• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[02.1971] Kiedy świt nastanie, ta noc też będzie wspomnieniem || Ambroise & Avelina

[02.1971] Kiedy świt nastanie, ta noc też będzie wspomnieniem || Ambroise & Avelina
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
29.10.2024, 21:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.10.2024, 21:52 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Z zadowoleniem z tego faktu puścił stabilniej stojące dziewczę, choć sam nie ruszył się przy tym nawet o pół kroku. Tak właściwie to musiałby ją wyminąć, żeby kontynuować drogę w obranym kierunku a to było raczej niezbyt wykonalne, gdy stała na samym środku przejścia. Jasne - tak samo jak ją podtrzymał przed upadkiem, na tej samej zasadzie nie miałby problemu z daniem jej do zrozumienia, że stoi mu na drodze albo przesunięciem jej gdzieś w bok, jeżeli nie zrozumiałaby przekazu.
Natomiast obecnie raczej wolał unikać zbytecznego kontaktu fizycznego. Już się ze sobą zderzyli, ale całe szczęście na tyle przelotnie, że nic wielkiego się nie stało. Wolał nie ryzykować następnym dotykiem. Kilka dni wcześniej nie skończyło się to dla niego zbyt dobrze. Do tej pory czuł dreszcze na karku i ślady tamtego mętliku w głowie, który w zaledwie kilka sekund doprowadził go od panowania nad sytuacją do bezpośredniego zagrożenia życia. Nic więc dziwnego, że instynktownie stronił od powtórki.
Co prawda nieznajoma nie wyglądała, jakby mogła stanowić zagrożenie, ale Roise doskonale wiedział, że to właśnie tacy ludzie najczęściej okazywali się co najmniej wątpliwi moralnie. Nieszkodliwi z pozoru. Z wierzchu niewinni, może wręcz dający się nazwać uroczymi. Uśmiechnięci, kulturalni, weseli. Nie dalej jak dwa tygodnie temu stanął oko w oko z drugą wersją człowieka, który w szpitalu był jąkliwym ciapciakiem o miękkim sercu.
Tamten człowiek, który miał z nim wspólnie nieść pomoc czarodziejom poszkodowanym w ataku popleczników Lorda Voldemorta w jednej chwili obrócił się przeciwko Greengrassowi. Przestał potykać się o własne nogi. W kilka sekund zrzucił maskę kogoś, kto niemalże robił pod siebie ze strachu. Stał się mordercą.
I sam zginął potraktowany kontrzaklęciem, którego się nie spodziewał, bo Roise, Roise również potrafił stwarzać własne pozory. On także przybierał różne twarze. Żonglował osobowościami w zależności od okoliczności i od tego z kim przebywał.
Potrafił być opanowanym uzdrowicielem. Profesjonalnym i wyrozumiałym acz chłodnym. Lwem salonowym, czarusiem, bajerantem zachowującym wszystkie zasady dobrego wychowania, ale ze swoimi drobnymi akcentami, dzięki którym wiele uchodziło mu na sucho. Umiał być godnym zaufania prywatnym medykiem, którego nikt nie posadziłby o złe intencje.
Lub wręcz przeciwnie: dyskretnym uzdrowicielem dla typów spod ciemnej gwiazdy, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że lojalność działa w obie strony a chęć zdominowania go nie może się dobrze skończyć.
Niemal zawsze odpowiadał wzajemnością na wzajemność. Kulturą na kulturę, uprzejmością na uprzejmość, pomocą na pomoc i troską na troskę. Choć miał raczej ugruntowane spojrzenie w kwestii wyrazów wdzięczności i niechęć do wiszenia komuś przysługi - uważał się za zbyt niezależnego, żeby lekką ręką przyjmować czyjeś próby głaskania go po głowie.
W jego życiu był od tego tylko jeden główny wyjątek, kiedy potrafił całkowicie spuścić z tonu, odprężyć się, pozwolić na traktowanie go inaczej aniżeli jak twarde, solidne oparcie lub niebezpiecznego, bo zawziętego i wyrachowanego nieprzyjaciela. Bowiem tu także działała wzajemność. Na przemoc odpowiadał przemocą. Nie zawsze w tej samej chwili, zawsze biorąc swój odwet.
Zresztą nie tylko swój. Również za ludzi, na których mu zależało a którzy z jakiegoś powodu obawiali się, nie mogli, nie potrafili bądź nie chcieli sami wyciągnąć ręki po wzajemność. Nie po sprawiedliwość. Sprawiedliwość nie istnieje.
Całe szczęście była ich niewielka garstka, więc nie musiał rzucać się raz po raz w ogień. Bliscy dobrze radzili sobie w trudnych czasach. Mógł trzymać rękę na pulsie, ale nie musiał nigdzie wkraczać. Przynajmniej chwilowo nie, bo ostatnie dwa tygodnie wywróciły część jego światopoglądu do góry nogami. Oglądu na siebie samego jeszcze bardziej.
Nie był złym człowiekiem. Nie był dobrym człowiekiem. Był po prostu człowiekiem, który zmuszony do działania nie dawał się postawić pod ścianą tylko reagował w najskuteczniejszy możliwy sposób. Dwa tygodnie wcześniej pierwszy raz w odruchu sięgnął po ofensywę, do której wcześniej świadomie się nie uciekał.
Wygrał starcie z dwoma Śmierciożercami odbijając rzucane w niego zaklęcia przy pomocy tej samej mrocznej magii. Nie tarczy, nie zaklęć pojedynkowych uczonych w klubach. Działał pod przymusem, wpływem adrenaliny, widokiem ukochanej kobiety zwijającej się na oszronionej trawniku, na którym prawie ją zabili. Odwet przyszedł naturalnie, nawet jeśli przedtem nie znał tej części swojej natury.
Zawsze miał ciągoty do pokątnych interesów, studiowania różnorakich ksiąg i teoretycznych aspektów dziedzin magii, które mogły zawierać przydatne informacje. Był moralnie szary. Chaotycznie neutralny. Nie miał z tym problemu. Tym bardziej, że potrafił mieć to na wodzy a w domu wcale nie musiał kłamać, że jest kimś lepszym niż w rzeczywistości.
W najmniej oczekiwanym momencie życia otrzymał znacznie więcej niż mógłby sobie wyobrazić. Przyjął to ostrożnie, początkowo nie wierzył w koleje losu, które nie chciały mu zaszkodzić a dały mu kogoś, kto wprowadził w jego życie poczucie spełnienia, stabilności i szczęścia.
Nie zawsze było kolorowo, ale wiele lat spędził jako ktoś, kto widział przyszłość w jasnych barwach. Był realistą. W jego rzeczywistości nie brakowało odcieni szarości i czerni, ale dopiero nadejście widma wojny sprawiło, że poczuł jak krucha jest ich codzienność.
Atak na mugolaków w Dolinie, w który mimowolnie się wtrącili, choć to nie była ich wojna jeszcze bardziej wytrącił Ambroisa z równowagi. Od tej pory czuł się inny. Nie niewłaściwie ani nie jak ktoś kto nagle znalazł cel w życiu. Po prostu inny.
Tego wieczoru przede wszystkim chciał wrócić do domu. Nie był podekscytowany perspektywą spotkania w lesie. Nie miał nastroju na podchody. Na bycie ucieleśnieniem człowieka szarej strefy. Przynajmniej dopóki nie znajdzie się blisko miejsca, w którym miał na niego czekać człowiek, z którym był umówiony. W tej chwili nie starał się sprawiać wrażenia groźnego, choć w takich okolicznościach mało kto wydałby się nieszkodliwy i godny zaufania.
Szczególnie, że minę miał neutralną, może nawet posępną i zmęczoną, trochę poirytowaną, ale nie do przesady. Za to reszta prezencji była dostosowana do okoliczności. Ciemne ubrania (ciemnozielone - w tym świetle bardziej czarne), kaptur zrzucony z głowy na plecy, nieprzezierny szalik, którego używał do osłony dolnej połowy twarzy, ale jeszcze nie dziś. Buty z miękkiej skóry - klasyczne wyższe zimowe cichobiegi. W Little Hangleton sprawiałby wrażenie zakapiora. Tu również mógł, ale nie usiłował.
Słysząc słowa ciemnowłosej panienki powoli skinął głową na znak, że przyjmuje podziękowanie. Jednocześnie starał się ją ocenić, wyczuwając z kim ma do czynienia. Wyglądała nieszkodliwie, ale nieszkodliwi ludzie nie kręcą się po nocach po mieście ani nie zezują w kierunku ciemnego lasu.
- Nie ma sprawy - odezwał się drugi raz tego wieczoru całkiem miłym dla ucha tembrem głosu z akcentem typowym dla West Country, czego w tym momencie nie pilnował; zazwyczaj starał się brzmieć bardziej twardo i londyńsko. - Tudzież rad jestem, że mogłem posłużyć ci oparciem, Panienko - mogła wybrać opcję, która jej bardziej odpowiadała, bo dla niego obie były właściwe.
Po tym przeniósł wzrok w tym samym kierunku, w którym spojrzała i bardzo nieznacznie uniósł brwi.
- Zakładam, że w przeciwnym kierunku? - Nie powinien się w to wtrącać, spytał z uprzejmości podszytej dalszą próbą dowiedzenia się, z kim ma do czynienia zanim wyminie dziewczynę i dostanie kosę pod żebra, do których miała idealny dostęp od dołu.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (3098), Avelina Paxton (1397)




Wiadomości w tym wątku
[02.1971] Kiedy świt nastanie, ta noc też będzie wspomnieniem || Ambroise & Avelina - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.10.2024, 23:29
RE: [02.1971] Kiedy świt nastanie, ta noc też będzie wspomnieniem || Ambroise & Avelina - przez Avelina Paxton - 28.10.2024, 11:45
RE: [02.1971] Kiedy świt nastanie, ta noc też będzie wspomnieniem || Ambroise & Avelina - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.10.2024, 21:51
RE: [02.1971] Kiedy świt nastanie, ta noc też będzie wspomnieniem || Ambroise & Avelina - przez Avelina Paxton - 11.11.2024, 13:10
RE: [02.1971] Kiedy świt nastanie, ta noc też będzie wspomnieniem || Ambroise & Avelina - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 16.11.2024, 22:34

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa