kijkiem ze słomą, ale Vincent przynajmniej już nie leciał przed siebie. Zmarszczył brwi w skupieniu i rzucił kolejny czar, zastanawiając się przy tym, czy zostanie zamordowanym przez Vincenta, liczyło się do robienia rzeczy, które łamały daną Florence obietnicę, że w sierpniu będzie odpoczywał.
Rzut na ściągnięcie Vincenta na miotle, translokacja (I)
Rzut O 1d100 - 2
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut O 1d100 - 17
Akcja nieudana
Akcja nieudana