29.10.2024, 13:53 ✶
Basilius nie myślał jakoś szczególnie o śmierci. Było to może nieco paradoksalne, bo przecież planował zostać uzdrowicielem i doskonale wiedział, że nie wszystkie przypadki kończyły się pomyślnie, nie wspominając już o tych wszystkich ciotkach i samej matce, którym czasem wymknęło się, że jaki on jest biedny, bo pewnie przez chorobę umrze młodo. A jednak młody Prewett nigdy jakoś szczególnie nad śmiercią się nie zastanawiał, to znaczy, aż do tego momentu, kiedy Marta powiedziała, to co powiedziała, a potem zaniosła się płaczem. Wymienił zaniepokojone spojrzenie z Peregrinusem i następnie bardzo szybko wbił wzrok w kartkę papieru, tam gdzie widniało niedokończone zdanie.
A gdyby coś mu się stało? Gdyby zapomniał wziąć eliksiru w odpowiednim momencie, lub okazało się, że porastające jego serce włoski rozrosły się za bardzo i za szybko, nie dając mu nawet szansy na wzięcie odpowiednich leków? Albo gdyby po prostu zasłabł na schodach, potknął się i zleciał w dół? Gdyby zachorował na coś innego, ale osłabiony organizm szybko by się poddał? Miałby być duchem jak Marta? Poszedłby gdzieś dalej? Żadna z tych opcji nie brzmiała zachęcająco dla nastolatka, którym był, bo absolutnie nie planował tak wcześnie kończyć życia, a znając siebie, gdyby nawiedzał jakieś miejsce, pewnie bardzo szybko zmieniłby się w jakąś marudną wersję Jęczącej Marty. Poza tym nie mógł przecież zostawić rodzeństwa i...
I chyba za bardzo zaczął o tym wszystkim myśleć. Uniósł głowę, akurat wtedy, gdy Marta wydała okrzyk radości, widząc rysunek kucyka.
– Oh tak! Bardzo podobny! Jest cudowny! Dziękuję! – wykrzyczała z zachwytu nurkując na chwilę w podłogę i pojawiając się zaraz z powrotem.
– Bardzo ładnie – wyszeptał Basilius, siląc się, aby jego komplement nie brzmiał sucho, jednocześnie walcząc z tym narastającym w nim poczucie niepokoju.
– Tak! Ślicznie! Dobrze, możecie mieć z powrotem swoje rzeczy, tylko zostawcie rysunek. Są w tej ostatniej kabinie o tam. Oh ja...– Marta znowu się rozpłakała i gdzieś zniknęła, ale Basilius nie czekał, aż ponownie się pojawi, lub co gorsza zmieni zdanie. O nie, Prewett bardzo szybko chciał wyjść z tego miejsca. Żwawym, jak na niego, krokiem ruszył do kabiny, chwycił ich rzeczy zimniejszymi, niż zazwyczaj dłońmi, wręczył drugiemu Krukonowi te które należały do niego, rysunek zostawił na parapecie i już po chwili znaleźli się na korytarzu, wolni od tego ducha i całej tej sprawy. Szkoda tylko, że dalej nie wiedzieli kto to zrobił, bo ciężko było tak mścić się na nikim konkretnym.
– Nie wiedziałem, że umiesz rysować – powiedział, gdy już odeszli kilka kroków, nie do końca wiedząc, co teraz ze sobą zrobić. Myślał, że gdy opuszczą łazienkę to mu się polepszy, ale nie... Teraz zamiast rosnącego niepokoju, czuł dziwną pustkę, która w każdej chwili mogła wypluć z siebie jeszcze więcej ponurych myśli. Zerknął na Trelawney'a i zacisnął usta. Nie dość, że nie chciał przestawać na razie rozmawiać z Peregrinusem, to teraz jeszcze chyba bardzo nie chciał zostawać sam. – Wiesz, tak sobie myślałem... Może chciałbyś zerknąć na to moje wypracowanie? Miłoby było porozmawiać o tym z kimś, kogo gadanie nie zanudza na śmierć.
A gdyby coś mu się stało? Gdyby zapomniał wziąć eliksiru w odpowiednim momencie, lub okazało się, że porastające jego serce włoski rozrosły się za bardzo i za szybko, nie dając mu nawet szansy na wzięcie odpowiednich leków? Albo gdyby po prostu zasłabł na schodach, potknął się i zleciał w dół? Gdyby zachorował na coś innego, ale osłabiony organizm szybko by się poddał? Miałby być duchem jak Marta? Poszedłby gdzieś dalej? Żadna z tych opcji nie brzmiała zachęcająco dla nastolatka, którym był, bo absolutnie nie planował tak wcześnie kończyć życia, a znając siebie, gdyby nawiedzał jakieś miejsce, pewnie bardzo szybko zmieniłby się w jakąś marudną wersję Jęczącej Marty. Poza tym nie mógł przecież zostawić rodzeństwa i...
I chyba za bardzo zaczął o tym wszystkim myśleć. Uniósł głowę, akurat wtedy, gdy Marta wydała okrzyk radości, widząc rysunek kucyka.
– Oh tak! Bardzo podobny! Jest cudowny! Dziękuję! – wykrzyczała z zachwytu nurkując na chwilę w podłogę i pojawiając się zaraz z powrotem.
– Bardzo ładnie – wyszeptał Basilius, siląc się, aby jego komplement nie brzmiał sucho, jednocześnie walcząc z tym narastającym w nim poczucie niepokoju.
– Tak! Ślicznie! Dobrze, możecie mieć z powrotem swoje rzeczy, tylko zostawcie rysunek. Są w tej ostatniej kabinie o tam. Oh ja...– Marta znowu się rozpłakała i gdzieś zniknęła, ale Basilius nie czekał, aż ponownie się pojawi, lub co gorsza zmieni zdanie. O nie, Prewett bardzo szybko chciał wyjść z tego miejsca. Żwawym, jak na niego, krokiem ruszył do kabiny, chwycił ich rzeczy zimniejszymi, niż zazwyczaj dłońmi, wręczył drugiemu Krukonowi te które należały do niego, rysunek zostawił na parapecie i już po chwili znaleźli się na korytarzu, wolni od tego ducha i całej tej sprawy. Szkoda tylko, że dalej nie wiedzieli kto to zrobił, bo ciężko było tak mścić się na nikim konkretnym.
– Nie wiedziałem, że umiesz rysować – powiedział, gdy już odeszli kilka kroków, nie do końca wiedząc, co teraz ze sobą zrobić. Myślał, że gdy opuszczą łazienkę to mu się polepszy, ale nie... Teraz zamiast rosnącego niepokoju, czuł dziwną pustkę, która w każdej chwili mogła wypluć z siebie jeszcze więcej ponurych myśli. Zerknął na Trelawney'a i zacisnął usta. Nie dość, że nie chciał przestawać na razie rozmawiać z Peregrinusem, to teraz jeszcze chyba bardzo nie chciał zostawać sam. – Wiesz, tak sobie myślałem... Może chciałbyś zerknąć na to moje wypracowanie? Miłoby było porozmawiać o tym z kimś, kogo gadanie nie zanudza na śmierć.
Koniec sesji