29.10.2024, 12:45 ✶
przy namiocie artystów - potem odchodzi
Szczerze powiedziawszy był zawiedziony, że po obejrzeniu się zobaczył… nic istotnego. I to dosłownie. Stryj wpatrywał się z tym zachwycającym spojrzeniem drapieżnika w… jakiegoś typa w mundurku? Ołowianego żołnierzyka zabawkowej armii Ministerstwa Magii. Co z tego że ubranego w inne fatałaszki.
Dlatego rozczarowany i wujem i swoją własną ekscytacją- nie poświęcił tej kwestii ani sekundy więcej.
Słyszał o co pyta Enzo, ale jedyną odpowiedzią, która padła z jego ust było pełne kłamliwej słodyczy i źle zatuszowanej pogardy:
- Avery kto?- Zapytał jasno sugerując, że dziewczyny nawet nie kojarzy. Kompletna bzdura - twarz zdrajczyni krwi wdrukowała się w podświadomość chłopaka, gdy wręczała mu wcześniej kwiaty.- Sorrki memorki mój słodki chłopcze.- Zaśmiał się lekko.- Skąd mam wiedzieć gdzie wywiało tego szlamoluba? Nie powinna być z Tobą?
Baldwin lubił uważać się za wyjątkowo postępowego czarodzieja. Pierwszy na froncie walki z zakonserwowanym systemem społecznym
Ale Mugolacy? Tu stawiał granice. Jak by się nie starał - Baldwin Malfoy był krwią z krwi swojego ojca; matki, która nienawiść do gorzej urodzonych szeptała mu do uszka niczym słodkie baśnie na dobranoc. Niektóre wartości tkwiły tak głęboko pod skórą, że nie szło ich wydrapać.
Widząc stan namiotu jedynie… westchnął. Ktoś ewidentnie musiał być tu przed nim i zabrać całe wino. Może to te dwie obściskujące się pannice na ziemi? Tą pierwszą mogłaby być Avery - sądząc po kolorze włosów i drobnej figurze. Drugiej nie kojarzył. Nawet nie wyciągnął różdżki, wpatrując się za to w półmroku w Brennę. Próbując dostrzec tyle szczegółów jej postaci ile byłby tylko w stanie. I tylko ona dla pana Malfoya w tym momencie istniała. Ta, którą trzymała w objęciach była nieistotna. Mogłaby być martwa.
Gdyby znajdowali się na jego terenie - układ sił wyglądałby inaczej.
Splunąłby na bruk Nokturnu szydząc z marnego popisu Brygadzistki. Albo przebierańca, bo nie raczyła się nawet wylegitymować.
Drgnął, gdy wyczarowała taśmę, odcinając go od wejścia do namiotu.
Przeniósł powoli wzrok na magiczny przedmiot. Chłonął kolory, magię którą emitowała, słodkie, złowrogie świszczenie. Odruchowo wyciągnął w jej stronę dłoń, ale zatrzymał się w bezpiecznej odległości. Nie zaryzykował.
Wepchnij mugola.- Podszepnął diabełek na ramieniu, kusząc go piękną wizją. Może taśma by go spętała, zadusiła. Martwy od symbolu władzy, która od lat chroniła takie wynaturzenia jak on.
Ale tego też nie zrobił.
Zamiast tego, gdy wreszcie oderwał wzrok od magicznego przedmiotu, jego twarz nie przedstawiała niczego innego poza zimną pogardą. Brzydził się sobą - za to zgięcie karku przed ministrialnymi szumowinami. Odczekał aż Jonathan pójdzie szukać kogoś tam. Jakiegoś Carrowa? Burke? Więcej brygadzistów?
- Idziemy stąd. Cuchnie tu szlamem i psiarnią. - Odwrócił się od tego całego obrazu nędzy i rozpaczy jaką przedstawiał się namiot artystów, zwracając się wprost do Lorraine.
To nie była prośba. To nie było zaproszenie. To było ostre polecenie. Stanowcze “wracamy do domu”.
Zresztą nie czekając na odpowiedź kuzynki ruszył w stronę przeciwną od namiotu, żeby znaleźć stosowne miejsce na teleportowanie się.
Percepcja (N) - przyglądanie się pannie Longbottom - just for fun, żeby ją ładnie namalować później.
Rzut N 1d100 - 66
Sukces!
Sukces!
Rzut N 1d100 - 37
Akcja nieudana
Akcja nieudana