29.10.2024, 10:49 ✶
W każdych innych okolicznościach jego pięść dawno spotkałaby się z zębami przyjaciela Yaxleyówny. Skoro Crow tak bardzo lubił odkrztuszanie poza wnętrze własnego gardła to miałby okazję do tego, by upuścić sobie przy tym trochę krwi (doskonałe na histerię i bycie pojebem) i przy okazji zrobić trochę miejsca na wyrastające ósemki, które krzywiły mu ten szczurzy zgryz.
W jednej chwili wyprostował się i napiął całe ciało, przenosząc spojrzenie z Geraldine, którą przy okazji puścił zgodnie z jej życzeniem, na piszczącego szczurka wyrzucającego z siebie kolejne słowa jak zacięte radio przeskakujące z audycji Nottów na homilię Macmillanów.
P-ppp-pp-tt-t-t-tt.
Sens przekazu powinien być jasny. Motywacja kierująca ich trzecim towarzyszem była słuszna. To przekaz stanowił problem. Nie. Nawet nie problem a pretekst do tego, żeby Ambroise ponownie pomyślał o wcieleniu w życie tamtych wizji złożenia tego człowieka w ofierze skalnym korytarzom.
Crow trafiał w sedno. Poruszał w nim jeszcze bardziej te nadwrażliwe, ledwo trzymające się przed pęknięciem struny. To było kurewsko trudne bez tego. Żadne z wypowiedzianych słów nie było beztroskie i bezbolesne, wszystkie kosztowały go stanowczo zbyt wiele a teraz ktoś śmiał głębiej rozdrapywać ten temat.
W. T-t-ten. Sp-p-popoposób.
Greengrass już wcześniej miał trudność zdzierżyć Crowa. Nawet jeśli ten człowiek miał rację to...
- Jeśli u-u-ww-a-żżasz, ż-że t-to takkie p-pross-tte t-to moż-że pp-rzyjeb-biemmy c-ci m-mentalnym cz-czarem w t-twój mąddru-t-tki łeb i zobaczymy jak cz-czołgasz się po ziemi, szmato - spytał p-prześśmmiewcz-czo p-przećciąg-gając g-głoski (niskie zagranie, szczególnie jak na niego, ale nie był nawet w jednej trzeciej swojej szczytowej formy; tu się nie dało) choć jego prawa ręka mimowolnie zacisnęła się na różdżce.
Głowa Ambroisa była aż nazbyt ciężka od trudnych myśli, wniosków, których nie chciał wyciągać, wyrzutów sumienia na myśl, że miałby ot tak porzucić jedną z bliższych sobie osób, wściekłości na siebie, na sytuację, na otoczenie. W tym momencie był bardziej niż chętny przelać to wszystko na wkurwiającego jąkałę, posyłając w jego stronę (o tak - wcale nie groził bez pokrycia ani nie próbował żartować) jedno z repertuaru zaklęć, o których wspomniał przed chwilą. Duże, małe, krótko czy długotrwałe. Obojętnie. Na pewno samo znalazłoby ujście na ustach i w ruchu różdżki. Znalazłoby się jakieś właściwe.
Przetarcie skalnego sufitu i gruntu niewyparzoną mordą tego typa byłoby niemalże satysfakcjonujące. Szczególnie, że Crow chwilę wcześniej tak ochoczo rozprawiał o ukształtowaniu tuneli, więc przyjrzenie im się z bardzo, bardzo bliska byłoby naturalną kolejnością rzeczy.
Choć pod wpływem uderzenia zaklęciem prawdopodobnie nie zobaczyłby zbyt wiele. Może wnętrze własnego mózgu? Mógłby zakosztować tej upragnionej samoświadomości, dając im realny pokaz prawdziwego heroizmu wbrew przytłaczającemu wrażeniu niecielesnego bólu, którego nie dało się wydrapać spod skóry, zapić eliksirem, zakleić plastrem.
Nie musiał wyrokować jak się zachowa. Mógł skorzystać z szansy przekonania się o tym na własnej skórze. Jeszcze zanim jakiś kurewsko silny byt wjedzie mu w czaszkę bez wazeliny. Ot przedsmak własnych słów i gestów, bo jeśli ta szmata mogłaby obejść się bez odwetu to cała reszta wraz ze splunięciem sprawiała, że Greengrassowi naprawdę trudno było się pohamować.
Śliski skurwiel miał więcej szczęścia niż rozumu. Stali zbyt daleko od siebie. Dodatkowo rozdzieleni pierwotnym układem grupy i tym, że mieli między sobą Geraldine. Ambroise inaczej nie ręczyłby za siebie. Nie miał już niemal krzty opanowania. Nie po tym, do czego dochodziło. Postawiony przed wyborami, musiałby je podjąć. Już to zrobił, nie szukając dla siebie wymówek ani poklasku. Zdawał sobie sprawę z tego, że siebie nie trawi teraz znacznie bardziej niż Crowa, ale na Crowie mógłby wyżyć się fizycznie. Siebie maltretował w bardziej wysublimowany sposób.
Ponadto wiedział jedno: gdyby chodziło o niego, oczekiwałby brnięcia do przodu, bo tak - wierzył w świadome podejmowanie ryzyka i priorytetyzacje dobra misji nad dobro jednostki. Szczególnie takiej, która nie była tą najistotniejszą mogącą wszystko zakończyć. Cel uświęcał środki. Zawsze tak było, zawsze miało być.
Rzecz jasna z wieloma subiektywnie wyjątkowymi wyjątkami - szczególnymi odstępstwami od reguły wynikającymi z nieuświadomionej albo raczej: niedopuszczanej do świadomości hipokryzji, ale to nie była jedna z chwil, w których to miało znaczenie.
- Po co w ogóle się tu wpierdalałeś? - Tym razem panował nad agresywnie prześmiewczym tonem głosu, znowu wrócił do chłodnego, lodowatego spokoju, świdrując mężczyznę wzrokiem w ciemnościach.
Prócz szczególnej umiejętności wbicia szpili na oślep tam, gdzie już była niewidoczna bolesna dziurka, Crow był niedoinformowanym idiotą. Wszystkie dalsze słowa i sugestie na to wskazywały. Były pozbawione sensu za to przykryte absurdalną ilością szczurkowatych piśnięć.
Geraldine uprzedziła go w odpowiedzi sraluchowi. Crowa w dalszym ciągu nie opuszczało szczęście.
To były te słynne ostatnie słowa?
Szczęścia nigdy z nimi nie było. Finalna decyzja została podjęta. Ruszyli dalej mimo wszystkich obaw i doświadczeń sprawiających, że droga była jeszcze gorsza. A potem jaskinię przedarł krzyk, który sprawił, że wszystkie włosy na ciele stanęły mu dęba, puls przyspieszył (jeśli to było możliwe) a ruchy instynktownie kierujące ich w tył stały się szybsze.
Zgroza. Ta sama, ale inna.
Wszystko zaczęło łączyć się w obraz rodem z koszmarów. Krzyk Thomasa wnikał mu we wnętrze głowy i pozostał tam na długo po tym jak ucichł na zewnątrz. Był przeraźliwy, przejmujący i przede wszystkim przenikał jak precyzyjny ostry skalpel przez skórę, tnąc na wskroś. Szczególnie, że Ambroise miał świadomość własnego postępowania, którego nie zmieniały żadne gwałtowne ruchy i pośpiech.
Mimo tego ostatniego nie sposób było nie dostrzec zmian w otoczeniu aż zbyt mocno zbieżnych z wrzaskami. Jaskinia reagowała na wydarzenia mające miejsce gdzieś tuż za rogiem. Niemal na ich oczach. Potrzebowali wyłącznie kilku chwil.
- UWAGA na grzyby - ledwo mógł cokolwiek wydusić, ale musiał to zrobić, bo naprawdę łatwo było zagapić się w stanie, w którym wszyscy byli.
Miał ściśnięte gardło. Nie chodziło o zadyszkę. To było głębsze. Leżało...
...leżało.
Klęczało i leżało. Łączyło się, przelewało, wibrowało jak w makabrycznym rytuale. Krew, która najpewniej rozlewała się po ziemi, być może łącząc się z mazistą wydzieliną grzybów (nie był w stanie dostrzec tego z pewnością, instynktownie zakładał obie opcje) rysowała wzory, powietrze drgało, przejmujące wrażenie...
...nie - nie wrażenie a przeświadczenie wyło.
- THOMAS - jebany chuju, co ty wyrabiasz?! - NIE RUSZAJ SIĘ!
Mógłby zareagować czymś innym niżeli huknięciem na przyjaciela, ale w kolejnej chwili instynktownie zamachnął się własną różdżką, usiłując wytrącić różdżkę Figga przy pomocy pospiesznie rzuconego zaklęcia. Powinien, nie powinien - nie zastanawiał się, ocena sytuacji była instynktowna. Nie zamierzał podejmować próby przekonania Thomasa do zaniechania tego, co ten starał się uczynić.
Translokacja (•) - usiłuję z odległości wybić różdżkę z ręki Thomasa, raczej nie za daleko, prawdopodobnie nie poza krąg, ale to zostawiam do interpretacji, jeśli w ogóle wyjdzie
Wiedza o Świecie (•••) zgodnie z ustaleniami - czy jest te 0,00000666% szans, że coś podobnego kojarzę, mogę połączyć jakieś kropki, ponad to, o czym mogę wnioskować
Rzucik dla MG na wiadomo
W jednej chwili wyprostował się i napiął całe ciało, przenosząc spojrzenie z Geraldine, którą przy okazji puścił zgodnie z jej życzeniem, na piszczącego szczurka wyrzucającego z siebie kolejne słowa jak zacięte radio przeskakujące z audycji Nottów na homilię Macmillanów.
P-ppp-pp-tt-t-t-tt.
Sens przekazu powinien być jasny. Motywacja kierująca ich trzecim towarzyszem była słuszna. To przekaz stanowił problem. Nie. Nawet nie problem a pretekst do tego, żeby Ambroise ponownie pomyślał o wcieleniu w życie tamtych wizji złożenia tego człowieka w ofierze skalnym korytarzom.
Crow trafiał w sedno. Poruszał w nim jeszcze bardziej te nadwrażliwe, ledwo trzymające się przed pęknięciem struny. To było kurewsko trudne bez tego. Żadne z wypowiedzianych słów nie było beztroskie i bezbolesne, wszystkie kosztowały go stanowczo zbyt wiele a teraz ktoś śmiał głębiej rozdrapywać ten temat.
W. T-t-ten. Sp-p-popoposób.
Greengrass już wcześniej miał trudność zdzierżyć Crowa. Nawet jeśli ten człowiek miał rację to...
- Jeśli u-u-ww-a-żżasz, ż-że t-to takkie p-pross-tte t-to moż-że pp-rzyjeb-biemmy c-ci m-mentalnym cz-czarem w t-twój mąddru-t-tki łeb i zobaczymy jak cz-czołgasz się po ziemi, szmato - spytał p-prześśmmiewcz-czo p-przećciąg-gając g-głoski (niskie zagranie, szczególnie jak na niego, ale nie był nawet w jednej trzeciej swojej szczytowej formy; tu się nie dało) choć jego prawa ręka mimowolnie zacisnęła się na różdżce.
Głowa Ambroisa była aż nazbyt ciężka od trudnych myśli, wniosków, których nie chciał wyciągać, wyrzutów sumienia na myśl, że miałby ot tak porzucić jedną z bliższych sobie osób, wściekłości na siebie, na sytuację, na otoczenie. W tym momencie był bardziej niż chętny przelać to wszystko na wkurwiającego jąkałę, posyłając w jego stronę (o tak - wcale nie groził bez pokrycia ani nie próbował żartować) jedno z repertuaru zaklęć, o których wspomniał przed chwilą. Duże, małe, krótko czy długotrwałe. Obojętnie. Na pewno samo znalazłoby ujście na ustach i w ruchu różdżki. Znalazłoby się jakieś właściwe.
Przetarcie skalnego sufitu i gruntu niewyparzoną mordą tego typa byłoby niemalże satysfakcjonujące. Szczególnie, że Crow chwilę wcześniej tak ochoczo rozprawiał o ukształtowaniu tuneli, więc przyjrzenie im się z bardzo, bardzo bliska byłoby naturalną kolejnością rzeczy.
Choć pod wpływem uderzenia zaklęciem prawdopodobnie nie zobaczyłby zbyt wiele. Może wnętrze własnego mózgu? Mógłby zakosztować tej upragnionej samoświadomości, dając im realny pokaz prawdziwego heroizmu wbrew przytłaczającemu wrażeniu niecielesnego bólu, którego nie dało się wydrapać spod skóry, zapić eliksirem, zakleić plastrem.
Nie musiał wyrokować jak się zachowa. Mógł skorzystać z szansy przekonania się o tym na własnej skórze. Jeszcze zanim jakiś kurewsko silny byt wjedzie mu w czaszkę bez wazeliny. Ot przedsmak własnych słów i gestów, bo jeśli ta szmata mogłaby obejść się bez odwetu to cała reszta wraz ze splunięciem sprawiała, że Greengrassowi naprawdę trudno było się pohamować.
Śliski skurwiel miał więcej szczęścia niż rozumu. Stali zbyt daleko od siebie. Dodatkowo rozdzieleni pierwotnym układem grupy i tym, że mieli między sobą Geraldine. Ambroise inaczej nie ręczyłby za siebie. Nie miał już niemal krzty opanowania. Nie po tym, do czego dochodziło. Postawiony przed wyborami, musiałby je podjąć. Już to zrobił, nie szukając dla siebie wymówek ani poklasku. Zdawał sobie sprawę z tego, że siebie nie trawi teraz znacznie bardziej niż Crowa, ale na Crowie mógłby wyżyć się fizycznie. Siebie maltretował w bardziej wysublimowany sposób.
Ponadto wiedział jedno: gdyby chodziło o niego, oczekiwałby brnięcia do przodu, bo tak - wierzył w świadome podejmowanie ryzyka i priorytetyzacje dobra misji nad dobro jednostki. Szczególnie takiej, która nie była tą najistotniejszą mogącą wszystko zakończyć. Cel uświęcał środki. Zawsze tak było, zawsze miało być.
Rzecz jasna z wieloma subiektywnie wyjątkowymi wyjątkami - szczególnymi odstępstwami od reguły wynikającymi z nieuświadomionej albo raczej: niedopuszczanej do świadomości hipokryzji, ale to nie była jedna z chwil, w których to miało znaczenie.
- Po co w ogóle się tu wpierdalałeś? - Tym razem panował nad agresywnie prześmiewczym tonem głosu, znowu wrócił do chłodnego, lodowatego spokoju, świdrując mężczyznę wzrokiem w ciemnościach.
Prócz szczególnej umiejętności wbicia szpili na oślep tam, gdzie już była niewidoczna bolesna dziurka, Crow był niedoinformowanym idiotą. Wszystkie dalsze słowa i sugestie na to wskazywały. Były pozbawione sensu za to przykryte absurdalną ilością szczurkowatych piśnięć.
Geraldine uprzedziła go w odpowiedzi sraluchowi. Crowa w dalszym ciągu nie opuszczało szczęście.
To były te słynne ostatnie słowa?
Szczęścia nigdy z nimi nie było. Finalna decyzja została podjęta. Ruszyli dalej mimo wszystkich obaw i doświadczeń sprawiających, że droga była jeszcze gorsza. A potem jaskinię przedarł krzyk, który sprawił, że wszystkie włosy na ciele stanęły mu dęba, puls przyspieszył (jeśli to było możliwe) a ruchy instynktownie kierujące ich w tył stały się szybsze.
Zgroza. Ta sama, ale inna.
Wszystko zaczęło łączyć się w obraz rodem z koszmarów. Krzyk Thomasa wnikał mu we wnętrze głowy i pozostał tam na długo po tym jak ucichł na zewnątrz. Był przeraźliwy, przejmujący i przede wszystkim przenikał jak precyzyjny ostry skalpel przez skórę, tnąc na wskroś. Szczególnie, że Ambroise miał świadomość własnego postępowania, którego nie zmieniały żadne gwałtowne ruchy i pośpiech.
Mimo tego ostatniego nie sposób było nie dostrzec zmian w otoczeniu aż zbyt mocno zbieżnych z wrzaskami. Jaskinia reagowała na wydarzenia mające miejsce gdzieś tuż za rogiem. Niemal na ich oczach. Potrzebowali wyłącznie kilku chwil.
- UWAGA na grzyby - ledwo mógł cokolwiek wydusić, ale musiał to zrobić, bo naprawdę łatwo było zagapić się w stanie, w którym wszyscy byli.
Miał ściśnięte gardło. Nie chodziło o zadyszkę. To było głębsze. Leżało...
...leżało.
Klęczało i leżało. Łączyło się, przelewało, wibrowało jak w makabrycznym rytuale. Krew, która najpewniej rozlewała się po ziemi, być może łącząc się z mazistą wydzieliną grzybów (nie był w stanie dostrzec tego z pewnością, instynktownie zakładał obie opcje) rysowała wzory, powietrze drgało, przejmujące wrażenie...
...nie - nie wrażenie a przeświadczenie wyło.
- THOMAS - jebany chuju, co ty wyrabiasz?! - NIE RUSZAJ SIĘ!
Mógłby zareagować czymś innym niżeli huknięciem na przyjaciela, ale w kolejnej chwili instynktownie zamachnął się własną różdżką, usiłując wytrącić różdżkę Figga przy pomocy pospiesznie rzuconego zaklęcia. Powinien, nie powinien - nie zastanawiał się, ocena sytuacji była instynktowna. Nie zamierzał podejmować próby przekonania Thomasa do zaniechania tego, co ten starał się uczynić.
Translokacja (•) - usiłuję z odległości wybić różdżkę z ręki Thomasa, raczej nie za daleko, prawdopodobnie nie poza krąg, ale to zostawiam do interpretacji, jeśli w ogóle wyjdzie
Rzut O 1d100 - 74
Sukces!
Sukces!
Rzut O 1d100 - 89
Sukces!
Sukces!
Wiedza o Świecie (•••) zgodnie z ustaleniami - czy jest te 0,00000666% szans, że coś podobnego kojarzę, mogę połączyć jakieś kropki, ponad to, o czym mogę wnioskować
Rzut Z 1d100 - 82
Sukces!
Sukces!
Rzucik dla MG na wiadomo
Rzut 1d100 - 28
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down