29.10.2024, 20:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.10.2024, 20:31 przez Quintessa Longbottom.)
Pojawienie się całej trójki Longbottomów w Azylu zdawało się robić nie lada zamieszanie — najwyraźniej mieszkańcy Doliny Godryka ciągnęli za sobą pasmo zamętu, jak ten ogon, przez który nie dało się domknąć drzwi.
Początkowo Tessa trzymała się kurczowo ramienia Morpheusa. Nie chciała go puszczać, bo materiał swetra szwagra jakoś uspokajał, a zapach perfum trochę gryzł w nos. Zanotowała więc w myślach, że koniecznie będzie musiała mu potem powiedzieć, żeby zmienił wodę kolońską, bo kompletnie nie pasowała do tonacji pachnidła, którego ostatnio używał. To chwilowe odstąpienie od powagi sytuacji, to wręcz typowe, zarezerwowane dla niej zachowanie sprawiło, że spuściła lekko z tonu. Dała upust powietrzu, które trzymała w płucach i pozwoliła sobie na wzięcie głębszego wdechu.
— O, przepraszam — powiedziała nagle, spoglądając, gdy czarny kocur, wcześniej tak chętnie witając ich na progu, obijał się łebkiem o jej nogi i ponaglająco kierował w stronę fotela. Najwyraźniej paliło się, a jedynym ratunkiem na ugaszenie pożaru było wspięcie się na ramię Tessy i próba wciśnięcia się pomiędzy jej włosy.
Niestety czarownica nie pozwoliła sobie na dosłowne wejście na głowę i lekko bezceremonialnie, ale nadal z wyraźną dozą szacunku, wzięła kota na ręce i podrapała go delikatnie za uchem, a zaraz potem pod brodą. Piernik nie lubił być trzymany w ten sposób, od małego zawsze prędko uciekał od takich pieszczot i dawał się puczyć tylko i wyłącznie Brennie.
Słuchała z uwagą tego, co rudy kot miał do powiedzenia, a potem spojrzała na bratanicę i Morpheusa. Nie była przekonana.
— Rytuał…? Kleszcz… — powtórzyła z odpowiednią dla siebie dozą sceptyzmu. Ale nie była w stanie powiedzieć, że wszystko było z nią w porządku. Bo słowa futrzanego mieszkańca azylu tylko dołożyły drewna do pieca, w którym Tessa skutecznie starała się wygasić swoje obawy. Wypuściła zatem czarnego mruczka na podłogę, a potem wstała, otrzepując się z możliwie zebranej kociej sierści. — Ja… Chyba mam gdzieś u siebie w antykwariacie figurkę Bastet. Na pewno, w którejś z gablot. Kupiłam ją na aukcji kilka lat temu, kiedy poświęcali całą wyprawkę Egiptowi. Ma chyba nawet oczy z czarnego turmalinu.
Poprawiła włosy, palce nerwowo zadrżały w potrzebie zapalenia papierosa albo chwycenia czyjejś ręki.
— Morpheusie, pójdziesz ze mną, dobrze? Nie wiem czy chcę zostawać sama. — Nie było już czasu na podnoszenie murów dookoła siebie, kiedy Longbottomowie i tak spokojnie zawsze znajdywali wyrwę, przez którą mogli się przecisnąć. — Przy okazji załatwimy ryby. Tak, powinniśmy dać radę.
I potem, po kilku minutach, zniknęli razem z Azylu z charakterystycznym pyknięciem.
Początkowo Tessa trzymała się kurczowo ramienia Morpheusa. Nie chciała go puszczać, bo materiał swetra szwagra jakoś uspokajał, a zapach perfum trochę gryzł w nos. Zanotowała więc w myślach, że koniecznie będzie musiała mu potem powiedzieć, żeby zmienił wodę kolońską, bo kompletnie nie pasowała do tonacji pachnidła, którego ostatnio używał. To chwilowe odstąpienie od powagi sytuacji, to wręcz typowe, zarezerwowane dla niej zachowanie sprawiło, że spuściła lekko z tonu. Dała upust powietrzu, które trzymała w płucach i pozwoliła sobie na wzięcie głębszego wdechu.
— O, przepraszam — powiedziała nagle, spoglądając, gdy czarny kocur, wcześniej tak chętnie witając ich na progu, obijał się łebkiem o jej nogi i ponaglająco kierował w stronę fotela. Najwyraźniej paliło się, a jedynym ratunkiem na ugaszenie pożaru było wspięcie się na ramię Tessy i próba wciśnięcia się pomiędzy jej włosy.
Niestety czarownica nie pozwoliła sobie na dosłowne wejście na głowę i lekko bezceremonialnie, ale nadal z wyraźną dozą szacunku, wzięła kota na ręce i podrapała go delikatnie za uchem, a zaraz potem pod brodą. Piernik nie lubił być trzymany w ten sposób, od małego zawsze prędko uciekał od takich pieszczot i dawał się puczyć tylko i wyłącznie Brennie.
Słuchała z uwagą tego, co rudy kot miał do powiedzenia, a potem spojrzała na bratanicę i Morpheusa. Nie była przekonana.
— Rytuał…? Kleszcz… — powtórzyła z odpowiednią dla siebie dozą sceptyzmu. Ale nie była w stanie powiedzieć, że wszystko było z nią w porządku. Bo słowa futrzanego mieszkańca azylu tylko dołożyły drewna do pieca, w którym Tessa skutecznie starała się wygasić swoje obawy. Wypuściła zatem czarnego mruczka na podłogę, a potem wstała, otrzepując się z możliwie zebranej kociej sierści. — Ja… Chyba mam gdzieś u siebie w antykwariacie figurkę Bastet. Na pewno, w którejś z gablot. Kupiłam ją na aukcji kilka lat temu, kiedy poświęcali całą wyprawkę Egiptowi. Ma chyba nawet oczy z czarnego turmalinu.
Poprawiła włosy, palce nerwowo zadrżały w potrzebie zapalenia papierosa albo chwycenia czyjejś ręki.
— Morpheusie, pójdziesz ze mną, dobrze? Nie wiem czy chcę zostawać sama. — Nie było już czasu na podnoszenie murów dookoła siebie, kiedy Longbottomowie i tak spokojnie zawsze znajdywali wyrwę, przez którą mogli się przecisnąć. — Przy okazji załatwimy ryby. Tak, powinniśmy dać radę.
I potem, po kilku minutach, zniknęli razem z Azylu z charakterystycznym pyknięciem.
It's such an ancient pitch
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you
But one I wouldn't switch
'Cause there's no nicer witch than you