29.10.2024, 12:07 ✶
Mówił do niej, ale w tej chwili każde z nich było w odległym świecie. Mile, setki tysięcy mil od siebie będąc tuż obok. Mógłby ją ścisnąć za rękę, przytulić i zapewnić, że cokolwiek się stało to już nie było istotne.
Było. Miało być. Nie mógł tego wykreślić. Precyzyjnie starała się wymazać wszystko, co budowali, każdy plan, który mieli i jego własne ostrożne myśli o przyszłości, która oddalała się w zastraszającym tempie. Powinni wrócić do życia chwilą? Taki był wniosek z tego, co się stało?
Skoro w każdej chwili mogło dojść do powtórki to jak mieli cokolwiek planować. Te plany traciły znaczenie w obliczu pochopnych decyzji i instynktów skierowanych w stronę kogoś obcego.
- Chuja wiesz o doświadczeniu ich ojca. Ty niby masz większe? Jesteś ekspertem od ciemnych sztuk? Od kiedy? - Zarzucił jej, wcale nie oczekiwał odpowiedzi na żadne z tych pytań a wręcz nie dał jej dojść do głosu. - Ich ojciec wybrał wzięcie nóg za pas - wyrokował o czymś, o czym nie miał pojęcia, bo podświadomie zakładał, że tamten człowiek nawet nie próbował walczyć.
Z walki nie dało się tak łatwo wycofać. Szczególnie takiej. Tymczasem tchórz wyglądał, jakby nic mu się nie stało. Nabawił się strachu, najpewniej planował zabrać rodzinę ze szpitala od razu poza granice kraju. Ambroise nie mógłby mu się dziwić, ale to nie przygaszało frustracji i gniewu. Geraldine powinna być mądrzejsza.
Sądził, że jego dziewczyna potrafi ocenić sytuację na podstawie czegoś więcej niż tylko było ich dwóch. Tak właściwie to trzech, co tylko pogarszało sprawę. Jakimś cudem, bo przed chwilą nie sądził, żeby to było możliwe.
- Czarnoksiężników! Dwójka czarnoksiężników ze wsparciem - odwarknął, kolejny raz rozkładając ręce, bo go załamywała. - Jaka pokrętna logika kazała ci sądzić, że możesz walczyć z kimś takim? To nie magiczne bestie, które można położyć kuszą albo drętwotą. Co cię opętało? Myślałaś, że wystarczy ci obrona przed czarną magią? Hogwart przygotował cię do wojny? - No, nie sądził.
Nie po tym, co widział. Nie po zaklęciu, jakim oberwała i serii, z której odbiciem również on miałby problem, gdyby nie uciekał się do odbijania większości czarów zamiast próbować się przed nimi bronić w konwencjonalny sposób. Wmawiano im, że wystarczy być dobrym w pojedynkach. Poznać podstawy w szkole. Później dołączyć do jakiegoś klubu i poinscenizować bez praktycznego wykorzystania czegoś, co było zakazane.
Wszystko trzymało się na ślinę i słowo honoru, którego nie miała ta druga strona. W tym wypadku liczyła się zdecydowana reakcja. Nie wahanie się i patrzenie na to, że coś może nie być zgodne z moralami. Nikt na to nie szykował.
No, może niektóre rody mające ciągoty do znęcania się nad własnymi dziećmi w imię przygotowania ich na wszystkie okoliczności, ale żadnego z nich to nie dotyczyło w takim stopniu, żeby mogli bez wahania stawać przeciwko wielu wprawionym, sadystycznym przeciwnikom zdecydowanym, żeby zabić.
Roise dawno przestał zwracać uwagę na meandry przekazu. Tak właściwie również ze względu na to, że jedynie połowa, może nawet jeszcze mniej jego słów trafiała do Geraldine. Reszta odbijała się od niej jak od niewidzialnej tarczy, którą jego dziewczyna usiłowała chronić się przed ich konfrontacją z jeszcze większą zaciętością niż wieczór wcześniej przed mrocznymi zaklęciami. Dużo silniejszymi od słów, choć Ambroise nie starał się być łagodny.
- Jak mam z tobą inaczej rozmawiać? - Wycedził, nachylając się ku niej i posyłając jej prawdopodobnie najbardziej sfrustrowane, zdesperowane spojrzenie.
O to chodziło: naprawdę nie próbował pogarszać sytuacji. Chciał wiedzieć, czym jest w stanie przemówić jej do rozsądku, bo raz po raz wytrącała mu wszystko z rozłożonych rąk. Nie próbował być jej oprawcą. Nie osaczał Riny dla zabawy. Nie miał w tym nic, tylko kolejne porcje rozgoryczenia. Ile jeszcze dało się znieść? Jak nisko upadną w tej rozmowie zanim zaczną odbijać się od dna?
- Nie bądź jeszcze bardziej absurdalna - obruszył się na nią zaskoczony zarzucaniem mu, że mógłby chcieć ją tu tak teraz zostawić, skoro cała rozmowa toczyła się wokół tego, że nie chciał i nie wyobrażał sobie życia z trwałymi konsekwencjami pochopnych, debilnych decyzji ukochanej.
Powinna być mądrzejsza. Miał ją za znacznie bardziej roztropną. Przez lata wyrobili sobie pewien schemat postępowania. Nie naskakiwał na nią bez powodu o zwykłą możliwość bycia w niebezpieczeństwie. Wyłącznie za głupie postępowanie w razie zagrożenia, które powinno skłonić ją do podjęcia szybkich decyzji w zgodzie ze składanymi obietnicami.
Tymczasem siedzieli tutaj. Pierwszy raz od miesięcy pękł tak szybko i mocno. Tak. Żyli w okrutnych, podstępnych i trudnych czasach. Oboje pracowali w warunkach, które normalnie dawno doprowadziłyby inne pary na skraj rozpadu związku, ale oni jakimś cudem trwali przy sobie. Próbował akceptować to, że oboje nie podążali bezpieczną ścieżką a magiczna wojna wyłącznie zwiększyła zakres niebezpieczeństwa.
- Posrało cię czy nie, nie zamierzam się nigdzie ruszać - margnął na nią, tym razem nie uciekając się do poetyckich porównań i wykwintnych określeń na to, co sądził, że ją ogarnęło.
To było posranie. Potrzebował dowodu na to, że wyłącznie chwilowe. Czegoś, co dałoby mu podstawy założyć, że to była tylko ta jedna posrana sytuacja a nie całkowita utrata zdolności do logicznej oceny sytuacji.
Mimo wszystko, niezależnie od scenariusza, dawno temu dokonał wyboru i był trwały w swoich postanowieniach tego, by jakoś to utrzymać, ustabilizować, naprawić szkody. Po prostu jeszcze nie teraz, bo nad sobą nie panował.
- Nie rozumiem - ostatnie słowa przeszły w przygaszony szept towarzyszący opuszczeniu wzroku na pościel.
Nie chciał, żeby widziała jak bardzo go to ugodziło. Wszystko, co się działo. Szczególnie jej reakcja na jego własne zachowania. Teraz jeszcze bardziej godne pożałowania, bo nie musiał patrzeć na swoje odbicie, by być świadomy, że krawędź łóżka rozmywa mu się przed oczami nie pod wpływem zmęczenia.
Zacisnął powieki, przełknął gulę w gardle, jeszcze bardziej spuścił głowę zasłaniając twarz włosami. Nie miał zamiaru dać jej dopisać jeszcze tego do listy rzeczy, których nikt nigdy wcześniej u niego nie wywołał.
Nie mazgaił się. Nie teraz po tym wszystkim, skoro wtedy w ferworze walki ani bezpośrednio po starciu tego nie zrobił. A jednak zaszczypały go poranione wargi, słony posmak wkradł się na język. Potrząsnął głową, żeby to z siebie zrzucić, mocno zaciskając rękę na podrapanym przedramieniu, wbijając w nie paznokcie przez warstwy materiału.
Było. Miało być. Nie mógł tego wykreślić. Precyzyjnie starała się wymazać wszystko, co budowali, każdy plan, który mieli i jego własne ostrożne myśli o przyszłości, która oddalała się w zastraszającym tempie. Powinni wrócić do życia chwilą? Taki był wniosek z tego, co się stało?
Skoro w każdej chwili mogło dojść do powtórki to jak mieli cokolwiek planować. Te plany traciły znaczenie w obliczu pochopnych decyzji i instynktów skierowanych w stronę kogoś obcego.
- Chuja wiesz o doświadczeniu ich ojca. Ty niby masz większe? Jesteś ekspertem od ciemnych sztuk? Od kiedy? - Zarzucił jej, wcale nie oczekiwał odpowiedzi na żadne z tych pytań a wręcz nie dał jej dojść do głosu. - Ich ojciec wybrał wzięcie nóg za pas - wyrokował o czymś, o czym nie miał pojęcia, bo podświadomie zakładał, że tamten człowiek nawet nie próbował walczyć.
Z walki nie dało się tak łatwo wycofać. Szczególnie takiej. Tymczasem tchórz wyglądał, jakby nic mu się nie stało. Nabawił się strachu, najpewniej planował zabrać rodzinę ze szpitala od razu poza granice kraju. Ambroise nie mógłby mu się dziwić, ale to nie przygaszało frustracji i gniewu. Geraldine powinna być mądrzejsza.
Sądził, że jego dziewczyna potrafi ocenić sytuację na podstawie czegoś więcej niż tylko było ich dwóch. Tak właściwie to trzech, co tylko pogarszało sprawę. Jakimś cudem, bo przed chwilą nie sądził, żeby to było możliwe.
- Czarnoksiężników! Dwójka czarnoksiężników ze wsparciem - odwarknął, kolejny raz rozkładając ręce, bo go załamywała. - Jaka pokrętna logika kazała ci sądzić, że możesz walczyć z kimś takim? To nie magiczne bestie, które można położyć kuszą albo drętwotą. Co cię opętało? Myślałaś, że wystarczy ci obrona przed czarną magią? Hogwart przygotował cię do wojny? - No, nie sądził.
Nie po tym, co widział. Nie po zaklęciu, jakim oberwała i serii, z której odbiciem również on miałby problem, gdyby nie uciekał się do odbijania większości czarów zamiast próbować się przed nimi bronić w konwencjonalny sposób. Wmawiano im, że wystarczy być dobrym w pojedynkach. Poznać podstawy w szkole. Później dołączyć do jakiegoś klubu i poinscenizować bez praktycznego wykorzystania czegoś, co było zakazane.
Wszystko trzymało się na ślinę i słowo honoru, którego nie miała ta druga strona. W tym wypadku liczyła się zdecydowana reakcja. Nie wahanie się i patrzenie na to, że coś może nie być zgodne z moralami. Nikt na to nie szykował.
No, może niektóre rody mające ciągoty do znęcania się nad własnymi dziećmi w imię przygotowania ich na wszystkie okoliczności, ale żadnego z nich to nie dotyczyło w takim stopniu, żeby mogli bez wahania stawać przeciwko wielu wprawionym, sadystycznym przeciwnikom zdecydowanym, żeby zabić.
Roise dawno przestał zwracać uwagę na meandry przekazu. Tak właściwie również ze względu na to, że jedynie połowa, może nawet jeszcze mniej jego słów trafiała do Geraldine. Reszta odbijała się od niej jak od niewidzialnej tarczy, którą jego dziewczyna usiłowała chronić się przed ich konfrontacją z jeszcze większą zaciętością niż wieczór wcześniej przed mrocznymi zaklęciami. Dużo silniejszymi od słów, choć Ambroise nie starał się być łagodny.
- Jak mam z tobą inaczej rozmawiać? - Wycedził, nachylając się ku niej i posyłając jej prawdopodobnie najbardziej sfrustrowane, zdesperowane spojrzenie.
O to chodziło: naprawdę nie próbował pogarszać sytuacji. Chciał wiedzieć, czym jest w stanie przemówić jej do rozsądku, bo raz po raz wytrącała mu wszystko z rozłożonych rąk. Nie próbował być jej oprawcą. Nie osaczał Riny dla zabawy. Nie miał w tym nic, tylko kolejne porcje rozgoryczenia. Ile jeszcze dało się znieść? Jak nisko upadną w tej rozmowie zanim zaczną odbijać się od dna?
- Nie bądź jeszcze bardziej absurdalna - obruszył się na nią zaskoczony zarzucaniem mu, że mógłby chcieć ją tu tak teraz zostawić, skoro cała rozmowa toczyła się wokół tego, że nie chciał i nie wyobrażał sobie życia z trwałymi konsekwencjami pochopnych, debilnych decyzji ukochanej.
Powinna być mądrzejsza. Miał ją za znacznie bardziej roztropną. Przez lata wyrobili sobie pewien schemat postępowania. Nie naskakiwał na nią bez powodu o zwykłą możliwość bycia w niebezpieczeństwie. Wyłącznie za głupie postępowanie w razie zagrożenia, które powinno skłonić ją do podjęcia szybkich decyzji w zgodzie ze składanymi obietnicami.
Tymczasem siedzieli tutaj. Pierwszy raz od miesięcy pękł tak szybko i mocno. Tak. Żyli w okrutnych, podstępnych i trudnych czasach. Oboje pracowali w warunkach, które normalnie dawno doprowadziłyby inne pary na skraj rozpadu związku, ale oni jakimś cudem trwali przy sobie. Próbował akceptować to, że oboje nie podążali bezpieczną ścieżką a magiczna wojna wyłącznie zwiększyła zakres niebezpieczeństwa.
- Posrało cię czy nie, nie zamierzam się nigdzie ruszać - margnął na nią, tym razem nie uciekając się do poetyckich porównań i wykwintnych określeń na to, co sądził, że ją ogarnęło.
To było posranie. Potrzebował dowodu na to, że wyłącznie chwilowe. Czegoś, co dałoby mu podstawy założyć, że to była tylko ta jedna posrana sytuacja a nie całkowita utrata zdolności do logicznej oceny sytuacji.
Mimo wszystko, niezależnie od scenariusza, dawno temu dokonał wyboru i był trwały w swoich postanowieniach tego, by jakoś to utrzymać, ustabilizować, naprawić szkody. Po prostu jeszcze nie teraz, bo nad sobą nie panował.
- Nie rozumiem - ostatnie słowa przeszły w przygaszony szept towarzyszący opuszczeniu wzroku na pościel.
Nie chciał, żeby widziała jak bardzo go to ugodziło. Wszystko, co się działo. Szczególnie jej reakcja na jego własne zachowania. Teraz jeszcze bardziej godne pożałowania, bo nie musiał patrzeć na swoje odbicie, by być świadomy, że krawędź łóżka rozmywa mu się przed oczami nie pod wpływem zmęczenia.
Zacisnął powieki, przełknął gulę w gardle, jeszcze bardziej spuścił głowę zasłaniając twarz włosami. Nie miał zamiaru dać jej dopisać jeszcze tego do listy rzeczy, których nikt nigdy wcześniej u niego nie wywołał.
Nie mazgaił się. Nie teraz po tym wszystkim, skoro wtedy w ferworze walki ani bezpośrednio po starciu tego nie zrobił. A jednak zaszczypały go poranione wargi, słony posmak wkradł się na język. Potrząsnął głową, żeby to z siebie zrzucić, mocno zaciskając rękę na podrapanym przedramieniu, wbijając w nie paznokcie przez warstwy materiału.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down