29.10.2024, 18:19 ✶
Nie powinien go dziwić wspólny front, który Roo przyjęła ze swoim zdziczałym przyjacielem. Nie ufał temu człowiekowi za knut, ale dostrzegał znaczną różnicę w podejściu siostry zarówno do tego tematu, jak i do samego Samuela. Zachowywała się inaczej. Czy lepiej? Nie mógł teraz zawyrokować.
Właściwie to mógł, ale powstrzymał się od tego w tej chwili. Mieli ważniejsze sprawy na głowie. Później mogą do tego wrócić, gdy już wszyscy opuszczą las w jednym kawałku. Ciała czy duszy. Oba były tak samo zagrożone.
- O siebie się nie martwię - skwitował od razu, przy czym bardzo nieznacznie wzruszył zesztywniałymi od chłodu ramionami.
Niby skostniałymi od wrażenia wszechogarniającego zimna oraz podmuchów wiatru, któremu daleko było od ciepłej letniej igraszki na skórze, a jednocześnie lepkimi od wrażenia niepokoju, dreszczy i potu.
Nie zmęczył się. To nie był ten rodzaj zimno-ciepłych, lepko-wodnistych reakcji ciała na podjęty wysiłek fizyczny. Był przyzwyczajony do wymuszania na sobie znacznie dłuższych spacerów, robienia dziesiątek kilometrów podczas pracy, prób utrzymania się w najlepszej możliwej kondycji, bo wiele od tego zależało.
Z tej perspektywy to mogła być zaledwie krótka przebieżka i byłaby nią pewnie, gdyby nie przyczyna, dla której znaleźli się na linii lasu gotowi ją przekroczyć w przeciągu najbliższych dwóch minut, nie więcej.
Z początku wieczoru był wyczerpany i niedospany. Mógłby kiepsko zareagować na konieczność przedzierania się przez mrok nocy w Kniei, gdzie z natury było znacznie ciemniej niż na wrzosowiskach. Zadziałał przezornie. Dał sobie kilka minut zanim opuścił dom, rozbudził się, wzmocnił i dzięki temu był na tyle przytomny na ile mógł być.
Eliksiry pobudzające działały, choć nie do końca tak jak powinny, ale od samego początku spodziewał się tego efektu, więc nie był nim zaskoczony. Pobudzały go, ale odnosił wrażenie, że również podsycały podskórne rozdrażnienie. Ten niepokój tlący się w głębi ciała, który nie miał zniknąć dopóki nie znajdą się między drzewami.
Nie wiedzieli, czego się spodziewać. No, może inaczej: nie byli świadomi rozwoju sytuacji i tego, co teraz trzęsło Knieją. Wiele mogło się zmienić, odkąd to miejsce zostało im wydarte i przemienione w coś, co nie do końca było już ich głuszą. O ten typ niepewności chodziło. O to, co zastaną, gdy znajdą się pośród starych drzew wydających z siebie tak błagalne szumiące krzyki - wołanie o pomoc.
Niektóre niebezpieczeństwa nie były już takie niejasne jak te odległe tygodnie, miesiące wcześniej. W dalszym ciągu niewiele o nich wiedziano, oni również nie dysponowali raczej szerokim oglądem na sprawę, ale przynajmniej mieli świadomość, na co się piszą. Musieli to zrobić. Właśnie przez to uczucie, które ich wypełniało.
Dostrzegał je również w oczach siostry. W ślepiach niedźwiedzia nie, ale tego wolał trzymać na dystans. Od wczesnej młodości stronił od przesadnego i niekoniecznego kontaktu ze światem fauny. Miał kilka długich lat, kiedy mimowolnie bardziej się z nim stykał.
Zdarzyło mu się polować na niektóre osobniki (choć nie takie jak Samuel, tylko rzeczywiście będące zwierzętami; z wyłączeniem jednego wściekłego wilkołaka, który sam się napatoczył), choć nawet wtedy jego rola ograniczała się głównie do asysty i to zazwyczaj bardziej tragarskiej z okazjonalnymi elementami medycznymi.
Choć bez wątpienia kilka razy także fizycznym zaangażowaniem w walkę - przy czym nabył całkiem śmieszną umiejętność precyzyjnego rzutu kuszą. Nie strzelania z kuszy tylko podrzucenia jej w taki sposób, żeby faktyczny umiejętny, wykwalifikowany strzelec mógł ją złapać i dokonać dzieła. Wbrew pozorom to było całkiem niełatwe. Był z siebie całkiem zadowolony w tamtym czasie mogąc przydać się i nie tylko stać z boku, czekając na koniec akcji.
W tym momencie również nie planował usuwać się z drogi, zawracać czy zbaczać z toru, który wszyscy podświadomie obrali. Nawet ze świadomością, że najprawdopodobniej nie istniała żadna magiczna kusza, która mogłaby być tu teraz przydatna. Mierzyli się z czymś innym, czego jeszcze nie znali.
To coś przejmowało duszę drzew, groziło duchowi Kniei, ale nawet w najbardziej fatalistycznych przekonaniach nie dopuściłby do siebie tego, co ukazało się ich oczom, gdy przekroczyli granicę wysokich krzaków wstępując na najświętszą część lasu.
Ambroise zamarł niemal instynktownie, wyciągając rękę za siebie, żeby powstrzymać także resztę przed kolejnym ruchem, który mógłby zwrócić uwagę Czegoś na ich obecność. Całe szczęście mogli skryć się zanim pochopnie poruszyli jakąś gałęzią lub zdeptali spróchniały kawałek drewna trzeszczący pod butem.
Nie byli bezpieczni, ale mogli obserwować to, co działo się na ich oczach. Zamarł w głębokim, pierwotnym przerażeniu, jakiego nie czuł nigdy wcześniej. Zastygł nie mrugając ani przez chwilę. Ten widok miał mu się wyryć na tęczówkach, prześladując go jeszcze długo po tym wraz z przeświadczeniem o bezradności, której nie mógł zaradzić, nie będąc również w stanie tak po prostu jej przełknąć.
W tym momencie jego głowy nie przepełniały te myśli. Jeszcze nie, bo teraz wypełniał ją krzyk cierpienia. Śmierci dębu, który miał być wieczny; teraz kurcząc się, wysychając wyssany przez człekokształtne widmo. Bezsilność wobec tej siły paraliżowała ciało. Nie pozwalała się ruszyć, zareagować na cierpienie w inny sposób aniżeli we wnętrzu łupiącej czaszki.
Istota dokończyła dzieła.
Właściwie to mógł, ale powstrzymał się od tego w tej chwili. Mieli ważniejsze sprawy na głowie. Później mogą do tego wrócić, gdy już wszyscy opuszczą las w jednym kawałku. Ciała czy duszy. Oba były tak samo zagrożone.
- O siebie się nie martwię - skwitował od razu, przy czym bardzo nieznacznie wzruszył zesztywniałymi od chłodu ramionami.
Niby skostniałymi od wrażenia wszechogarniającego zimna oraz podmuchów wiatru, któremu daleko było od ciepłej letniej igraszki na skórze, a jednocześnie lepkimi od wrażenia niepokoju, dreszczy i potu.
Nie zmęczył się. To nie był ten rodzaj zimno-ciepłych, lepko-wodnistych reakcji ciała na podjęty wysiłek fizyczny. Był przyzwyczajony do wymuszania na sobie znacznie dłuższych spacerów, robienia dziesiątek kilometrów podczas pracy, prób utrzymania się w najlepszej możliwej kondycji, bo wiele od tego zależało.
Z tej perspektywy to mogła być zaledwie krótka przebieżka i byłaby nią pewnie, gdyby nie przyczyna, dla której znaleźli się na linii lasu gotowi ją przekroczyć w przeciągu najbliższych dwóch minut, nie więcej.
Z początku wieczoru był wyczerpany i niedospany. Mógłby kiepsko zareagować na konieczność przedzierania się przez mrok nocy w Kniei, gdzie z natury było znacznie ciemniej niż na wrzosowiskach. Zadziałał przezornie. Dał sobie kilka minut zanim opuścił dom, rozbudził się, wzmocnił i dzięki temu był na tyle przytomny na ile mógł być.
Eliksiry pobudzające działały, choć nie do końca tak jak powinny, ale od samego początku spodziewał się tego efektu, więc nie był nim zaskoczony. Pobudzały go, ale odnosił wrażenie, że również podsycały podskórne rozdrażnienie. Ten niepokój tlący się w głębi ciała, który nie miał zniknąć dopóki nie znajdą się między drzewami.
Nie wiedzieli, czego się spodziewać. No, może inaczej: nie byli świadomi rozwoju sytuacji i tego, co teraz trzęsło Knieją. Wiele mogło się zmienić, odkąd to miejsce zostało im wydarte i przemienione w coś, co nie do końca było już ich głuszą. O ten typ niepewności chodziło. O to, co zastaną, gdy znajdą się pośród starych drzew wydających z siebie tak błagalne szumiące krzyki - wołanie o pomoc.
Niektóre niebezpieczeństwa nie były już takie niejasne jak te odległe tygodnie, miesiące wcześniej. W dalszym ciągu niewiele o nich wiedziano, oni również nie dysponowali raczej szerokim oglądem na sprawę, ale przynajmniej mieli świadomość, na co się piszą. Musieli to zrobić. Właśnie przez to uczucie, które ich wypełniało.
Dostrzegał je również w oczach siostry. W ślepiach niedźwiedzia nie, ale tego wolał trzymać na dystans. Od wczesnej młodości stronił od przesadnego i niekoniecznego kontaktu ze światem fauny. Miał kilka długich lat, kiedy mimowolnie bardziej się z nim stykał.
Zdarzyło mu się polować na niektóre osobniki (choć nie takie jak Samuel, tylko rzeczywiście będące zwierzętami; z wyłączeniem jednego wściekłego wilkołaka, który sam się napatoczył), choć nawet wtedy jego rola ograniczała się głównie do asysty i to zazwyczaj bardziej tragarskiej z okazjonalnymi elementami medycznymi.
Choć bez wątpienia kilka razy także fizycznym zaangażowaniem w walkę - przy czym nabył całkiem śmieszną umiejętność precyzyjnego rzutu kuszą. Nie strzelania z kuszy tylko podrzucenia jej w taki sposób, żeby faktyczny umiejętny, wykwalifikowany strzelec mógł ją złapać i dokonać dzieła. Wbrew pozorom to było całkiem niełatwe. Był z siebie całkiem zadowolony w tamtym czasie mogąc przydać się i nie tylko stać z boku, czekając na koniec akcji.
W tym momencie również nie planował usuwać się z drogi, zawracać czy zbaczać z toru, który wszyscy podświadomie obrali. Nawet ze świadomością, że najprawdopodobniej nie istniała żadna magiczna kusza, która mogłaby być tu teraz przydatna. Mierzyli się z czymś innym, czego jeszcze nie znali.
To coś przejmowało duszę drzew, groziło duchowi Kniei, ale nawet w najbardziej fatalistycznych przekonaniach nie dopuściłby do siebie tego, co ukazało się ich oczom, gdy przekroczyli granicę wysokich krzaków wstępując na najświętszą część lasu.
Ambroise zamarł niemal instynktownie, wyciągając rękę za siebie, żeby powstrzymać także resztę przed kolejnym ruchem, który mógłby zwrócić uwagę Czegoś na ich obecność. Całe szczęście mogli skryć się zanim pochopnie poruszyli jakąś gałęzią lub zdeptali spróchniały kawałek drewna trzeszczący pod butem.
Nie byli bezpieczni, ale mogli obserwować to, co działo się na ich oczach. Zamarł w głębokim, pierwotnym przerażeniu, jakiego nie czuł nigdy wcześniej. Zastygł nie mrugając ani przez chwilę. Ten widok miał mu się wyryć na tęczówkach, prześladując go jeszcze długo po tym wraz z przeświadczeniem o bezradności, której nie mógł zaradzić, nie będąc również w stanie tak po prostu jej przełknąć.
W tym momencie jego głowy nie przepełniały te myśli. Jeszcze nie, bo teraz wypełniał ją krzyk cierpienia. Śmierci dębu, który miał być wieczny; teraz kurcząc się, wysychając wyssany przez człekokształtne widmo. Bezsilność wobec tej siły paraliżowała ciało. Nie pozwalała się ruszyć, zareagować na cierpienie w inny sposób aniżeli we wnętrzu łupiącej czaszki.
Istota dokończyła dzieła.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down