29.10.2024, 14:56 ✶
Również w tym mieli wiele wprawy. Przez lata coraz trudniej mu było chować urazę i pielęgnować frustrację. Zamiast tego wylewali ją na siebie nawzajem. Ostro i gwałtownie, ale krótkotrwale, dochodząc do konsensusu nawet bardziej niż do ugody.
Ugoda oznaczała ustępstwa a w tym wszystkim jakimś cudem zazwyczaj udawało im się wypracować wspólne stanowisko, nie poświęcać się jedno dla drugiego i nie ponosić kosztów, które mogłyby skumulować się i doprowadzić do kolejnej awantury.
To nie tak, że spotulniał przy niej jak baranek. W dalszym ciągu potrafił odciąć się z jadowitą precyzją. Tym bardziej im bliżej siebie byli, poznając swoje wszystkie strony. Znał jej mocne i słabe punkty tak dobrze jak ona znała jego. Przynajmniej tak mu się wydawało. Do dziś. Ostatnie dwanaście godzin naruszyło tę pewność.
Szczególnie, że umknęła przed poruszonym przez niego tematem. Wyślizgnęła się jak wąż, znowu wracając do mugolskich dzieci, które potrzebowały jej matronatu znacznie bardziej niż oni potrzebowali zachowywać swoją neutralność. Nie mógł tego nie zauważyć. Oczywiście, że zwrócił na to uwagę.
To, że nie wytknął Geraldine tego, co zrobiła (albo czego nie zrobiła - nie odpowiedziała) wynikało z czegoś znacznie gorszego od gniewu, który mógłby na nią wylać zadając jej cierpkie pytanie: czy na tej płaszczyźnie również się obecnie rozjeżdżają? Nie chciał tego robić.
Fundamenty ich domu zaczęły rozjeżdżać się pod naciskiem wypowiedzianych słów, ale to te przemilczane zadawały najsilniejsze ciosy. Budowali sobie życie w Piaskownicy, o ironio losu, teraz uświadamiał sobie wieloznaczność nazwy miejsca, którą wybrali z najlepszymi intencjami. Teraz zaczęła być wymowna.
Nie chciał być panem włości w postaci zamków budowanych na piasku. Wszystko się układało. Latami utwierdzał się w przekonaniu, że są sobie pisani. Nie mógł wyobrazić sobie życia z kimkolwiek innym. Nikt go tak nie dopełniał, choć to nie było całkiem właściwe słowo na to, co było między nimi.
Oboje byli indywidualnymi, pełnymi jednostkami. Nie dwoma połówkami tego samego jabłka. Bardziej czereśniami z drzewa w ogrodzie, które pierwszy raz w tym roku dało soczyste owoce, których smak zdążyli zapomnieć przez zimę, która trwała już zbyt długo i nie chciała odejść.
Udawało im się zostawiać to za drzwiami ciepłego, bezpiecznego domu. Bardzo długo podejmowali starania, żeby to, co dzieje się poza granicami Whitby nie uderzało w ich życie budowane w tamtym miejscu. Nie milczeli w trudnych tematach. Nie zamykali oczu, uszu i ust, ale wiele tygodni udawało im się utrzymać wspólny front w tym, że to nie jest ich wojna.
Nie była mu w stanie powiedzieć, czemu nagle zmieniła podejście. Zeskoczyła z tematu wspólnego życia i tego, czego tak właściwie chciała, aby nie musieć rzucać się do przodu za każdym razem, gdy poczuje wewnętrzny zew. Przeszła w mieszankę ofensywnej defensywy. Cały czas skupiała się na tamtych mugolakach, jakby to było niepodważalne wytłumaczenie.
Jak gdyby to oni byli dla niej czymś, za co poprzysięgła walczyć. Nie własne bezpieczeństwo ani wspólna przyszłość, nawet nie możliwość powrotu do domu na jeszcze jeden dzień.
W tej chwili, kiedy on żył teraźniejszością patrząc jak przyszłość przecieka mu przez palce jak krew z rany. Geraldine zawiesiła się w przeszłości i to nie tej, dla której mógłby żywić szacunek. Miał wrażenie, że rozmawia z kimś sprzed lat. Ta wersja Yaxleyówny nie patrzyła na konsekwencje mogące odbić się na kimś innym poza nią samą. Wbrew temu, co uparcie twierdziła.
- Uważaj, żebyś się nie zdziwiła - syknął kręcąc głową. - Wiesz, że jednym z takich oprawców był uzdrowiciel? Stąd. Dokładnie z tego oddziału. Ira Slughorn. Ciapciak, ale złoty człowiek. Na pewno powiedziałby ci dzień dobry na klatce schodowej. Kto wie, ile razy to zrobił. Mieszkał na Horyzontalnej w tym samym budynku. Wiesz? - Tym także nie musiał uderzać w dziewczynę, szczególnie nie w stanie, w którym była i mając świadomość jej awersji do szpitala.
Zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił dopiero wtedy, kiedy słowa opuściły jego usta. Na ułamek sekundy się zreflektował. Zamrugał, pokręcił głową, prawie zapewnił ją, że mimo wszystko Mung był bezpiecznym miejscem a on nie miał zamiaru schodzić ze swojego krzesła aż nie dowiedzą się, że mogą stąd wyjść. Był na posterunku, trzymał gardę nawet mimo wściekłości i przemęczenia. W ostatnich tygodniach niemal chronicznego.
Natomiast to byłoby kłamstwo tak po prostu powiedzieć, że gdziekolwiek jest jeszcze bezpiecznie. Poprzednia noc uderzyła w Dolinę. Reszta mogła (ale nie musiała) być kwestią czasu. Może ta wiedza mogła przebić się przez skorupę tłumaczeń i wymówek. Jeśli nie to już nie wiedział co może zrobić, żeby się z nią porozumieć.
- Wyśmienicie, że się rozumiemy - furknął, z tym, że podkreślenie tej oczywistości niewiele zmieniło.
Właściwie to nic. Uznawała, że David jest wyłącznie grajkiem Quidditcha. Właśnie tego chcieli teraz niemal wszyscy rozsądni ludzie. Powinna to wiedzieć. Żadne z nich nie chodziło po mieście i nie obnosiło się ze swoimi umiejętnościami wtedy, kiedy warto to było zachować dla siebie. Szczególnie on w oczach wielu ludzi był wyłącznie uzdrowicielem. Takim typem jak Ira, choć może nie tak łagodnym.
Zeszła noc uświadomiła mu jeszcze jeden wspólny mianownik. Tak jak Ira był w stanie posunąć się do ostatecznych kroków. To, że z innych pobudek nie zmieniało rzeczywistości.
- Jeśli właśnie tego chcesz to mogę - mogli tu siedzieć w całkowitej duszącej ciszy. - Sama chciałaś, żebym się nie wahał - nie sądził, że musi o tym przypominać.
Ich rozmowa miałaby miejsce niezależnie od tego, co padłoby z ust Riny, ale sama zaprosiła go do dzielenia się wszystkimi przemyśleniami. Mimo to mógł jej pójść na rękę i wymownie zamilknąć, choć nie na długo. Znała go. Prawdopodobnie powstrzymałby się przez góra dwadzieścia minut, może pół godziny i wybuchłby na nią ze zdwojoną siłą. Tym razem jeszcze mniej się hamując.
- Zachowujesz się jak dziecko - odbił wyrzut, bo tak - była absurdalna, nie potrzebował wycofywać swoich osadów, szczególnie że ani nie chciał, ani nie zamierzał; brał pełną odpowiedzialność za wywarczane słowa.
- Nie wiem - uniósł brwi, agresywnie kręcąc głową. - Nie mam pojęcia, czego mogę od ciebie oczekiwać. Po tobie też nie - zarzucił jej wbrew temu, co powinno opuścić jego usta, żeby wszystko naprawić. - Czego ty oczekujesz od nas. Ode mnie - powinni mieć jasność sprzed niecałej doby, ale już jej nie mieli.
Tak właściwie to nie pamiętał kiedy ostatnio czuł się tak ślepy i wodzony za nos jak w tej chwili. Prawdopodobnie wiele lat temu, ale od tamtego czasu powinni wydorośleć, dojrzeć, nauczyć się ze sobą rozmawiać i nie uciekać przed żadnymi tematami.
- Wyśmienicie - we wściekłości zdecydowanie nadużywał tego słowa; wszystko zawsze było jadowicie wyśmienite, kiedy w rzeczywistości waliło się na łeb na szyję.
Tego dnia to była lawina.
To były bardzo wymowne słowa. Nie był pewien czy zdawała sobie sprawę z ich podwójnego znaczenia i z tego, że to zawsze działało u nich w dwie strony. Jeśli on miałby się postawić na jej miejscu, ona musiałaby być na tym teraz u niego. Ta świadomość go nie cieszyła ani nie satysfakcjonowała. Nie chciał takiego rozwoju spraw. Nie potrzebował brać odwetu w ten sposób.
- Uważaj czego sobie życzysz - odmruknął, powstrzymując się, żeby wierzchem dłoni nie przesunąć po twarzy ani nie poruszać ramionami, które instynktownie wygiął do przodu.
Jemu również brakowało tlenu, jakby ktoś wyssał cały z sali, w której panował chłód niepodobny do niczego wcześniej, co znał. Mógł sobie wyobrażać, że podobne uczucie pojawiało się w obecności dementora, ale żadnego tu z nimi nie było. To było wewnętrzne wrażenie pustki i wszechogarniającego zrezygnowania. Nie chciał dłużej prowadzić tej rozmowy, ale wyjście nie wchodziło w grę.
Ugoda oznaczała ustępstwa a w tym wszystkim jakimś cudem zazwyczaj udawało im się wypracować wspólne stanowisko, nie poświęcać się jedno dla drugiego i nie ponosić kosztów, które mogłyby skumulować się i doprowadzić do kolejnej awantury.
To nie tak, że spotulniał przy niej jak baranek. W dalszym ciągu potrafił odciąć się z jadowitą precyzją. Tym bardziej im bliżej siebie byli, poznając swoje wszystkie strony. Znał jej mocne i słabe punkty tak dobrze jak ona znała jego. Przynajmniej tak mu się wydawało. Do dziś. Ostatnie dwanaście godzin naruszyło tę pewność.
Szczególnie, że umknęła przed poruszonym przez niego tematem. Wyślizgnęła się jak wąż, znowu wracając do mugolskich dzieci, które potrzebowały jej matronatu znacznie bardziej niż oni potrzebowali zachowywać swoją neutralność. Nie mógł tego nie zauważyć. Oczywiście, że zwrócił na to uwagę.
To, że nie wytknął Geraldine tego, co zrobiła (albo czego nie zrobiła - nie odpowiedziała) wynikało z czegoś znacznie gorszego od gniewu, który mógłby na nią wylać zadając jej cierpkie pytanie: czy na tej płaszczyźnie również się obecnie rozjeżdżają? Nie chciał tego robić.
Fundamenty ich domu zaczęły rozjeżdżać się pod naciskiem wypowiedzianych słów, ale to te przemilczane zadawały najsilniejsze ciosy. Budowali sobie życie w Piaskownicy, o ironio losu, teraz uświadamiał sobie wieloznaczność nazwy miejsca, którą wybrali z najlepszymi intencjami. Teraz zaczęła być wymowna.
Nie chciał być panem włości w postaci zamków budowanych na piasku. Wszystko się układało. Latami utwierdzał się w przekonaniu, że są sobie pisani. Nie mógł wyobrazić sobie życia z kimkolwiek innym. Nikt go tak nie dopełniał, choć to nie było całkiem właściwe słowo na to, co było między nimi.
Oboje byli indywidualnymi, pełnymi jednostkami. Nie dwoma połówkami tego samego jabłka. Bardziej czereśniami z drzewa w ogrodzie, które pierwszy raz w tym roku dało soczyste owoce, których smak zdążyli zapomnieć przez zimę, która trwała już zbyt długo i nie chciała odejść.
Udawało im się zostawiać to za drzwiami ciepłego, bezpiecznego domu. Bardzo długo podejmowali starania, żeby to, co dzieje się poza granicami Whitby nie uderzało w ich życie budowane w tamtym miejscu. Nie milczeli w trudnych tematach. Nie zamykali oczu, uszu i ust, ale wiele tygodni udawało im się utrzymać wspólny front w tym, że to nie jest ich wojna.
Nie była mu w stanie powiedzieć, czemu nagle zmieniła podejście. Zeskoczyła z tematu wspólnego życia i tego, czego tak właściwie chciała, aby nie musieć rzucać się do przodu za każdym razem, gdy poczuje wewnętrzny zew. Przeszła w mieszankę ofensywnej defensywy. Cały czas skupiała się na tamtych mugolakach, jakby to było niepodważalne wytłumaczenie.
Jak gdyby to oni byli dla niej czymś, za co poprzysięgła walczyć. Nie własne bezpieczeństwo ani wspólna przyszłość, nawet nie możliwość powrotu do domu na jeszcze jeden dzień.
W tej chwili, kiedy on żył teraźniejszością patrząc jak przyszłość przecieka mu przez palce jak krew z rany. Geraldine zawiesiła się w przeszłości i to nie tej, dla której mógłby żywić szacunek. Miał wrażenie, że rozmawia z kimś sprzed lat. Ta wersja Yaxleyówny nie patrzyła na konsekwencje mogące odbić się na kimś innym poza nią samą. Wbrew temu, co uparcie twierdziła.
- Uważaj, żebyś się nie zdziwiła - syknął kręcąc głową. - Wiesz, że jednym z takich oprawców był uzdrowiciel? Stąd. Dokładnie z tego oddziału. Ira Slughorn. Ciapciak, ale złoty człowiek. Na pewno powiedziałby ci dzień dobry na klatce schodowej. Kto wie, ile razy to zrobił. Mieszkał na Horyzontalnej w tym samym budynku. Wiesz? - Tym także nie musiał uderzać w dziewczynę, szczególnie nie w stanie, w którym była i mając świadomość jej awersji do szpitala.
Zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił dopiero wtedy, kiedy słowa opuściły jego usta. Na ułamek sekundy się zreflektował. Zamrugał, pokręcił głową, prawie zapewnił ją, że mimo wszystko Mung był bezpiecznym miejscem a on nie miał zamiaru schodzić ze swojego krzesła aż nie dowiedzą się, że mogą stąd wyjść. Był na posterunku, trzymał gardę nawet mimo wściekłości i przemęczenia. W ostatnich tygodniach niemal chronicznego.
Natomiast to byłoby kłamstwo tak po prostu powiedzieć, że gdziekolwiek jest jeszcze bezpiecznie. Poprzednia noc uderzyła w Dolinę. Reszta mogła (ale nie musiała) być kwestią czasu. Może ta wiedza mogła przebić się przez skorupę tłumaczeń i wymówek. Jeśli nie to już nie wiedział co może zrobić, żeby się z nią porozumieć.
- Wyśmienicie, że się rozumiemy - furknął, z tym, że podkreślenie tej oczywistości niewiele zmieniło.
Właściwie to nic. Uznawała, że David jest wyłącznie grajkiem Quidditcha. Właśnie tego chcieli teraz niemal wszyscy rozsądni ludzie. Powinna to wiedzieć. Żadne z nich nie chodziło po mieście i nie obnosiło się ze swoimi umiejętnościami wtedy, kiedy warto to było zachować dla siebie. Szczególnie on w oczach wielu ludzi był wyłącznie uzdrowicielem. Takim typem jak Ira, choć może nie tak łagodnym.
Zeszła noc uświadomiła mu jeszcze jeden wspólny mianownik. Tak jak Ira był w stanie posunąć się do ostatecznych kroków. To, że z innych pobudek nie zmieniało rzeczywistości.
- Jeśli właśnie tego chcesz to mogę - mogli tu siedzieć w całkowitej duszącej ciszy. - Sama chciałaś, żebym się nie wahał - nie sądził, że musi o tym przypominać.
Ich rozmowa miałaby miejsce niezależnie od tego, co padłoby z ust Riny, ale sama zaprosiła go do dzielenia się wszystkimi przemyśleniami. Mimo to mógł jej pójść na rękę i wymownie zamilknąć, choć nie na długo. Znała go. Prawdopodobnie powstrzymałby się przez góra dwadzieścia minut, może pół godziny i wybuchłby na nią ze zdwojoną siłą. Tym razem jeszcze mniej się hamując.
- Zachowujesz się jak dziecko - odbił wyrzut, bo tak - była absurdalna, nie potrzebował wycofywać swoich osadów, szczególnie że ani nie chciał, ani nie zamierzał; brał pełną odpowiedzialność za wywarczane słowa.
- Nie wiem - uniósł brwi, agresywnie kręcąc głową. - Nie mam pojęcia, czego mogę od ciebie oczekiwać. Po tobie też nie - zarzucił jej wbrew temu, co powinno opuścić jego usta, żeby wszystko naprawić. - Czego ty oczekujesz od nas. Ode mnie - powinni mieć jasność sprzed niecałej doby, ale już jej nie mieli.
Tak właściwie to nie pamiętał kiedy ostatnio czuł się tak ślepy i wodzony za nos jak w tej chwili. Prawdopodobnie wiele lat temu, ale od tamtego czasu powinni wydorośleć, dojrzeć, nauczyć się ze sobą rozmawiać i nie uciekać przed żadnymi tematami.
- Wyśmienicie - we wściekłości zdecydowanie nadużywał tego słowa; wszystko zawsze było jadowicie wyśmienite, kiedy w rzeczywistości waliło się na łeb na szyję.
Tego dnia to była lawina.
To były bardzo wymowne słowa. Nie był pewien czy zdawała sobie sprawę z ich podwójnego znaczenia i z tego, że to zawsze działało u nich w dwie strony. Jeśli on miałby się postawić na jej miejscu, ona musiałaby być na tym teraz u niego. Ta świadomość go nie cieszyła ani nie satysfakcjonowała. Nie chciał takiego rozwoju spraw. Nie potrzebował brać odwetu w ten sposób.
- Uważaj czego sobie życzysz - odmruknął, powstrzymując się, żeby wierzchem dłoni nie przesunąć po twarzy ani nie poruszać ramionami, które instynktownie wygiął do przodu.
Jemu również brakowało tlenu, jakby ktoś wyssał cały z sali, w której panował chłód niepodobny do niczego wcześniej, co znał. Mógł sobie wyobrażać, że podobne uczucie pojawiało się w obecności dementora, ale żadnego tu z nimi nie było. To było wewnętrzne wrażenie pustki i wszechogarniającego zrezygnowania. Nie chciał dłużej prowadzić tej rozmowy, ale wyjście nie wchodziło w grę.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down